„Nie zgadzamy się na płacenie za oglądanie naszych bohaterów jako prostytutki, szaleńcy, samobójcy i wulgarni desperaci. Prawda jest absolutnie inna” – tak grzmi (trochę niegramatycznie) patriotyczna młodzież tworząc fejsbukową akcję „Tylko świnie siedzą w kinie”, co oczywiście nawiązuje do znanej akcji bojkotu niemieckich kin podczas okupacji.
- Witold Jabłoński - Chodzi o obraz walczących harcerzy, jaki stworzył
Robert Gliński w ekranizacji lektury szkolnej „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Wyznaję, że już jako dzieciak nie mogłem strawić tej książki. Odpychała mnie i drażniła swoją przesłodzoną czułostkowością, bogoojczyźnianym zadęciem i natrętną martyrologią, serwowaną zresztą także bez umiaru przez inne utwory opowiadające o II Wojnie Światowej. Widać już wtedy byłem uodporniony na dzieła pisane „ku pokrzepieniu serc”. Na czym zresztą miałoby polegać to „pokrzepienie”? Na pokazywaniu młodych ludzi, którzy tracą najlepsze lata życia na beznadziejną walkę i giną bez sensu, bo przywódcy narodu bez umiaru szafowali ich naiwną wiarą i poświęceniem? Dlatego też nigdy nie byłem admiratorem Powstania Warszawskiego i książkę Piotra Zychowicza „Obłęd’44” przyjąłem jak świeży powiew w opisywaniu naszej historii, jakby autor dosłownie czytał w moich myślach.
Film jeszcze przed premierą wywołał burzę. „Ci, którzy mieli związek z harcerstwem wiedzą o co chodzi” – oświadczył Marek Podwysocki, harcmistrz i były komendant „Pomarańczarni”, legendarnego szczepu 23 WDH z liceum Batorego, którego wychowankowie stanowili trzon warszawskich Szarych Szeregów.
Chodzi zaś nie mniej, ni więcej, tylko o… Nie, wcale nie rozliczenia polityczne ani wizję epoki. Czułym punktem, jak zwykle u naszych „prawdziwych” Polaków, jest seks. Wprawdzie w filmie nie ma go wiele: raz Rudy całuje swoją dziewczynę pod nieobecność rodziców, w innej scenie Zośka budzi się pod jedną kołdrą z narzeczoną Halą Glińską. Prawdziwy skandal! Uprawiali miłość przed ślubem! Zafałszowanie historii! Wiadomo wszak, że nasza młodzież wtedy niewinną była i o seksie przedślubnym (ani też żadnym innym) nie miała pojęcia. Jedyne czym się zajmowali to zapewne modlitwa i cierpienie dla umęczonej Ojczyzny. Najwidoczniej polski bohater nie ma prawa być człowiekiem z krwi i kości, musi być sztucznie wywindowanym na piedestał niezłomnym posągiem, któremu w głowie ważniejsze rzeczy niż przytulanie dziewczyny. Ojczyzna wzywa, nie czas na sprośne figle! Zastanawiające i charakterystyczne: seks nie pozwala człowiekowi być ideałem i wzorem dla młodzieży. Dlaczego nasi „patrioci” tak boją się seksu? Kto im tak zrył umysły? Uwzględniając „rewelacje” głoszone dzisiaj przez rozmaitych konserwatywnych klerykałów, pokroju posłanki Pawłowicz lub księdza Oko, możemy się przecież domyślać.
Nie tak dawno
Elżbieta Janicka, badaczka PAN, ogłosiła, że głównych bohaterów „Kamieni na szaniec” mogła łączyć homoseksualna więź. Trzeba w tym miejscu zrobić małą dygresję. Nie wątpię w dociekliwość naukowca, sądzę jednak, że nadinterpretowała lub mylnie odczytała sygnały z innej epoki. Dawniejsi ludzie wiedzieli, że uczucia są różnorodne i stwierdzenie, że się dwaj przyjaciele "kochali" nie musiało oznaczać łóżka, tylko właśnie czułą przyjaźń. Gorąca więź kolegów ze szkolnej ławy, obejmowanie się, trzymanie za rękę, nawet delikatne pocałunki nie były od razu klasyfikowane jako "gejowskie" tak, jak się dzieje to dzisiaj. Taka właśnie gorąca przyjaźń mogła łączyć Zośkę i Rudego, co w żadnym wypadku nie mogło czynić z nich "gejów" w naszym dzisiejszym rozumieniu (to znaczy: otwartej deklaracji swego homoseksualizmu, przyjmowanie gejowskiego stylu życia, szukanie przygód tego rodzaju w seksualnym podziemiu, dążenie do trwałego związku z partnerem tej samej płci itp.). Tak więc podkreślany przez Janicką epizod, kiedy to konający (sic!) Rudy trzyma Zośkę za rękę i mówi jak go kocha, nie musiał wcale oznaczać seksualnej namiętności, co najwyżej budzący się w określonych warunkach ledwie uświadomiony homoerotyzm, na granicy którego ślizga się niejedna męska przyjaźń.
Reżyser mógł więc pójść tym tropem, wywołując z pewnością większy skandal. W filmie jednak obaj bohaterowie pokazani są bez wahania jako zdecydowani heteroseksualiści. „W sumie lepiej już, że Zośka w filmie wskakuje do łóżka Hali Glińskiej niż Rudego” – ironizuje harcmistrz Podwysocki. Gdyby tylko mógł siebie posłuchać…
Nawet nie zauważa, że Zośka z Haliną to przecież czysty Gender…Wcześniej okazywało się, że nasi żołnierze pod Westerplatte nie mieli prawa napić się wódki i oglądać fotek nagich panienek (wiadomo wszak, że pili mleko i mieli tylko święte obrazki z NMP), teraz znowu okazuje się, że harcerze nie znali seksu, nawet hetero. Dlaczego jednak – pytam – fakt, że ktoś był rzeczywiście gejem albo lesbijką (jak przypisywano to niedawno Marii Konopnickiej), ma uniemożliwiać bycie patriotą? Czemu miłość do drugiego człowieka ma wykluczać miłość do ojczyzny i zdolność do bohaterstwa? Sama dyskusja na ten temat pokazuje, jakie schematy mamy do głów wtłoczone. Czasy się zmieniają, ale polska dulszczyzna i kołtuneria mają się wciąż doskonale.
Naprawdę? Przyznaje, że nie jestem asem z historii, ale to nie było przypadkiem tak, ze jedynym skutkiem powstania było zrównanie Warszawy z ziemią,a historia dalej i tak potoczyła się jak chciała, z buta niemieckiego wpadliśmy pod sowiecki? Ten fragment o darkroomach nawet nie nadaje się do skomentowania...