Czy dwadzieścia lat po „pierwszej fali” filmów o AIDS nadchodzi druga? Trzy Oscary dla „Witaj w klubie” mogą to właśnie zwiastować.
- Krzysztof Tomasik - Ta historia jest tak bardzo filmowa, i to w hollywoodzkim stylu, że aż dziw, że dopiero teraz została przeniesiona na ekran. W tym roku mija dwadzieścia dwa lata od śmierci
Rona Woodroofa, butnego Teksańczyka, który w połowie lat 80. dowiedział się, że ma AIDS i zostało mu 30 dni życia. Postanowił nie dać się, z Meksyku przywiózł leki niezatwierdzone jeszcze w USA, a z czasem stanął na czele klubu osób z HIV, omijając w ten sposób zbyt powolne i często nieskuteczne procedury oficjalnego leczenia w Stanach Zjednoczonych.
Oto Ron
W filmie pierwsza scena to ekspozycja w której poznajemy głównego bohatera (Matthew McConaughey). Jest rok 1985, właśnie umarł
Rock Hudson. Ron pracuje jako elektryk, ale przede wszystkim uwielbia rodeo. Nie wygląda zbyt zdrowo, ale nie powinno to dziwić biorąc pod uwagę jego tryb życia polegający na korzystaniu całymi garściami z alkoholu i narkotyków. Właśnie na używki oraz prostytutki idą zarobione pieniądze. Kiedy dowiaduje się, że choruje na AIDS, pierwszą reakcją jest zaprzeczenie, po prostu nie przyjmuje tego do wiadomości, bo to „choroba pedałów”. Zweryfikuje swoje podejście, gdy jednym z objawów będzie impotencja.
„Witaj w klubie” jest przede wszystkim opowieścią o przemianie. Ron zamienia się z lekkoducha w buntownika, który nie godzi się z niesprawiedliwą polityką rządu w stosunku do HIV. Z homofoba staje się
jednym z wykluczonych, dodatkowo zdając sobie sprawę jak zabijające są stereotypy. Największego sojusznika w prowadzeniu klubu znajduje w osobie transseksualnej Rayon (Jared Leto), najpierw nieznośnego wspólnika, który podstępem zaciąga go do gejowskich klubów, z czasem bliskiego przyjaciela.
Zasłużone, nagrodzone
Film wchodzi na polskiego ekrany opromieniony sukcesem na gali Oscarów, a wcześniej Złotych Globów. W obu przypadkach mieliśmy do czynienia z „rozbiciem banku” jeśli chodzi o nagrody aktorskie dla mężczyzn. Triumfował zarówno McConaughey w kategorii pierwszego planu, jak i Leto za rolę drugoplanową. Obaj są rzeczywiście znakomici i nie chodzi tylko o znaczne odchudzenie się do roli. Tworzą pełnokrwiste postacie w które widzowie są w stanie uwierzyć. Bezsprzeczny jest także sukces reżysera, nie jest to zresztą pierwsze zetknięcie
Jeana Marca Vallèe z tematyką LGBT, w 2005 r. zrealizował komedię
„C.R.A.Z.Y.” o dojrzewaniu młodego geja, która cieszyła się sporą popularnością w Polsce.
Przy okazji warto zwrócić uwagę także na trzeci plan „Witaj w klubie”, żeby wyłapać gejowsko-lesbijskie smaczki. W niewielkiej roli wspólnika Rona i Rayon pojawia się Dallas Roberts, niezapomniany pan niania i ukochany Kit z lesbijskiego serialu
„Słowo na L”. Natomiast leczącego w Meksyku doktora Vassa zagrał Griffin Dunne, partner
Madonny z komedii „Kim jest ta dziewczyna”. O takiej atrakcji jak
Amanda Lear na ścieżce dźwiękowej filmu nie wspominając.
Od Oscara do OscaraW oscarowym triumfie „Witaj w klubie” najbardziej symboliczna jest nagroda dla Matthew McConaughey'a, przyznana równo dwadzieścia lat po tym jak statuetkę odbierał Tom Hanks za
„Filadelfię”. Właśnie zestawienie tych tytułów najlepiej pokazuje jaką drogę w pokazywaniu HIV/AIDS przeszło Hollywood. Już nie mamy do czynienia z chwytającą za serce historią biednego geja, który chce współczucia, tylko nieoczywistego bohatera biorącego sprawy we własne ręce. Największa różnica to jednak polityczna wymowa, która dwadzieścia lat temu nie istniała, tym razem wątek stosunku rządzących i nacisku firm farmaceutycznych, którym zależy przede wszystkim na maksymalizacji obrotów finansowych, nie tylko nie został przemilczany, ale jest wręcz jednym z tematów filmu.
„Witaj w klubie” to sprawnie zrealizowane kino z ambicjami, wciąż jednak obracamy się w obrębie tego co jest możliwe do pokazania w hollywoodzkim filmie głównego nurtu. Pewne rozwiązania fabularne mogą drażnić swoją przewidywalnością, np. od początku rozdane są karty jeśli chodzi o dobrego i złego lekarza. Amerykańskie
organizacje LGBT zarzuciły „Witaj w klubie” szereg rozbieżności z prawdziwą historią Rona Woodroofa, którzy w rzeczywistości miał być
biseksualistą. Dla mnie najbardziej rażący jest stosunek do kobiet, możliwość zarażenie przez Rona którejś z prostytutek uprawiających z nim seks bez zabezpieczenia w żadnej scenie nie zostaje sproblematyzowana, zupełnie jakby w przeciwieństwie do gejów i transów, chorujące dziwki wciąż jeszcze nie zasługiwały na empatię.
Nowe otwarcie?
Oby sukces „Witaj w klubie” był szansą na zainteresowanie tematem i stworzenie kolejnych filmów o HIV/AIDS. Dwadzieścia lat temu pojawiło się kilka ważnych tytułów, najlepiej została zapamiętana amerykańska „Filadelfia”, ale niemal w tym samym czasie we Francji przebojem były
„Dzikie noce” Cyrila Collarda (cztery Cezary w 1993 r., w tym dla najlepszego filmu), nawet w Polsce powstała
„Pora na czarownice” (1993) Piotra Łazarkiewicza.
Wszystkie powyższe filmy mają dziś wartość przede wszystkim historyczną, na ich tle „Witaj w klubie” to z pewnością krok do przodu, ale potrzebne są kolejne, choćby postulowane od dawna większe
otwarcie na aktorów gejów. Homoseksualistów mogą grać heterycy, gorzej gdy w prestiżowych produkcjach obsadzani są zawsze tylko oni. Ten wątek powrócił obecnie w związku z kreacją Jareda Leto, może najwyższa pora w takich rolach jak Rayon zacząć obsadzać i
lansować transpłciowych aktorów? Medialna dyskusja przy okazji promocji miałaby wtedy szansę zostać skierowana na nowe tory, np. już nie o tym jak trudno się chodzi na obcasach, ale z jaką dyskryminacją mają do czynienia w Fabryce Snów mniejszości seksualne.
„Witaj w klubie” (tytuł oryginalny: „Dallas Buyers Club”), reż. Jean-Marc Vallèe, USA 2013. Wyst: Matthew McConaughey, Jared Leto, Jennifer Garner, Denis O'Hare, Dallas Roberts. Dystr. VUE Movie Distribution. Polska premiera: 14 marca 2014.
Nie wspominając o genialnym duecie McConaughey&Leto. W pełni zasłużone Oskary - dla obojga. Sorry, Leo ;)