Himeko jest uroczą, nieśmiałą, młodą ciamajdą, która po kryjomu przyjaźni się z podmiotem wzdychań i podziwu wszystkich uczniów: Chikane – silną i mądrą arystokratką. W szkole uważa się Chikane za idealną parę z „księciem” Soumą, podobnym do niej z charakteru. Jednak sam Souma woli raczej spędzać czas ze swoją przyjaciółką z dzieciństwa – ciapowatą Himeko. Pewnego dnia słońce zasłania czarny księżyc złego boga Jyashina, który z pomocą swoich ośmiu sług, Orochi, chce zniszczyć świat. Himeko i Chikane okazują się reinkarnacjami kapłanek Dobra: Słońca i Księżyca, które jako jedyne mogą odeprzeć najazd Zła, ale Souma, ku przerażeniu wszystkich, okazuje się być jednym z Orochich. Potężne roboty ruszają do walki, siejąc spustoszenie na Ziemi. Czy kapłanki zdołają pokonać przeciwnika? Czy Souma zdoła pokonać swoją drugą, złą osobowość? I najważniejsze: jak cała trójka poradzi sobie z uczuciami, które wzburzają ich młodą krew?
Nie jest to kolejna ze standardowych serii typu: dwie piękne magical girls razem z przystojnym „Tuxido” odcinek w odcinek pokonują kolejnego strasznego przeciwnika. Po przebrnięciu przez pierwszy odcinek (który jest totalną klapą, sprawiającą, iż widz zastanawia się, czy dotrwa do czwartego, czy może aż do połowy serii) fabuła rozkręca się żywo i od razu zostajemy wciągnięci w nurt głównego wątku, którym okazuje się „trójkąt miłosny”. Akcja obraca się więc wokół przeżyć i uczuć bohaterów, koncentrując się na relacjach pomiędzy Himeko, Chikane i Soumą. Seria okazuje się dramatem obyczajowym na dobrym poziomie, wystarczająco przekonującym, by można było zaangażować się w sytuację na ekranie i wczuć w problemy postaci. Towarzyszy nam jednak niestety ten nieszczęsny, z pozoru główny, wątek magiczny. O ile samo zawiązanie (reinkarnacje, Dobro i Zło, potężne moce) wydaje się być na miejscu, o tyle „krwawe” walki, staczane na wzburzonych morskich falach, są całkowicie nie na miejscu i tylko „osładzają” widzom gorzkie rozterki bohaterów. Gdyby nie one, Kannaduki no Miko można by śmiało zaliczyć do arcydzieł dramatu, ale niestety mechy, wyglądające jak połączenie Generała Daimosa z Czarodziejką z Księżyca, sprowadzają nas na ziemię. Kombinacja dramatu młodzieżowego z wielkimi robotami może być ciekawa, ale tu w praktyce okazuje się porażką. Same walki jednakże tylko nieznacznie wpływają na główny wątek serii – i dobrze, bo inaczej trzeba by włożyć Kannaduki no Miko gdzieś pomiędzy przeciętniaki. Zaletą fabuły jest też dynamiczność – brak rozwlekłych monologów, zespojenie wątków pobocznych z głównym pniem, dużo akcji (nie chodzi mi tu o te nieszczęsne potyczki), a przede wszystkim koncentracja na głównej trójce.