logo Queer.pl Dawniej Innastrona.pl
28.05.2017    STARTSKLEPKONTAKT

...
22
0
2

Nie bądź „Pięknym Draniem”, bądź sobą

Rozmowa z Johnem Butlerem i Fionnem O’Shea

Dodano: 18.05.2017, Aktualizacja: 18.05.2017

„Piękny drań” - opowieść o rudowłosym chłopaku, który jest odrzutkiem w męskiej szkole z internatem, do której uczęszcza, po tym gdy rodzice sami przeprowadzili się do Dubaju, to historia o odkrywaniu tożsamości oraz życiu w zgodzie ze sobą. Michał Kaczoń z Magazynu Film rozmawiał z reżyserem Johnem Butlerem oraz głównym aktorem, Fionnem O’Shea, na temat przekazu dzieła, męskiej przyjaźni oraz o nostalgii za muzyką lat 80.

Michał Kaczoń, FILM: Czy „konformizm to część dorosłości”, jak padnie w pewnym momencie w Twoim filmie?

John Butler: To zdanie wypowiedziane zostaje przez osobę dorosłą. Co innego mogłaby przecież powiedzieć? Użyłem go, by pokazać, że bohater kompensuje w ten sposób własne niepowodzenia. Tak naprawdę więc użyte jest ono przewrotnie. Konformizm nie jest częścią procesu dorastania. Sądzę, że to raczej proces stawania się indywidualną jednostką, jest prawdziwą podróżą naszego życia. Tym, co najlepszego może nauczyć się dziecko to lekcja, by być sobą za wszelką cenę. Ważne też, by pamiętać, że nikt nigdy nie osiąga tego stanu w pełni, jest to trwający proces. Życie w zgodzie ze sobą to ostateczny cel. Bycie indywidualnością jest  zaś stanem perfekcji. Sądzę, że wielu dorosłych gubi się gdzieś po drodze, a ważne, żeby pamiętali tę lekcję z dzieciństwa: bądź sobą. Wtedy wszystko się jakoś ułoży.

„Piękny Drań” to opowieść o dorastaniu. Nie jest tajemnicą, że sam lubisz tego typu historie. Co jest dla Ciebie tak szczególnego w tych opowieściach, że tak chętnie po nie sięgasz?

Uwielbiam je, dlatego że są to opowieści optymistyczne, niosące nadzieję. Kocham komedie, uważam, że jest to gatunek niedoceniony. A historie typu „coming out of age” w przeważającej większości stanowią właśnie utwory komediowe, bądź mieszankę komedii i dramatu. Sam najlepiej odnajduję się właśnie na przecięciu tych gatunków. No, a przynajmniej aspiruję, żeby się dobrze odnajdować (śmiech). Ważnym jest dla mnie, by pomagać ludziom poczuć się lepiej, rozbawiać ich. A dobre historie o dorastaniu robią właśnie to - pozwalają ci poczuć się lepiej samemu ze sobą. Nie bez znaczenia jest też fakt, że są to w przeważającej mierze filmy niezależne, silnie skupione na bohaterach, ich interakcjach oraz bogatym życiu wewnętrznym.

Kiedy przed zdjęciami rozmawiałem z Fionnem (O’Shea, głównym bohaterem filmu - przyp. red.) okazało się, że obaj dążymy sympatią te same dzieła. „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, „Wybory”, „Charlie” („The Perks of being a wallflower”), „Klub Winowajców”, zresztą wszystkie filmy Johna Hughesa. To są produkcje, które w pewien sposób nas ukształtowały. Wydaje mi się zresztą, że pod koniec lat 80. był boom na tego rodzaju historie. Później ten podgatunek nieco się rozmył, przestał już być tak prominentny. Chciałem więc wrócić do tego świata.

Czy stworzyłeś więc swój film właśnie z nostalgii za tamtymi czasami?

Zdaję sobie sprawę, że na powierzchni może wyglądać, jakbyśmy z nostalgią traktowali lata 80., do których tak silnie odnosimy się w naszym filmie, ale prawda jest taka, że nostalgia to podstępna bestia. W przeszłości wcale nie było lepiej. Koronnym przykładem niech będzie to, że homoseksualizm był w Irlandii zakazany, nielegalny aż do 1993 roku. Miałem wtedy 21 lat. Z tego względu nie powiedziałbym, że tęsknię za tamtymi czasami. Mam jednak ogromną dozę nostalgii do własnego okresu dzieciństwa i być może właśnie to widać w filmie.

Czy właśnie dlatego zdecydowałeś się osadzić akcję filmu w męskiej szkole z internatem?

Po części tak. Sam uczęszczałem do takiej szkoły, wiedziałem więc „z czym to się je”, wydało mi się to naturalnym rozwiązaniem. To jednak nie był jedyny powód. Ważniejsze było dla mnie, aby umieścić bohaterów w zamkniętym środowisku. Jestem szalenie zainteresowany historiami, które dotykają tematów męskości, męskich przyjaźni i tego, co oznacza być mężczyzną. Każda historia, która dotyka tych tematów, świetnie radzi sobie właśnie w ograniczonych warunkach. Natłoczenie bohaterów w jednym miejscu, bez możliwości ucieczki, powoduje wzrost poziomu testosteronu, co natomiast buduje napięcie. W takim miejscu wymusza się wręcz bliskość z innymi. Czy to przez dzielenie z kimś pokoju, czy wspólne uprawianie sportu - w powietrzu wisi wymuszona bliskość, niemal intymność. Dzięki temu napięciu, dostajemy dużo więcej prawdziwych, żywych reakcji - czy to w momentach dramatycznych, czy tych czysto komediowych.  Chcieliśmy ograć w naszym filmie właśnie to poczucie forsowania bliskości i tego, co może się za nim kryć.


No właśnie. Nie bez powodu główni bohaterowie Twojego filmu są homoseksualistami. Nie pokazujesz jednak procesu, w którym odkrywają oni siebie, a skupiasz się raczej na kontekście społecznym. Co sprawiło, że chciałeś właśnie w ten sposób podejść do tematu?

John: W ogromnym stopniu wynika to z tego, że jestem stale zaskoczony i zainspirowany tym, jak szybko młodzi ludzie w dzisiejszych czasach akceptują swoją tożsamość seksualną. Z łatwością odrzucają zero-jedynkową wizję świata i łatki, z którymi przecież wszyscy żyjemy: męski-żeński, hetero-homo, i po prostu są sobą. Uważam, że to dobry sygnał, pokazujący że jako społeczeństwo stale się rozwijamy. Za moich czasów sprawa była dużo bardziej skomplikowana. Dość powiedzieć, że, jak już wspomniałem, homoseksualizm był zakazany. To natomiast wywoływało wiele problemów z samooceną, z akceptacją samego siebie, rodziło niepotrzebne napięcia. Dzisiaj, gdy młody mężczyzna orientuje się, że nie jest hetero, jego problem nie wynika z braku akceptacji samego siebie, a raczej z tego, w jaki sposób zostanie odebrany przez społeczeństwo. Przez rodziców, szkołę, instytucje państwowe, czy kościół. Nie ma w tym jednak tak wiele strachu, jak kiedyś.

Fionn O’Shea: Z drugiej strony, ludzie jednak nie przestali jeszcze w pełni przejmować się etykietkami i mimo wszystko, w niektórych sytuacjach dążą do tego, by nie wyróżniać się na tle innych, by być częścią grupy. Sądzę, że właśnie dlatego John postanowił umieścić akcję filmu w szkole z internatem, w której obowiązują ścisłe zasady, mundurki i musztra. Chciał pokazać, że czasami człowiek nie chce się nadmiernie wyróżniać. Że w niektórych miejscach panuje niezmienny status quo, niepisana reguła konformizmu, którą cicho przyjmujemy.

John: Dlatego właśnie jest coś niezwykle wyrazistego w obrazie młodego mężczyzny o rudych włosach, który stoi wśród rzędów identycznie wyglądających mężczyzn. Jest to pewnego rodzaju świadectwo jego charakteru.

Skąd ta świadoma decyzja, by bohater miał tak kolorowe, wręcz marchewkowo pomarańczowe włosy?

To bardzo ciekawa kwestia. Spójrzmy na to, co stało się z włosami zawodowych rugbistów. Gdy byłem młody, wszyscy mieli te same, krótko przystrzyżone fryzury. Teraz natomiast bycie innym zostało wchłonięte do mainstreamu. W pewien sposób stało się modne. Chciałem więc znaleźć sposób, by w zunifikowanym środowisku, od razu pokazać odmienność jednego z bohaterów.  Kolor rudy wybrałem nieprzypadkowo. Zainspirowałem się Davidem Bowie i Johnnym Rottenem. Bowie miał okres, w którym był rudzielcem. Johnny Rotten natomiast od razu kojarzy się z tego rodzaju fryzurą. Na dodatek ten kolor włosów stereotypowo kojarzy się z Irlandią. Można nieźle też za niego oberwać w Anglii. Nawet sami Irlandczycy będą z niego żartować. Zwraca uwagę. Prawie, że z automatu czyni cię też kimś w rodzaju outsidera, a przynajmniej kogoś, kto wyróżnia się z tłumu. Fakt, że ktoś sam z siebie chciałby pofarbować swoje włosy na ten kolor, wiele więc mówi o jego charakterze. Fionn jednak nie był zadowolony z tego, że musiał przefarbować swoje włosy (śmiech).

Fionn: Musiałem farbować włosy sześciokrotnie, aby otrzymać ten konkretny odcień, to dużo roboty (śmiech). A mówiąc już serio - zupełnie to mi nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie - mam wrażenie, że w ogromnej mierze pomogło mi zbudować tę postać. Ta niewielka zmiana wyglądu sprawiła, że byłem zupełnie inaczej odbierany przez ludzi na ulicy. Komentarzom (to chyba najmilszy sposób, w jaki mogę określić te sformułowania) nie było końca. Z drugiej strony w pewnym momencie przywykłem do bycia w centrum zainteresowania. Tak bardzo, że pod koniec zdjęć, było mi smutno wracać do mojego naturalnego koloru (śmiech).


Muzyka odgrywa ważną rolę w Twoim filmie. Czy od samego początku wiedziałeś, jakie utwory chcesz zaprezentować na ekranie?

Tak. Przywiązuję ogromną wagę do muzyki. Mam poczucie, że źle dobrany soundtrack może zniszczyć film. Dlatego włożyłem dużo pracy w to, aby w naszym wypadku nie miało to miejsca. Od początku wiedziałem, że chcę, aby ścieżka dźwiękowa składała się z utworów, które Ned (bohater Fionna O’Shea - przyp. red.) znalazł w kartonie w opuszczonym pomieszczeniu, w którym próbują grać na gitarze. Pomysł był taki, by były to rzeczy pozostawione przez poprzednich uczniów szkoły i dlatego właśnie większość z nich pochodzi z późnych lat 80. Wydawało się to naturalnym rozwiązaniem, związanym z tym, że akcja „Pięknego Drania” rozgrywa się niejako z perspektywy samego Neda - to on jest narratorem, to on dyktuje warunki opowieści. Zależało mi na latach 80., gdyż zwyczajnie uwielbiam ten okres w muzyce popularnej. Stworzyłem więc długaśną listę życzeń i zaczęliśmy nasze poszukiwania. Sądzę, że całkiem dobrze nam to finalnie wyszło. Mamy parę perełek.


Dlaczego zdecydowałeś, że to właśnie utwór „Think for a mintue” grupy The Housemartins będzie tym, który będzie materiałem do duetu dwóch bohaterów?

Wybrałem ten utwór nie tylko ze względu na to, że jest to piękna piosenka, ale także, a może przede wszystkim dlatego, że wokalista ma w niej niezwykle wysoką barwę głosu. Tak wysoką, że niemal kobiecą. Dlatego właśnie w filmie bohaterowie kłócą się o to, kto ma śpiewać w tych wyższych rejestrach. Zależało mi na tym, aby w ten sposób pokazać, że jest siła w tym, że jako mężczyzna dopuszczasz do głosu swoją żeńską stronę i korzystasz z energii, którą niesie ona ze sobą. Nie ma prawdy w stereotypowym myśleniu, że to co kobiece oznacza słabsze. Wręcz przeciwnie - gdy jako mężczyzna dopuszczasz do siebie swoją kobiecą stronę, stajesz się pełniejszym człowiekiem.

Czy słyszałeś o tym, że Amerykanie chcą zrobić remake „The Stag”, twojego poprzedniego filmu? Co o tym sądzisz?

Tak, oczywiście. Nie mam z tym najmniejszego problemu. Jeśli ktoś chce przyjechać do mnie z taczką pełną pieniędzy, nie mam nic przeciwko (śmiech). Nie jestem zaangażowany w ten projekt w najmniejszym stopniu, ale życzę im wszystkiego najlepszego. Jestem zresztą ciekawy jakiego rodzaju film powstanie.

Na koniec chciałem Cię jeszcze zapytać dlaczego rodzice głównego bohatera przeprowadzili się akurat do Dubaju?

To było coś w rodzaju prywatnego żartu. W mojej szkole zawsze były dzieciaki, których rodzice jeździli do Dubaju. Wydawało mi się, że jest to coś, co robi klasa średnia w Irlandii, by poczuć się jak burżuazja. Podrzucić dzieciaka do szkoły z internatem i wylecieć do Dubaju. Uważam, że to niezwykle zabawne.

I rzeczywiście takie było. Dziękuję Wam za rozmowę oraz za sam film.

 

"Pięknego drania" od 12 maja obejrzeć można w kinach i on-line!

Michał Kaczoń Autor: Michał Kaczoń Redaktor naczelny Magazynu Film, działającego obecnie w Internecie pod adresem FILM.COM.PL Absolwent Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Częsty bywalec polskich i światowych festiwali filmowych, zafascynowany kinem od najmłodszych lat.

PODZIEL SIĘ
KOMENTARZE (2)
Komentuj Komentuj HEJT STOP!
Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
elvis18 (29) Warszawa piątek 19:31
Całkiem fajna baja, lekka prosta i przyjemna, choć nic specjalnego nie wnosi więcej
Piwonia (?) 19.05.2017 12:16
@Andro i @shingao na pewno obejrzą ten film, bo lubią rudych gejów...

Zapisz Zapisz stronę Magazyn+ Magazyn Pełny ekran Pełny ekran
REKLAMA
REKLAMA

© 1996-2017 Prawa autorskie zastrzeżone, ISSN 2299-9019
666
Bądź queer na facebooku