Sergiusz Wróblewski ma 20 lat. Mieszka na obrzeżach Poznania i jest studentem historii na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, który dopiero od dwóch miesięcy zajmuje gmach uprzednio okupowany przez Komitet Wojewódzki PZPR. Z trzydziestoletniego budynku z cegły, mieszczącego się przy Świętym Marcinie, bardzo blisko jest do ulicy Gwarnej – wystarczy okrążyć budynki od strony Fredry lub Świętego Marcina. Przy Gwarnej, naprzeciwko Okrąglaka, mieści się Dom Książki, bardzo ważny kompleks i „okno na świat” dla wszystkich, którzy potrzebują lektury: to tu dokonuje się przedpłat na prenumeraty, subskrypcje, zaopatrza się w książki, mapy, czasopisma. Jest i znak czasu: sex shop otwarty na trzecim piętrze.
Sporo osób, nawet tych pozornie uważanych za sojuszników, odmówiło udzielenia wywiadu. „To nie do końca nasze grono odbiorców” – padała najczęstsza wymówka. Zabawnie z dzisiejszego punktu widzenia było przeprowadzanie wywiadu z niewyoutowanym jeszcze Tomaszem Raczkiem. Chcąc usłyszeć z ust krytyka deklarację, na którą wszyscy czekali i której się spodziewali, Sergiusz konstruował pytania-pułapki („Co sądzisz o ukrywających się gejach?”), z których Tomasz wyślizgiwał się dość niezręcznie („Ależ nie należy ich do tego zmuszać!”). Bywały również sytuacje odwrotne – takie, w których to Sergiusz był bohaterem rozmowy, a nie dziennikarzem zadającym pytania. W 1995 roku udzielił wywiadu niezwykle poczytnemu wówczas magazynowi „Elle”. Redaktorką naczelną była Maria Majdrowicz-Pijanowska, której misją było to, by w jej piśmie pojawiały się ważne i kontrowersyjne tematy. Uważała, że na temat homoseksualizmu powinni pisać specjaliści, dlatego zatelefonowała do redakcji „Inaczej” prosząc, by Sergiusz Wróblewski napisał artykuł i udzielił wywiadu. Twarz Sergiusza i tytuł „Jestem gejem” ozdobiły okładkę pisma dostępnego w całym kraju, egzemplarze wyeksponowane były nawet w jego rodzinnej miejscowości.
WARSZAWA – droga lesbijko z Warszawy, jeśli masz ok. 28 lat i nie palisz, to świetnie. Ja, homoseksualista 30/176/72 bez przeszłości, proponuję ci przyjaźń i wyrozumiałość. Jurek. Nr 2155.W miarę ukazywania się, „Inaczej” przeszło sporą metamorfozę: coraz mniej można było w nim znaleźć zdjęć roznegliżowanych mężczyzn, zaś ogłoszenia i opowiadania stawały się jedynie dodatkiem do licznych wywiadów, tekstów publicystycznych i artykułów społeczno-kulturalnych. Na kolorowych już w pełni stronach pojawiły się stałe wyodrębnione działy (np. „Raport Inaczej”, „Film”, „Nauka”, „Widziane z Lesbos”), upodobniające miesięcznik do „Polityki” (która co najmniej raz w miesiącu go cytowała); w pewnym momencie „Inaczej” zaczęło być nawet nazywane przez niektórych „gejowską Polityką”. Stało się jasne: niegdysiejsze „Pismo mniejszości seksualnych” przestało być wewnątrzśrodowiskowym niszowym pisemkiem, stało się poważnym tytułem, którego istotność legitymizowały wielkie nazwiska. Lata 90. polskiego ruchu gejowsko-lesbijskiego były czasem specyficznej emancypacji, bardziej skierowanej jeszcze „do wewnątrz” i o mniejszej sile politycznego rażenia, niż w kolejnej dekadzie. „Inaczej” obrało bardziej społeczno-polityczny kierunek a jego misją stało się w pewnym sensie przejęcie inicjatywy, która w innych państwach znajduje się w rękach organizacji LGBT. Zdjęcia nagich mężczyzn zaczęły być przeszkodą, ponieważ nie każdy decydował się na wywiad w takim piśmie.
Etap całkowitego czyszczenia „Inaczej” z erotyki przypadł na końcowe lata jego działalności i stał się jednym z powodów upadku pisma. Spadek sprzedaży był powolny, ale zauważalny. Nastąpił w okolicy 1996 roku, a winę za niego ponosi co najmniej kilka czynników. Redakcja doszła do wniosku, że skoro w „Inaczej” zaczyna, całkiem świadomie, brakować erotyki, być może – w celu zabezpieczenia się przed odpływem pieniędzy ze strony czytelników potrzebujących głównie ogłoszeń i nagości – dobrym pomysłem jest wydanie równoległego pisma zawierającego samą erotykę. Z tej idei zrodził się „Adam” i późniejszy „Super Adam”, pornograficzne pisemka, które okazały się strzałem w dziesiątkę. Ukazywały się już pisma warszawskiego Pink Pressu Sławomira Starosty („Men!”, „Nowy Men”), dla których propozycje poznańskiego Softpressu były konkurencją. Środki ze sprzedaży tych periodyków mogły zapewnić niezależność „Inaczej”, a więc pełną realizację wizji pisma zaangażowanego i pozbawionego jakiejkolwiek erotyki. Pornografia finansowała kulturę.
ŁÓDZKIE – 30/180/94 rozwiedziony, zrezygnowany, ciemne kręcone włosy w którym tlą się resztki nadziei na poznanie kogoś uczciwego. Najlepiej z małego miasteczka, wsi lub osoba duchowna. Pełna obopólna dyskrecja. Nr 1912.Problemów było jednak więcej. Kolejny z nich stanowiła dystrybucja, która nigdy nie była „sensowna”. Do normy należały sytuacje, w których „Inaczej” wysyłany był w równej ilości do kiosków w małych miejscowościach i dużych miastach lub w takiej samej puli do punktów, w których sprzedawały się wszystkie egzemplarze i sklepów, w których nigdy nie sprzedał się ani jeden. Największą siłą destrukcyjną dla całej prasy gejowsko-lesbijskiej okazał się jednak Internet i telefonia komórkowa. Przejawem tej siły był pogłębiający się spadek drukowanych w piśmie ogłoszeń. Instytucja czasopisma przestała być potrzebna jako pośrednik: na początku ludzie zaczęli zamieszczać anonse i po prostu podawać swoje numery telefonów, a gdy Internet wszedł w fazę portali randkowych i forów społecznościowych, ogłoszeń pojawiało się jeszcze mniej. Sytuacja wszechstronnego kryzysu pogłębiała się. 14 sierpnia 2002 r. „Rzeczpospolita” zamieściła notkę:
„Po dwunastu latach działalności z rynku prasowego zniknie - ale być może tylko chwilowo -
Inaczej, najpopularniejszy tytuł skierowany do mniejszości seksualnych. Wydawca - poznańska firma Softpress - postanowił zawiesić wydawanie miesięcznika z powodu kłopotów finansowych. Redaktor naczelny miesięcznika Andrzej Bulski wini za upadek pisma przede wszystkim branżę reklamową. „Polskie agencje reklamowe i firmy nie rozpoznały jeszcze gejowskiego rynku. Świadczy to oczywiście o ciasnych horyzontach ludzi, którzy tam pracują. Na Zachodzie i w Stanach największe nawet firmy reklamują się właśnie w gejowskich miesięcznikach, wiedząc, że jest to rynek stabilny, zamożny i wierny” – mówił Bulski w serwisie internetowym medialink.”
Reklamodawcy to jedno z „być albo nie być” pisma w ustroju wolnorynkowym.
W „Inaczej” na przestrzeni lat pojawiło się parę firm, głównie koncernów farmaceutycznych: reklamował się lek na afty i hemoroidy, ogłaszały się biura podróży, redakcja przez przypadek zwróciła się nawet do producenta kotłów gazowych, który zdecydował się wykupić miejsce na swoją reklamę. Bardziej konwencjonalnym, biorąc pod uwagę profil pisma, klientem był choćby Unimil. To kwestia problemów z reklamodawcami była kropką nad „i” kłopotów wiążących się z wydawaniem czasopisma gejowsko-lesbijskiego. Nie była nią nawet homofobia - jej przejawy narastały jedynie ze strony obrażonych gejów-katolików w sytuacjach, w których na stronach pisma pojawiały się negatywne słowa o Kościele katolickim. Gdy Marcin Krzeszowiec napisał krytyczny tekst o tej instytucji, na adres redakcji przyszła koperta ze zużytym papierem toaletowym. Przez 12 lat działalności „Inaczej” tylko raz musiało zmienić drukarnię, kiedy oficynę przy ul. Ziębickiej przejęła właścicielka nie kryjąca swoich katolickich wartości i przekonań. Wszystkie inne problemy miały podłoże finansowe.
NIEMCY – 21/179/85 dość przystojny szuka przystojnego chłopca do lat 23 w mundurze z kręgów punkowych, metalowych. Ofiaruję swą przyjaźń. Wszystkie fotooferty (akty) otrzymają odpowiedź. Oferty: dla Z-11.Po upadku pisma Softpress jeszcze dwukrotnie próbował swoich sił w wydawaniu gejowsko-lesbijskich magazynów. Pierwszą próbą, jeszcze w 2002 roku, był miesięcznik „On i On”, mający z założenia „lżejszą” treść. Plotkarsko-rozrywkowe pismo z domieszką publicystyki utrzymało się na rynku aż przez 5 lat, zaliczając jedną spektakularną przemianę pod sam koniec działalności. Trzy ostatnie numery, wyróżniające się trochę większym formatem (poprzedni nawiązywał niechybnie do małych „Adamów”) były efektem złudnego niestety przeświadczenia, że nadszedł być może czas na powrót „Inaczej”. Zamiast wracać do dawnej nazwy, Softpress zdecydował się na zmianę szaty graficznej i skrajne podniesienie poprzeczki merytorycznej. W efekcie, trzy ostatnie numery (wówczas już) dwumiesięcznika są jednymi z najlepszych i najwartościowszych przykładów prasy gejowsko-lesbijskiej, jakie ukazały się w Polsce. Wszechstronny wachlarz tematyczny reportażów i artykułów, wysoki poziom publicystyki oraz znaczący bohaterowie i bohaterki wywiadów w połączeniu z nowoczesną szatą graficzną zapisały się w historii polskiej prasy jako ostateczne rozstanie się Softpressu z wydawaniem niepornograficznych czasopism LGBT.
GORZÓW WLKP – samotna z dzieckiem pozna panią do 40 lat, tylko żeby była wierna. Nr 2483.W międzyczasie wydawnictwo zaliczyło krótki epizod związany z drukowaniem „InterHom” – pisma dużo bardziej hermetycznego i merytorycznego niż „On i On”, wydawanego w formie niewielkiego zeszytu, prostego typograficznie i przepełnionego treścią. Redaktorem naczelnym został Sergiusz Wróblewski, wice-naczelną Marta Maciejewska pracująca już wcześniej w „Inaczej”. Pierwszy, majowy numer, wydany z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej reklamowała na okładce Ewa Drzyzga, bohaterka wywiadu. Mimo dwunastotysięcznego nakładu, nie można go było dostać w żadnym punkcie sprzedaży. Drugi ponoć pojawił się już w paru punktach, przykryty poczytnymi wielkoformatowymi gazetami. Dystrybucja zabiła pismo po czterech miesiącach, dokładając do interesu, redakcji udało się dotrwać do numeru czwartego i zamknąć „InterHom” z ujemnym bilansem finansowym. Cztery wydane numery są dziś doskonałym źródłem felietonów, reportaży, recenzji i wywiadów (Magdalena Środa, Maria Szyszkowska, Gus van Sant) oraz szczegółowych relacji z marszów i parad równości, nie tylko polskich. To symbol kolejnej dekady – czasopismo było bardzo zaangażowane w zgłębianie problemu homofobii i udostępniało swoje łamy organizacjom gejowsko-lesbijskim. Wszystko na nic; „InterHom” – podobnie jak „On i On” i, wreszcie, „Inaczej” pozostaną w archiwach Biblioteki Narodowej jako najdoskonalsze świadectwa przemian społecznych i emancypacji rozgrywającej się na przestrzeni niemal dwóch dekad III RP.
Epilog: czerwiec, 2015 rok.Sergiusz Wróblewski ma 45 lat. Lata świetności Domu Książki przy Gwarnej, w którym 25 lat temu kupował pierwszy numer „Inaczej”, minęły – dziś to relikt dawnych czasów zredukowany praktycznie do jednego czynnego piętra. Sergiusz jest menadżerem artystycznym klubu Heaven And Hell: Art. And Music Club – popularnego poznańskiego HaHu. W tym miesiącu klub świętuje 4 urodziny. Dwudzieste piąte urodziny świętuje „Inaczej”, które nie ukazuje się już od 13 lat.
Gdy Sergiusz rozstał się z Softpressem (już nie wydawnictwem, a Agencją Wydawniczo-Reklamową) cztery lata temu, dostał propozycję od Jakuba Wilczyńskiego, by objął stanowisko menadżera artystycznego powstającego właśnie klubu. Wilczyński był człowiekiem wielu pomysłów, właścicielem poznańskiego Halo! Cafe przy ul. Rybaki i klubu Heros (wcześniej Eagle, Posterunek 22) z darkroomami, przy ul. Strzałowej. Nie miał jednak nigdy dyskoteki, a wtedy z Poznaniu nie było żadnego gejowsko-lesbijskiego klubu z prawdziwego zdarzenia, nie licząc Voliery, której można było zrobić konkurencję – lub współistnieć. Był Dark Angels, quasi-dyskotekowe miejsce nastawione jednak głównie na cruising, istniała jeszcze La Cantada, był kompleks przy Świętym Marcinie – obecny Come Back wraz z kinem Pokusa, wtedy jeszcze Elektrownia. HaH miał być inny: poza parkietami tanecznymi dostarczać wydarzeń artystycznych wysokiego poziomu, prezentować wystawy, przedstawienia teatralne. Rzeczywistość zweryfikowała ambitne plany; wystawy czy przedstawienia teatralne niełatwo jest organizować nawet w lepszych przestrzeniach, niż HaH, który ma świetne przestrzenie, lecz wymagające modernizacji pod względem naświetlenia. Lepsze światła nie rozwiązałyby jednak problemu; co zrobić z wystawą na czas dyskoteki? Pozostała scena, na której odbywają się regularnie koncerty.
Na początku przy ulicy Małe Garbary 6 mieściła się restauracja Siedem Portów. Pierwszym „branżowym” obiektem zlokalizowanym w miejscu dzisiejszego HaHu był klub gejowski Sfera, swego czasu miejsce pierwszoplanowe – odbywały się tu ogólnopolskie konkursy drag queen, koncertowała Maryla Rodowicz. Sfera upadła, jej miejsce zajął klub Tuba – zupełnie „nie środowiskowa” dyskoteka. „Środowiskowość” HaHu dobrze określa hasło reklamowe „klub heterofriendly”. Wśród jego gości można spotkać bardzo dużą grupę osób deklarujących się jako homoseksualne; oczywiście takich, którym nie przeszkadza charakter klubu. Wszyscy potrafią się koegzystować i unikać burd, dziewczyny czują się bezpieczne, nastoletni geje zamieniają się w królowe nocy, lesbijki prześcigają się w konkursie karaoke, a dojrzalsi homo- i bi-seksualiści doskonale bawią się w swoim gronie na dwóch parkietach tanecznych i przy pięciu barach. Przestrzeń lubi „grać” w teledyskach – HaH wykorzystały już choćby Małgorzata Ostrowska i siostra Justyny Steczkowskiej, Magda. Integralną częścią są darkroomy, kanoniczny element kultury klubowej, o którym Olga Tokarczuk pisała: „Zdaje się, że ludzkiego seksu nie da się wyzwolić. Potrzebuje darkroomu i tajemnicy, ukrycia w mroku – tam ogląda sam siebie”.
A jakie kluby dla „kochających inaczej” istniały w Poznaniu znacznie wcześniej, w czasach „Inaczej”? Pierwsza była Jambalaya mieszcząca się przy ul. Sienkiewicza, dwupoziomowy i bardzo popularny klub, którego działalność zakończyła się interwencją policji. W obronę dyskoteki, której obsługa i goście zostali przez funkcjonariuszy niezbyt miło potraktowani, włączyło się także „Inaczej”, pisząc pisma protestowe do komendanta miejskiego, wojewódzkiego, wojewody i prezydenta miasta. Mimo to klub został zamknięty, w jego miejscu otwarto przedszkole. Następny był Tropic przy ul. Ściegiennego, utrzymany w rzeczywiście tropikalnym stylu, z egzotycznymi kwiatami w środku. Lokal istniał dość długo, a jego właściciele – Piotr i Zbyszek – w 1995 roku rozpoczęli działalność gejowskiej sauny Amigo istniejącej na osiedlu Lecha do dziś. Przy ul. Łukaszewicza powstał Queens, duży klub z dwiema salami tanecznymi i jedną z lożami i ekranami wyświetlającymi najnowsze teledyski. Było to popularne miejsce prowadzone przez parę gejów z Łazarza, mało „klubowej” dzielnicy miasta. Kolejną dyskoteką na tęczowej mapie Poznania był klub Andreas otwarty w wolnostojącym budynku przy rondzie Rataje (w miejscu, w którym wcześniej mieściła się restauracja). Założycielami byli Holender i Polka, para, która stwierdziła, że w Poznaniu brakuje klubu gejowskiego na wysokim poziomie. Ich propozycją była duża sala taneczna z barem i kilkoma stolikami, ciesząca się popularnością i dobrą lokalizacją – przy samym dworcu autobusowym, który nad ranem odwoził zmęczonych gości w każdy zakątek miasta. Dość długo i intensywnie istniał także założony w 1995 roku klub Skorpio, wielokrotnie reklamowany na łamach „Inaczej”. Bardzo dobrze zorganizowany logistycznie dwupoziomowy (nie licząc najniższego, darkroomowego piętra) lokal był popularnym miejscem, w którym odbywały się liczne imprezy i konkursy organizowane przez „Inaczej”, z fundowanymi przez Softpress nagrodami. Konkurencyjnym klubem było usytuowane na Nowowiejskiego Cafe 2000, czy później Blue Cafe przy ul. Żydowskiej. Po zamknięciu Skorpio jego właściciel, Piotr Kulczyński, otworzył wspomnianą Sferę (w miejscu obecnego HaH), do której wejście prowadziło przez dziedziniec sądu. Na miejscu dawnego Skorpio Andrzej Nowakowski otworzył Berlin West, z założenia klub dla „wszystkich”, ale zdominowany – dzięki osobie właściciela – przez „środowiskowych” bywalców. Po jego upadku Nowakowski spróbował jeszcze raz sił z, tym razem już ściśle „branżowym” American Music Club przy ulicy Libelta. I to miejsce nie przetrwało zbyt długo, nie ciesząc się popularnością od samego początku; czynnikiem decydującym o porażce byli tu samowolni ochroniarze, którzy wpuszczali gości na podstawie własnych kaprysów. Jeśli chodzi o „zagłębie” klubowe przy Świętym Marcinie, pierwsze było Grzechu Warte, do którego dołączyła dyskoteka Pokusa. Z czasem właściciel zmienił nazwę na Elektrownia. W międzyczasie na Smochowicach, terenie bardzo odległym od centrum miasta, w wielkiej willi powstał French Hall. Luksusowy i imponujący klub (czteropoziomowy lokal z antresolami i ogrodem zimowym) pomimo starań właścicieli (organizujących nawet transport autobusami spod dworca) i hucznego, pamiętnego otwarcia w lutym 2005 roku, skończył swój byt się niemal w tym samym momencie, w którym zaistniał – wytrzymał około miesiąca, ponieważ odwiedzało go zaledwie kilkoro gości. Odległość okazała się kluczową przeszkodą. Krótki był również żywot nieprzystępnego KaDeWe przy ul. Szewskiej, określającego się jako „elitarny klub gejowski” i prowadzącego rygorystyczną selekcję gości. W 2005 roku przy ul. Garbary, obok palarni kawy „Astra”, powstał klub Voliera działający aż do 2012 roku; jego właściciel próbował później utrzymać klub Horn przy ul. Wszystkich Świetych, jednak ostatecznie i on upadł. Po dwóch latach, jako V Club, odrodzona Voliera powróciła na mapę Poznania przy ul. Mostowej. Na tej mapie był już HaH, mający silną pozycję hegemona poznańskich klubów.
W głosowaniu SMS-owym HaH został wybrany najlepszym poznańskim klubem roku 2014, na targach Ero Trendy została mu przyznana nagroda najlepszego klubu lifestyle’owego w Polsce. Statuetka stoi w klubie i jest przedmiotem dumy Sergiusza.
A co z pozostałymi członkami redakcji „Inaczej”? Po śmierci Andrzeja Bulskiego w 2007 roku jego partner, Mariusz Piochacz, spadkobierca i nowy właściciel „Softpressu” kontynuował wydawanie „Adama” i „Super Adama”, obecnie jako dwumiesięczników. Jeszcze w 2005 roku próbowali swoich sił w Internecie, zakładając – przebudowany graficznie pod kierownictwem Sergiusza Wróblewskiego – serwis Polgej, istniejący przez kilka lat.
Marcin Krzeszowiec okres związany z „Bólem istnienia” uważa za zamknięty, w 2004 roku udzielił Błażejowi Warkockiemu wywiadu (do czasopisma „Ha! Art”), który określił mianem niepotrzebnego „ekshumowania zwłok”. Do dziś pracuje w Agencji Wydawniczo-Reklamowej Softpress, która poszerzyła swoją działalność o usługi typograficzne i drukarskie.
Wszystkie ogłoszenia towarzyskie są autentycznymi anonsami spisanymi z numerów „Inaczej” ukazujących się w latach 90.
"Pionierskie" czasy ale miały swój urok.
W historii poznańskich klubów brakuje mi jeszcze "Teleny'ego", założonego przecież własnie przez Bulskiego i Piochacza. Nie mam stamtąd miłych wspomnień a i podobno sami własciciele dostali kiedys "łomot" od bramkarzy.
Poza klubami działały w tamtych czasach też chętnie odwiedzane przez gejów kawiarnie czy puby. Pamiętam małą knajpkę przy Teatrze Nowym, "Trocadero" na 3 Maja, "Stańczyka" i "Fuksa" na Długiej.
pełen szacunek. świetnie że tak mocno działaliście, że było tyle siły i determinacji, że był cel.
szkoda tylko, że faktycznie, w plastikowym świecie 'dziś' My już tego nie doświadczymy.
Mnie to bardzo odpowiada. Golizna mnie nie interesuje - ba, cokolwiek mnie rażą wyraźnie adresowane do samych tylko gejów reklamy z gołymi napakowanymi klatami - za to polityka... ech, polityka to wspaniały temat. "Wszystko jest polityką".
Ja kupowałem na początku pierwszej dekady 21 wieku nowego mena. Czytałem go od dechy do dechy z moim chłopakiem. Najbardziej lubiliśmy ciekawostki co sie dzieje w świecie gejowskim, kto sie ujawnił, kogo sie podejrzewa itp oraz opowiadania erotyczne. One bardzo nakręcały na sex -) kochaliśmy to. Potem do nowego mena były kasety wideo dla których kupiliśmy specjalnie telewizor z odtwarzaczem -)
A potem ta Gazeta zniknęła. Innych nie było. To przestaliśmy kupować. I tak zostało.
Teraz kupuje replikę ale tam nie ma żadnej erotyki....