„120 uderzeń serca” Robina Campillo jest niebywale emocjonalnym, odważnym i naturalistycznym podejściem do tematu HIV/AIDS. Różni się od hollywoodzkich filmów podejmujących tę kwestię pod praktycznie każdym względem – reżyser nie boi się szczerości, wyzbywa się ostrożności i nie traktuje tematu z właściwym mainstremowym filmom patosem. To właśnie czyni „120 uderzeń serca” dziełem wyjątkowym.
Francja. Początek lat 90. Do niedawno powstałego francuskiego oddziału organizacji na rzecz walki z AIDS ACT UP dołączają kolejni członkowie. Dlaczego? Chcą pomocy – dla siebie, dla swoich bliskich, dla nieznajomych. Epidemia HIV/AIDS szaleje na świecie i zbiera swoje żniwo, a francuski rząd i koncerny farmaceutyczne niewiele robią, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się jej i pomóc tym już zakażonym. Ludzie, których ten problem dotknął – bo sami są chorzy lub znają kogoś kto jest – są wściekli. Chcą działać. I to właśnie robią.
„Bez względu na to, jaki faktycznie jest twój status, od teraz wszyscy w społeczeństwie będą myśleć o tobie, że jesteś seropozytywny” – te słowa usłyszeli nowi członkowie ACT UP na pierwszym spotkaniu organizacji, od czego zaczyna się film Robina Campillo. Wśród nich rzeczywiście większość jest nosicielami wirusa, ale nie wszyscy – jest kobieta, która chce walczyć w imieniu swojego chorego syna; jest chłopak, który kiedyś był zakochany w seropozytywnym mężczyźnie. Ale wszyscy są „naznaczeni” i łączy ich jedno – determinacja do walki o własne życie połączona z nieskończonymi pokładami odwagi i bezwzględną wiarą w swoje działania. I o tym właśnie jest „120 uderzeń serca”.
Film ogląda się prawie jak dokument – pomijając nielinearną narrację. Campillo postawił na realizm - kamera podąża za bohaterami i bohaterkami w niezwykle surowy sposób, ujęcia z ręki nierzadko ustawiają widza w centrum wydarzeń, przez co odnosi się wrażenie, że samemu jest się ich uczestnikiem. Dialogi bywają niezrozumiałe, kiedy bohaterowie się kłócą, obraz staje się chaotyczny, kiedy oglądamy akcję wkroczenia ACT UP do biura koncernu farmaceutycznego, co może zakończyć się aresztowaniem członków i członkiń grupy. Ale „120 uderzeń serca” nie opowiada tylko o aktywizmie – przybliża też niezwykle intymne portrety postaci, ukazując ich życie poza organizacją, w tym również romans, który rodzi się pomiędzy dwoma bohaterami – seropozytywnym Seanem (Nahuel Pérez Biscayart) i Nathanem (Arnaud Valois). Sceny seksu, tańca i dramatycznych wydarzeń związanych z działalnością grupy się przeplatają, ukazane jako niemożliwe do oddzielenia sfery życia bohaterów i bohaterek. Są realistyczne do granic możliwości, dzięki czemu możemy całkowicie zlać się z postaciami w jedno. Kiedy bohater umiera, widz umiera razem z nim. Kiedy się bawią – my też się bawimy.
„120 uderzeń serca” jest jednocześnie przejmującą i romantyczną historią o miłości i rozdzierającą serce tragedią. Oddech śmierci na karku daje się odczuć przez cały film. Jako widzowie jesteśmy nad wyraz świadomi cielesności i śmiertelności pokazywanych nam bohaterów i bohaterek, a jednocześnie ich relacje wydają się tak bardzo ludzkie – romans głównych bohaterów można wręcz nazwać uroczym – ich uczucie rozwija się na naszych oczach.
W filmie Campillo głównej roli nie odgrywa jednak wyłącznie tragizm – „120 uderzeń serca” potrafi rozbawić i to nie jeden raz. Zabieg ten nie został wprowadzony tylko w celu odebrania filmowi choć odrobiny ciężaru, który nadaje mu tematyka, ale też zaprezentowania bohaterów i bohaterek od każdej strony – czyż umierający nie mają prawa się bawić i śmiać? Hasłem, którym posługują się członkowie i członkinie ACT UP podczas licznych akcji, jest „silence = death” – „cisza = śmierć”. Film przedstawia przeciwieństwo tego sloganu – to, do czego dąży grupa. Oprócz znaczenia dosłownego – kiedy ACT UP wykorzystuje swój głos w walce z obojętnością rządu i farmaceutów wobec epidemii – reżyser sięga też po metaforę i ukazując sceny choćby z głośnych imprez, gdzie bohaterowie i bohaterki tańczą dziko na parkiecie, pokazuje kwintesencję życia. Cisza to śmierć – hałas, ruch i zabawa to życie.
Hollywoodzkie filmy podejmujące tematykę epidemii HIV/AIDS mają tendencję do podchodzenia do tej kwestii z wręcz absurdalną ostrożnością i przesadną powagą. W „120 uderzeniach serca” żadnej ostrożności nie ma. Francuski reżyser traktuje temat odważnie, można by nawet powiedzieć, że okrutnie – gdyby nie to, że sama tematyka taka właśnie jest. Powaga przeplata się z momentami ekstatycznej radości bohaterów i bohaterek. W filmie nie ma tylko śmierci, jest też życie w jego najbarwniejszej odsłonie. Czy nie to właśnie sugeruje tytuł? Film jest uderzeniem serca – pomimo świadomości bliskości śmierci jest przepełniony życiem.
Reżyser: Robin Campillo
Występują: Nahuel Pérez Biscayart, Arnaud Valois, Adèle Haenel, Jean-François Auguste, Saadia Bentaïeb
Data premiery: 11 maja 2018
(ab)
Mamy dla Was podwójne zaproszenia na majowe pokazy filmu w Warszawie! Co trzeba zrobić, by otrzymać wejściówkę? Wysłać nam maila o tytule 120 UDERZEŃ SERCA - WARSZAWA. Na maile czekamy do wtorku - kto pierwszy ten lepszy!
Środa, 02.05.2018 Nagradzane "120 uderzeń serca" niedługo w Polsce!
Środa, 10.05.2017 Cannes gejami stoi?
Piątek, 28.02.2014 Chałupy welcome to
Piątek, 20.11.2020 "Szalone noce z Emily" - nieznane oblicze najsłynniejszej poetki XIX wieku
Piątek, 02.11.2018 "Dziedziczki": subtelnie o późnym kobiecym rozkwicie