Sergiusz Wróblewski ma 20 lat. Mieszka na obrzeżach Poznania i jest studentem historii na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, który dopiero od dwóch miesięcy zajmuje gmach uprzednio okupowany przez Komitet Wojewódzki PZPR. Z trzydziestoletniego budynku z cegły, mieszczącego się przy Świętym Marcinie, bardzo blisko jest do ulicy Gwarnej – wystarczy okrążyć budynki od strony Fredry lub Świętego Marcina. Przy Gwarnej, naprzeciwko Okrąglaka, mieści się Dom Książki, bardzo ważny kompleks i „okno na świat” dla wszystkich, którzy potrzebują lektury: to tu dokonuje się przedpłat na prenumeraty, subskrypcje, zaopatrza się w książki, mapy, czasopisma. Jest i znak czasu: sex shop otwarty na trzecim piętrze.
- Przemysław Górecki - Prolog: czerwiec, 1990 rok.Sergiusz Wróblewski ma 20 lat. Mieszka na obrzeżach Poznania i jest studentem historii na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, który dopiero od dwóch miesięcy zajmuje gmach uprzednio okupowany przez Komitet Wojewódzki PZPR. Z trzydziestoletniego budynku z cegły, mieszczącego się przy Świętym Marcinie, bardzo blisko jest do ulicy Gwarnej – wystarczy okrążyć budynki od strony Fredry lub Świętego Marcina. Przy Gwarnej, naprzeciwko Okrąglaka, mieści się Dom Książki, bardzo ważny kompleks i „okno na świat” dla wszystkich, którzy potrzebują lektury: to tu dokonuje się przedpłat na prenumeraty, subskrypcje, zaopatrza się w książki, mapy, czasopisma. Jest i znak czasu: sex shop otwarty na trzecim piętrze. Właśnie w nim z pewną nieśmiałością Sergiusz prosi o pierwszy numer
nowego czasopisma, „Inaczej”. Dowiedział się o nim z „Ekspressu Poznańskiego”, w którym, w niewielkiej rubryczce, znalazł ogłoszenie, że w Poznaniu ukazało się „Pismo mniejszości seksualnych”. Podano też adresy punktów, w których nowość można nabyć; nie było reprodukcji okładki, więc Sergiusz nie wiedział czego się spodziewać. Dostał piętnastostronicowy, czarno-biały zeszyt ze zdjęciem dwóch stojących tyłem mężczyzn prezentujących pośladki na okładce.
POZNAŃ – Może chciałbyś ze mną posłuchać Mozarta, młody przyjacielu? Napisz, czekam! 29-letni „chudzielec”. Nr 1899.InaczejWcześniej nie miał styczności z prasą gejowską, choć jako młody gej poszukiwał kontaktu z innymi. Chłonął słowa autorytetów, co pozwoliło uniknąć mu problemów z samoakceptacją; gdy w drugiej klasie liceum wyczytał, wertując w konspiracji książki z działu seksuologicznego biblioteki szkolnej, słowa profesora Starowicza o tym, że homoseksualizm nie jest niczym złym, pozbył się wszelkich wątpliwości. Od tej pory unikał kłamstw na swój temat, pogłębiał wiedzę na temat homoseksualności (oficjalnie, spędzając między regałami czas na czytaniu historii politycznej Francji) i nawiązywał listowne kontakty z innymi gejami. Homoseksualiści zamieszczali ogłoszenia w rozmaitych pismach, które trzeba było „umieć” czytać. Gdy podekscytowanym szeptem
pani kioskarka w rodzinnej miejscowości przekazała mu sensację, że w „Widnokręgach” można znaleźć także anonse typu „pan pozna pana”, Sergiusz postanowił sprawdzić to samemu, oczywiście po to, żeby też się trochę „pośmiać”. Okazało się, że w „Relaksie i Kolekcjonerze Polskim” i „Widnokręgach” jest całkiem sporo towarzyskich i erotycznych ogłoszeń. Potrzebna była spostrzegawczość i pewna wrażliwość, by domyślić się, że coś jest na rzeczy, gdy chłopaki piszą, że „poznają przyjaciela”; Sergiusz wykazywał obie te cechy, dzięki czemu udawało mu się poznawać gejów z Polski, Związku Radzieckiego, Pakistanu, Stanów Zjednoczonych. Trzeba też było potrafić umiejętnie się przedstawić w pierwszym liście, zawrzeć wszystko i jednocześnie nie odkryć się za bardzo na wypadek, gdyby intuicja zawiodła. Sergiuszowi nigdy nie zdarzyła się pomyłka, choć świadomie nawiązywał także kontakty listowne z dziewczynami (dzięki obszernej korespondencji z Katją z Krzywego Rogu cyrylica przestała stanowić dla niego jakikolwiek problem) i heterykami. Te ostatnie umierały najszybciej. A utrzymywanie kontaktów listownych było wtedy całą instytucją: kupienie gazety, znalezienie ogłoszenia, wysłanie listu na poste restante lub skrytkę pocztową (zazwyczaj nie podawano adresów)… Sergiusz pisał po cztery strony papieru kancelaryjnego, dostawał dwanaście, więc, żeby nie być gorszym, odpisywał chociaż na sześć.
ŁÓDŹ – gej w mundurze, ofiaruje ci subtelną przyjaźń, piękne spędzanie przepustek, urlopów. Pomogę ci przetrwać służbę. Nr 1960.Teraz wszystko miało się zmienić, dzięki „Inaczej” problem żmudnych poszukiwań przypominających podchody przestawał istnieć. Czasopismo ze zdjęciem mężczyzny na okładce i winietą pod postacią białej kapitały na czarnym tle
(podtytuł „Pismo mniejszości seksualnych” zamieniono po siedmiu miesiącach na „Magazyn kochających INACZEJ”, by uniknąć skojarzeń z nieakceptowalnymi społecznie „mniejszościami seksualnymi”) było pierwszym zarejestrowanym i formalnie wydanym pismem gejowskim w Polsce. Już wtedy ukazywało się gdańskie „Filo” (później jako „Facet”), funkcjonowało jednak jeszcze w drugim obiegu, w odbitkach krążących gdzieś po sex shopach. Rok później, jako 34-stronnicowe czarno-białe czasopismo z podtytułem „Gay News” reklamowało się już pod hasłem „pierwszy polski miesięcznik erotyczny dla gejów”. Dwa miesiące po debiucie „Inaczej” warszawska Oficyna Wydawnicza L’Europe Włodzimierza Antosa zaczęła wydawać swój „Okay. Miesięcznik dla panów” pod redakcją Jerzego Masłowskiego, czarno-biały zeszyt wypełniony opowiadaniami, poezją, reportażami, artykułami, wróżbami. „Okay” był konkurencją dla poznańskiego pisma tylko przez trzy lata – utrzymał się na rynku przez 14 numerów. A dwa miesiące po ukazaniu się pierwszego „Okay”, w stolicy wydrukowany został pilotażowy numer „Gayzety” Sławomira Ślubowskiego, później wychodzącej jako „O Zmierzchu”. Ta utrzymała się jeszcze krócej, bo tylko przez pięć numerów i była jednym z przykładów efemerycznych pism, jakich pojawiło się sporo w ruchu gejowsko-lesbijskim pierwszych dni III RP – wspomnieć choćby łódzki „Kabaret” Adama Sarmackiego i Koli Azowskiego czy toruńską „Sigmę” o profilu lesbijskim.
ELBLĄSKIE – dwóch gejów zapozna w celach towarzyskich, seks niewykluczony, panów w mundurach – żołnierzy, policjantów, duchownych. Foto mile widziane, może być akt. Nr 2703.Pomysłodawcą „Inaczej” był Andrzej Bulski, w pierwszych numerach pisma ukrywający się pod pseudonimem „Andrzej Bul”. To zresztą znak czasu – prawie cała redakcja na początku występowała pod przybranymi nazwiskami. Bulski miał 28 lat, kiedy wpadł na pomysł, że przydałoby się coś w rodzaju gejowsko-lesbijskiego przewodnika po lokalach z dodatkiem ogłoszeń towarzyskich i, może, jakiegoś opowiadania czy artykułu. Po skończeniu technikum pracował jako konwojent na poczcie, dzięki czemu mógł sporo podróżować po kraju i widzieć powstające kluby, dyskoteki i puby przyjazne dla gejów i lesbijek, lub zakładane przez samo środowisko LGBT. Nawiązywał też sporo kontaktów towarzyskich, rozmawiał z osobami poznanymi w odległych miastach, co dało mu świadomość, że
ogólnopolskie czasopismo tworzone przez homoseksualistów dla homoseksualistów jest potrzebne. Miał duszę społecznika i aktywisty – w tamtym czasie zainicjował, krótko po powstaniu Stowarzyszenia Grup Lambda w Warszawie, wielkopolski oddział tej organizacji w Poznaniu. Jeśli stowarzyszenie wymagało przede wszystkim pracy ludzi, to wydanie czasopisma okazało się dodatkowo przedsięwzięciem kosztownym. Bulskiemu, który wtedy pracował przy organizacji imprez w poznańskim Pałacu Kultury, udało się przekonać kierownika swojej sekcji, Zdzisława Zińczuka (w „Inaczej” – jako Henryk Zieliński), by wyłożył pieniądze potrzebne na rozruszanie biznesu. To słowo-klucz, ponieważ właśnie perspektywa niezłych przychodów (i bycia monopolistą na rynku prasowym) była argumentem, którym Zińczuka, heteroseksualistę, przekonał pomysłodawca i przyszły redaktor naczelny. Pomysł i pieniądze już się znalazły – niezbędny był jeszcze organ, który mógłby wydawać periodyk.
Z tej potrzeby zrodziło się Wydawnictwo Softpress, prezesem został – oczywiście – Andrzej Bulski. Plany stały się rzeczywistością, pierwsze polskie zarejestrowane czasopismo gejowsko-lesbijskie pojawiło się na rynku!
W kwietniu upadł ostatecznie Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk – PRL-owski relikt, który wymagał poddania każdego tytułu cenzurze prewencyjnej. „Inaczej”, które w kioskach znalazło się w czerwcu, załapało się jeszcze na nieszczęsny proceder kontroli pierwszego numeru. Instytucja, mając świadomość swojego końca, bała się bardziej, niż redaktor naczelny, który z dumą zaniósł piętnastostronicowe czasopismo z męskimi pośladkami do kontroli. Stanisław Kosicki, ostatni prezes Urzędu słynący z skrupulatności, nie zmienił w zamkniętym numerze ani jednego przecinka. „Inaczej” okazało się idealnym wypełnieniem luki polskiego rynku prasowego:
pięć tysięcy egzemplarzy rozeszło się „na pniu”, potrzebny był dodruk. Biznes okazał się opłacalny, pismo zaczęło się ukazywać jako miesięcznik – i tak pozostało już do końca, przez 12 najbliższych lat.
POZNAŃ – romantyczne wieczory przy kominku, video, sauna, wycieczki krajowe i zagraniczne. Młody człowieku, nie trać czasu, skorzystaj z szansy, czekam. Nr 3057.W tym okresie Bulski poznał się z Mariuszem Piochaczem, kaowcem w firmie budowlanej. Piochacz, odbywający zasadniczą służbę wojskową, pracował w archiwum wojskowym w Toruniu. Zaczął na przepustki dojeżdżać do Poznania, do Andrzeja, który zaangażował go do prac nad „Inaczej”. Gdy opuścił armię, musiał znaleźć sobie jakąś pracę, dlatego pod pseudonimem „Marek Kiss” w stopce figurował odtąd jako sekretarz redakcji. Już po paru miesiącach Bulski i Piochacz byli parą.
Jako pierwszy pod własnym nazwiskiem wystąpił Roman Murzynowski zajmujący się działem wysyłki; to był założycielski trzon redakcji czasopisma. Spotkania odbywały się na początku w mieszkaniu na ostatnim piętrze osiedla Rusa, później na osiedlu Armii Krajowej, w mieszkaniu matki Bulskiego. „Inaczej” było niewątpliwie opłacalną inwestycją, Zdzisław Zińczuk z czasem wybudował sobie dom, a swoje mieszkanie na osiedlu Rusa wynajął nowemu pracownikowi redakcji, przybyłemu z Lubelszczyzny.
Marcin Krzeszowiec, pochodzący z Puław, był człowiekiem bezkompromisowym i odważnym.
Coming outu dokonał w samym środku stanu wojennego, w liceum, w którym jednym z nauczycieli był jego własny ojciec. Niepokorny duch przyszłego autora jednej z pierwszych powieści gejowskich dał o sobie znać również znacznie później, gdy jako (nie ukrywający swojej homoseksualności) adiunkt Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie zaniechał prac nad doktoratem i zniesmaczony stosunkami wewnątrz kadry naukowej porzucił świetnie rozwijającą się karierę naukową. Był rusycystą, historykiem języka; badał epitafia nagrobne cmentarzy Chełmszczyzny i Zamojszczyzny. Idealistyczna praca młodego badacza nie przyniosła mu satysfakcji, poza naukowym zacięciem Krzeszowiec dysponował jednak również wrażliwością literacką. Zapisem młodzieńczych doświadczeń i próbą nastoletniego talentu stał się
Ból istnienia opisujący doświadczenia młodego homoseksualisty. Książka, którą autor uznaje dziś jedynie za znak czasu i dokument epok, przeleżała w szufladzie kilka lat, nim ujrzała światło dzienne. Kultowy w lubelskim kręgu intelektualnym był swego czasu performance
Definicja męskości, przeprowadzony przez Krzeszowca w Domu Osiedlowym LSM – młody naukowiec akompaniując sobie na pianinie śpiewał, interpretując Gang Marcela, że „prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze, prawdziwy mężczyzna nie wie co to łzy…”, jak również swoje własne teksty. Gdy niedoszły doktor UMCS zdecydował się na przeprowadzkę do Poznania, nowy etap w jego życiu stał się faktem. Zaczął regularnie, już nie na odległość, pisać do „Inaczej”, w którym wyspecjalizował się w artykułach tworzonych z intelektualnym zacięciem, w recenzjach – nierzadko kąśliwych – i będących jego znakiem rozpoznawczym, noszących znamiona pogłębionej i wnikliwej analizy „sylwetkach” osób homoseksualnych. W październiku 1994 został oficjalnie zatrudniony w redakcji wraz z innym nowym pracownikiem. „Tym drugim” był Sergiusz Wróblewski. Przyszły nauczyciel historii poznał Andrzeja i Mariusza już wcześniej, nawet wysłał pod pseudonimem dwa artykuły do pisma (tekst historyczny i romantyczną opowieść), ale dopiero na jednym ze spotkań poznańskiej Lambdy poznał kolegę, który zaprowadził go na jedno ze spotkań redakcji. W 1992 roku zasilił jej skład, którego trzon od tej pory pozostał stały przez lata. Zmieniały się adresy redakcji (ul. Poznańska, ul. Mylna – choć w stopce redakcyjnej zawsze podawany był adres skrytki pocztowej), współpracownicy i współpracowniczki (m.in. Łukasz Lipowski, Dariusz Janowski, Grzegorz Popek, Andrzej Selerowicz, Marek Birski, Yga Kostrzewa, Anka Zet, Leszek Bolewski czy Waldemar Zboralski), szata graficzna (kilkukrotna zmiana winiety i kolorystyki), objętość (od 16 stron przez 20, 28, 32, 36, 40, 44… aż po, w szczytowym momencie, 80), cena (zwłaszcza w początkowym okresie, kiedy szalała hiperinflacja) i czasy – oni byli niezmiennie.
WARSZAWA – domatorka, z silnie zaznaczoną potrzebą miłości, pozna miłą panią (starszą). Ulećmy o, skarbie mój do gwiazd, poczujemy zapach rezedy, bądźmy dla siebie wszystkim. Bi i trans wykluczone. Romantyczka. Nr 8004.Na początku Sergiusz Wróblewski miał pomóc w wysyłaniu ofert towarzyskich.
Było prawdziwe zatrzęsienie anonsów, przychodziło ich kilkaset miesięcznie, na każdą z odpowiedzi – od kilkudziesięciu do kilkuset listów. Całe półki kartek to segregowania. Niemało ludzkich emocji i szczęśliwych związków, które przechodziły przez jego spracowane ręce. Czasami dowiadywał się o tym, że ta praca nie szła na marne, ponieważ sporo listów przychodzących później na adres „Inaczej” informowało, że dzięki wysiłkom redakcji ktoś dokonał samoakceptacji lub znalazł swoją drugą połowę. Sam Sergiusz, który poszukiwał partnera, korzystał z prawa „pierwokupu” – jako pierwsze wysyłane były jego odpowiedzi na interesujące ogłoszenia. Dorzucając swoje koperty dbał tylko o to, by numer był już w kioskach, bo inaczej wyglądałoby to dość podejrzanie. Tą drogą poznał kilka wartościowych osób; ujął go zwłaszcza pewien skromny anons, jak się okazało, mężczyzny, z którym spędził kolejne pięć lat życia.
WARSZAWA – lesbijkę poślubi bez zobowiązań małżeńskich uczciwy i wrażliwy gej. Nr 2141.Przez pierwsze lata „Inaczej” ukazywał się w czerni i bieli, kolorowa była jedynie okładka, prezentująca zawsze z obu stron akty mężczyzn rozmaitej rasy i narodowości; z reguły fotografie zamieszczane na odwrocie było odważniejsze. Zawartość czasopisma komponowana była według stałego schematu: serwis krajowy (w nim zazwyczaj publikowane były doniesienia z działalności regionalnych Lambd wraz z ich aktualnymi adresami) i zagraniczny, listy czytelników i odpowiedzi na nie, kilka przekładów krótkich artykułów, poezja i opowiadania (lub fragmenty książek, zazwyczaj zagranicznych – choćby kultowego Mojego Giovanniego Jamesa Baldwina) i sporo treści mniej poważnych, wśród których można było znaleźć horoskopy, „autopsychoterapię” czy ciekawostki w rodzaju wiadomości o języku ciała.
Atutem pisma był powiew świata zagranicznego – niemal w każdym numerze można było znaleźć relacje z innych państw, dotyczące gay pride days, ważnych spotkań „na szczycie” czy zwyczajnych wypraw turystycznych, obejmujących oczywiście placówki LGBT-friendly. Korespondencja z USA czy relacja ze spaceru po Berlinie pełne były wskazań praktycznych, podobnie jak zamieszczane w ostatniej części pisma zaproszenia i reklamy do rodzących się i równie szybko umierających klubów, pubów i ośrodków porozsiewanych po Polsce. Jedną z najczęściej poruszanych na początku lat 90. kwestii środowiska homoseksualnego
był HIV/AIDS, co także znajduje oddźwięk w „Inaczej”. Artykuły popularnonaukowe i pełne emocji świadectwa podszyte były jednoznacznie profilaktyczną intencją, tworząc wrażenie uświadamiającego elementu pisma samopomocowego. Widoczna była także misja popularyzacji pojawiającej się dopiero w Polsce – głównie w przekładach –
literatury gejowskiej i lesbijskiej, której tytuły przewijały się w reklamach, zapowiedziach i krótkich fragmentach. Pojawiały się ankiety i obszerne omówienia ich wyników („Gejów portret własny”), trafiały się ciekawe szkice o świętym Sebastianie, outingu czy „modzie na Araba”, sporadycznie publikowane były wywiady, regularnie materiały cykliczne. W odcinkach publikowany był „Gejowski Kalejdoskop Filmowy” czy cykl tekstów pod prowokacyjnym tytułem „Czy w Polsce są lesbijki?”. Warto podkreślić, że w „Inaczej” lesbijki były, choć nigdy nie w tak dużej reprezentacji, jak geje. I, oczywiście, ogłoszenia. Dużo ogłoszeń. Stanowiły integralną część pisma, choć drukowane były mniejszym drukiem w osobnej wkładce, na bardziej gazetowym i użytkowym papierze.
Cała masa anonsów, które były siłą napędową magazynu. Podobnie jak zdjęcia nagich mężczyzn (i, rzadziej, kobiet), zawsze solo, często z wyeksponowanym przyrodzeniem. Czarno-białe fotografie cherubinków, efebów, umięśnionych hydraulików, dobrze zbudowanych sportowców, białych, czarnoskórych, młodych i dojrzałych, umieszczane tam, gdzie było miejsce na wklejenie choć niewielkiej miniatury (zazwyczaj będącej w bardzo luźnym związku z treścią artykułu) lub w samym centrum tekstu.
DOLNY ŚLĄSK – brakuje mi Ciebie: księdza, kleryka, który potrafi zrozumieć mnie – młodego kapłana. 33/185/90. Nr Ex-16622.Z czasem w „Inaczej” zaczęło się pojawiać więcej wywiadów i materiałów autorskich, mniej za to przekładów i odpisów tekstów zagranicznych. Czasopismo wysunęło się na pierwszy plan raczkującego polskiego dyskursu gejowsko-lesbijskiego lat 90., a więc specyficznego czasu emancypacji pozbawionej tak wyraźnych znamion politycznych jak ta spod znaku akcji „Niech nas zobaczą” (2003) Kampanii Przeciw Homofobii dającej umowny początek ruchowi LGBTQ znanemu dzisiaj. Dostępne w kioskach i salonach prasowych całego kraju, przestało być wewnątrzśrodowiskową platformą komunikacyjną i zaczęło pozyskiwać sojuszników z pierwszych stron dzienników i magazynów ze świata rozrywki. Nie wszystko jednak, co było pomyślane jako element wszechstronnej działalności wydawniczej, okazywało się sukcesem. Ponieważ od początku lat 90. zaczęło się w Polsce ukazywać coraz więcej pozycji literackich dotyczących homoseksualności – a była to nie tylko beletrystyka i poezja, również „użytkowe” leksykony, książki popularnonaukowe i psychologiczne – Andrzej Bulski wpadł na pomysł, by rozszerzyć działalność i o tę gałąź.
Wysyłkowa sprzedaż książek („Gay Book Shop”) prowadzona do tej pory przestała wystarczać redakcji; nowych książek ukazywało się coraz więcej, co dało nadzieję na poważne myślenie o powstaniu swoistej „biblioteczki gej-les” w Polsce. Swój wkład w jej rozwój postanowił mieć i Softpress, który zaczął wydawać pozycje ważne i potrzebne: przekłady (Teleny’ego przypisywanego Oscarowi Wilde, w tłumaczeniu Andrzeja Selerowicza), antologie (Dyskretne namiętności. Antologia polskiej prozy homoerotycznej w wyborze Wolfganga Jöhlinga) i nowe wydawnictwa. Spośród autorskich propozycji wydawnictwa pierwszą był
Ból istnienia Marcina Krzeszowca – młodzieńcza próba literacka redaktora „Inaczej” doczekała się swojej premiery i druku w nakładzie tysiąca egzemplarzy, które w znacznej części rozesłane zostały do prenumeratorów pisma. Następne były:
Leksykon kochających inaczej przygotowany przez Andrzeja Selerowicza i, największa sensacja,
Putto samego Mariana Pankowskiego.
POZNAŃSKIE – mam tyle lat, na ile wyglądam, marzy mi się nieskomplikowany związek z kimś, kto ma 20-40 lat. Zainwestuję w sportowca lub kulturystę. Nr 3635.Pankowski, przebywający od ukończenia wojny w Belgii, prenumerował kilka pism – polski przyjaciel przysyłał mu do Brukseli „Tygodnik Powszechny”, „NIE” i właśnie… „Inaczej”. Magazyn od początku swojego istnienia korzystał z przekładów pisarza publikując różne artykuły (co odnotowane zostało w stopce redakcyjnej), za co ten listownie zwrócił się do redakcji z podziękowaniami i propozycją swojej nowej książki, której wydania odmawiały wszystkie inne oficyny. Przesłał
Putto, które zachwyciło Wróblewskiego i Krzeszowca. Ich decyzja była oczywista: trzeba to wydać. Obecność nazwiska takiego jak Pankowski w niszowej serii wydawniczej podnosiła prestiż samego wydawnictwa. Książka opublikowana w 1994 r. okazała się jednocześnie ostatnią pozycją w katalogu Softpressu. Ambitne plany stworzenia serii wydawniczej zderzyły się z brutalną rzeczywistością, w której sprzedaż poszczególnych książek (zwłaszcza tych mniej znanych autorów) była rozczarowująca.
Dla Sergiusza Wróblewskiego nie był to jednak koniec przygody z Marianem Pankowskim. Wydanie
Putta zapoczątkowało jego wieloletnią korespondencję z pisarzem (odręczne listy pisane na pięknym papierze przechowuje jako wartościową pamiątkę) i, wreszcie, spotkaniem z samym mistrzem – pretekstem był wywiad, którego Pankowski udzielił „Inaczej”. Wizyta w Warszawie była dla Sergiusza niezapomnianym przeżyciem; jeśli dwudziestoparolatek mógł zakochać się w siedemdziesięciolatku, to właśnie to był ten moment. Spotkanie z wybitną postacią polskiej emigracji literackiej zaczęło się o dziesiątej rano w kawiarni Hotelu Europejskiego, skończyło o dwudziestej w pokoju hotelowym pisarza, kiedy to Pankowski przepędził Wróblewskiego słowami:
„Panie redaktorze, profesor Pankowski jest zmęczony, ma swój wiek i musi iść spać”. W międzyczasie nie tylko sypały się historie i anegdoty z życia legend przedwojennej Polski literackiej czy historie z wędrówek pisarza po publicznych szaletach i spisywania naściennych anonsów belgijskich homoseksualistów – profesor wypytywał także Sergiusza o jego zdanie, był zainteresowany jego opinią o sytuacji nadwiślańskich gejów. Jako były więzień obozu koncentracyjnego, „Panko” miał ciekawe obserwacje dotyczące stosunków panujących wśród współwięźniów: widział emocje, uczucia i miłości, które zawiązywały się między więźniami funkcyjnymi a ich ulubionymi chłopcami, którymi się opiekowali i nie pozwalali zrobić krzywdy. Uważał to za coś pięknego, dał zresztą temu wyraz w dramacie
Teatrowanie nad świętym barszczem. Zupełnie inne zdanie miał profesor Władysław Bartoszewski, z którym udało się Sergiuszowi porozmawiać przez telefon – mówił wtedy, że homoseksualiści niemieccy wykorzystywali fakt bycia Niemcami do obejmowania stanowisk funkcyjnych w więzieniu.
POZNAŃ – poznam osoby o biopowinowactwie biorytmicznym: F 74 – 100%; P 71 – 100%; J 64 – 100%. Dla mojej daty urodzenia 27.10.1955. Najlepiej osoby ze znaku raka lub ryb i skorpiona, a roku kozy, konia i wieprza. Nr 2832.Bartoszewski był jednym z wielu „gigantów”, których Wróblewski mógł poznać dzięki pracy w „Inaczej”. Przeprowadzał coraz więcej wywiadów. Jego rozmowa z Marią Janion w kręgu jej studentów w PAN-ie krążyła swego czasu w odbitkach robiąc furorę. Stres towarzyszący takim wywiadom przekładał się na bardzo dokładne przygotowanie i podszkolenie się z dziedzin, którymi zajmowali się rozmówcy. Jechać nieprzygotowanym na spotkanie z Marią Janion? Niewyobrażalne!
Sergiusz rozmawiał z czołówką ludzi z życia publicznego, do każdego numeru „Inaczej” udawało mu się ściągnąć kogoś „ze świecznika”. Najbardziej poważał autorytet naukowy, dlatego wielkim wydarzeniem były dla niego wywiady z Zofią Kuratowską, Marią Szyszkowską, Mikołajem Kozakiewiczem czy seniorem marszałkiem Aleksandrem Małachowskim. Ważne były też rozmowy z przedstawicielami szeroko rozumianej polityki i rozrywki;
swojego poparcia dla spraw LGBT nie kryli choćby Aleksander Kwaśniewski, Marek Balicki, Władysław Frasyniuk, Barbara Labuda, Tadeusz Zieliński, Maryla Rodowicz, Krystyna Prońko, Zygmunt Kałużyński, Anna Chodakowska, Kora, Agnieszka Chylińska, Małgorzata Ostrowska czy Katarzyna Figura. To byli sojusznicy osób nieheteroseksualnych, którzy swojemu zaangażowaniu dawali wyraz także w swojej pracy. Mikołaj Kozakiewicz był jednym z tych seksuologów, którzy jako pierwsi wypowiadali się na tematy gejowsko-lesbijskie, robiąc to w dodatku w bardzo kompetentny sposób. Aleksander Małachowski prowadził z Haliną Miroszową program „Telewizja nocą”, w którym pojawiały się tematy dotyczące homoseksualności. Posłanka Krystyna Sienkiewicz utworzyła nawet w Toruniu coś w rodzaju nieformalnego „biura interwencyjnego dla gejów i lesbijek”: gdy ktoś znalazł się w kłopotach, które zgłaszał do „Inaczej”, redakcja odsyłała go do jej biura poselskiego, ponieważ z poczucia misji zajmowało się ono pomocom pokrzywdzonym.
WARSZAWA – brzydka, otyła, pryszczata i łysa szuka… dziewczyny stanowiącej jej przeciwieństwo. Odpowiem na każdy list. Napisz. Nr 4666.Wywiadu udzielił także Lech Falandysz, Minister Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy, który zajmował się projektem ustawy „Karta Praw i Wolności”. Gdy prezydent zaczął nad nią pracę, Sergiusz Wróblewski w imieniu „Inaczej” i zgromadzonych wokół niego środowisk napisał list do Falandysza, wskazując na istotność dodania zapisu o zakazu dyskryminacji na tle orientacji seksualnej. Falandysz odpisał wprawdzie, że na razie nie widzi takiej potrzeby, jednak dostrzegł konieczność przemyślenia tego pomysłu. Gdy jakiś czas później Sergiusz przebywał u znajomych i przy włączonym radiu opowiadał im o korespondencji z ministrem, mówili „Sergiusz, jesteś idealistą, świata nie zmienisz”. W tym momencie radio nadało komunikat o wprowadzeniu tego zapisu do projektu „Karty Praw i Wolności”. Znajomi, spoglądając z niedowierzaniem, szybko zmienili zdanie: „A może jednak zmienisz?!”. Ustawa „Karta Praw i Wolności” została ostatecznie odrzucona przez sejm, zapis został oprotestowany przez Andrzeja Rzeplińskiego, obecnego Prezesa Trybunału Konstytucyjnego.
Niektóre z kontaktów przeniosły się także na grunt prywatny. Zofia Kuratowska miała pretensje za każdym razem, gdy dowiadywała się, że Sergiusz przyjechał do Warszawy nie odwiedzając jej w senacie „na kawę”. A gdy w 2005 r. policja zatrzymała go podczas poznańskiego marszu równości – co pokazała telewizja – jedną z kilku osób, które od razu do niego zatelefonowały z pytaniem, czy nie potrzebuje pieniędzy na adwokata, była Maryla Rodowicz.
WARSZAWA – kulturalny geju – błagam o pomoc! Umożliw młodej, poważnej LES kontynuację nauki w Warszawie, odstępując niedrogo cichy, zapewniający warunku do intensywnych studiów – pokój. Dopuszczalne wyłącznie relacje na płaszczyźnie przyjacielskiej, braterskiej. Geje – uważam was za najwspanialszych facetów na świecie. Nr 2496.
Faktycznie! Od razu "cos" mi tu nie pasowało.
Andreas to była koszmarna nora w jakiejs ponurej piwnicy. Byłem tam raz i więcej moja noga już nie przestąpiła tego progu.
Ale chciałbym jeszcze dożyć objęcia obszaru Polski równymi prawami dla LGBT. Na razie mafia mundurowych funkcjonariuszy Watykanu i ich kolaboranci tych prawa LGBT odmawiają... Ale i to się kiedyś skończy. Jestem o tym przekonany!
Bardzo fajnie, że to napisałeś !! Ja także w bardzo podobny sposób do tego podchodzę. Gdy o tym sobie czasem myślę, to nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmienił się nasz kraj oraz cały otaczający nas świat w ciągu naszego życia. A także, jak wiele naprawdę interesującego i ważnego się w tym czasie wydarzyło. To wszystko przypomina mi taki ogromny kalejdoskop mieniący się wieloma najróżniejszymi kolorami, emocjami, nastrojami oraz tym wszystkim, co tak trudno ująć słowami. To prawda, życie każdego z nas to niesamowita, jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna podróż ...
Waldemar Zboralski:
Wydaje mi się, że to tylko kwestia czasu. W ciągu naszego życia naprawdę bardzo wiele pozytywnego i dobrego się w tej sprawie zmieniło. Ten proces rozpoczął się wiele lat temu i moim zdaniem prowadzi on nieuchronnie do szczęśliwego i tak bardzo upragnionego przez nas wszystkich finału. Naprawdę !! A to, że robimy czasem jeden krok do przodu, a potem dwa albo trzy kroki do tyłu? To chyba jest charakterystyczne dla każdej większej zmiany i każdego poważniejszego procesu. Najważniejsze, że podążamy we właściwym kierunku ...
Waldemar Zboralski:
Wszystko się kiedyś kończy, nic bowiem nie jest nam dane na zawsze !! Dokładnie to samo dotyczy każdej władzy i naprawdę warto o tym pamiętać. Kościół był kiedyś wszechpotężną, siejącą tak często przerażenie i zgrozę instytucją. Dziś, na całe szczęście, jego realna władza jest bez porównania mniejsza niż w poprzednich stuleciach. Sama ta instytucja także bardzo się na przestrzeni tych wszystkich lat szczęśliwie zmieniła, chociaż nadal ma wiele różnych grzeszków na sumieniu. W wielu krajach zachodniej Europy ludzie coraz śmielej i z ogromną korzyścią dla siebie od niego odchodzą. Albo układają sobie z nim nowe relacje, oparte bardziej na partnerstwie, na poszanowaniu swojego prawa do pełnej wolności i niezależności i, miejmy nadzieję, w zgodzie ze sobą. U nas z wielu różnych powodów jest troszkę inaczej, jednak ten proces separacji jest moim zdaniem nieunikniony.
Tak, wszystko się kiedyś kończy. "Czasu jest coraz mniej, wkrótce zgaśnie słońce / Cały świat, ty i ja, pogrąży się w ciemności" - tak pięknie i niezwykle przejmująco śpiewała kiedyś Kasia Nosowska. Trudno o bardziej przejmujące świadectwo przemijania, niesamowitej kruchości i ulotności naszego życia oraz całego otaczającego nas świata. Pamiętajmy też, że każdy koniec jest równocześnie początkiem czegoś nowego. Naprawdę :-)
Pozdrawiam serdecznie, miłego, pogodnego i spokojnego dnia ♥