„Jestem niechcianym odrzutem Kościoła. Tego samego, który tyle mówi o miłości do bliźniego. Ale nie jestem odrzutem Boga. Dla mnie Kościół Katolicki to już jedynie instytucja, tylko dopisać Sp. z o. o. na końcu. Ale wciąż wierzę w Boga i dlatego też mam nadzieję, że kiedyś cały ten Kościół zmiecie z powierzchni Ziemi. Może Bóg też ma jakieś granice wytrzymałości? Miejmy nadzieję…„. Tak rozmowę ze mną kończy Michał – 38-letni gej, który 2 lata swego życia spędził w jednym z zakonów katolickich. Ilu jest w Polsce księży gejów? Ilu żyje w zakonach? Ile osób homoseksualnych przygotowuje się do posługi duszpasterskiej w seminariach? Tego najprawdopodobniej nigdy się nie dowiemy. Większość z nich ukrywa przed światem swoją orientację. Moim współrozmówcom się to nie udało.
Rozmawiała: Anna BajronicznaMichała poznaję przez Internet. Pierwsza rozmowa na Skype, bez włączonego wideo, jest dość nerwowa.
Na pewno nie napiszesz gdzie i w jakim zakonie byłem? Pyta już po raz kolejny. Pierwsza rozmowa nerwowa… Michał opowiada o zupie ogórkowej, którą zrobił na obiad. Czekam, aż sam podejmie temat. Przy drugiej rozmowie włącza wideo. Na ekranie pokazuje się młoda twarz. Blond włosy, ciemne oprawki okularów, zadbana bródka.
Nie powiesz w jakim zakonie byłem? Pyta na dzień dobry. Po raz piąty.
Religia jest dla ciebie ważna?Nadal jest, ale kilka lat temu, po zakonie, się z nią rozstałem na kilka lat.
Było ci bez niej łatwiej?Było samotnie. Nie bez religii, a bez Boga. Myślałem, że mnie nie kocha. Miałem myśli samobójcze… Nie uznaję już dogmatów, bicia łbem o posadzkę kościoła. Jak siedzisz w ciemności, w ciszy, tak przez dwie godziny, nie robisz nic tylko obserwujesz swoje myśli, wtedy jest przy tobie Bóg. Do kościoła już nie chodzę, mam tam odruch wymiotny.
Kiedyś tak nie było?Kiedyś biegałem do kościoła codziennie.
Wiedziałeś wtedy, że jesteś gejem?Wiedziałem to od 10 roku życia. Przeżyłem szczenięcą miłość do kolegi, który dał mi na urodziny samochodzik. Czerwony z otwieranymi drzwiami. Oczywiście nic mu nie powiedziałem. Wtedy nie wiedziałem jak ta orientacja się nazywa. Bo wiesz, tego nikt nie wie, heteroseksualista też nie wie,
że to wszystko zamyka się w słowach „orientacja heteroseksualna”. Tyle, że heteroseksualista
ma o tyle lepiej, że nie musi się tym przejmować, a ja się bałem, że coś jest nie tak.
To znaczy?Kiedy pierwszy raz, grając w butelkę, musiałem całować się z dziewczyną, poszedłem po wszystkim
do toalety i wymiotowałem. Popłakałem się, bo nie wiedziałem dlaczego mi się to nie podobało. I jak idiota powiedziałem o tym mamie. Miałem wtedy 12 lat, wróciłem do domu i zwyczajnie powiedziałem. Matka sprała mnie ścierką. Wtedy wiele się dowiedziałem o życiu.
Czego się o nim dowiedziałeś?Dowiedziałem się, że są rzeczy, o których nie wolno mówić, że rodzicielska, bezgraniczna akceptacja nie istnieje. Wtedy właśnie zacząłem chodzić więcej do kościoła. Wcześniej uczęszczałem na mszę
co tydzień, po tym wydarzeniu chodziłem codziennie.
Myślałeś, że to pomoże ci pozbyć się tego, co czułeś?Tak.
Pomogło?Pewnie, że nie. Ale jako 15-latek przestałem szukać winy w sobie. Zakochałem się po raz pierwszy.
I po raz pierwszy kogoś skrzywdziłem. Na 16-te urodziny powiedziałem Jackowi, że chciałbym zostać księdzem. Taka gówniarska miłość. Rozstaliśmy się w złości.
Nie myślałeś o tym, że jesteś za młody na takie decyzje?To było już prawie pięć lat biegania do kościoła dzień w dzień. Proboszcz w mojej parafii był fajny, taki z powołania. Skromny człowiek. Kochał zwierzęta, przygarniał wszystkie bezdomne czworonogi. Dużo z nim rozmawiałem, nigdy mu nie powiedziałem kim jestem. Czułem, że nie mogłem. Ale zadawałem mu pytania „Czy Bóg kocha każdego takim, jakim jest?” - odpowiadał, że tak. Wierzyłem, że ta sama zasada tyczy się osób takich jak ja, że bardziej Boga obchodzi to, czy jestem dobrym człowiekiem,
a nie to, czy podoba mi się koleżanka, czy kolega. Przez te pięć lat miałem sporo czasu, aby uświadomić sobie, że chcę poświęcić Bogu swoje życie.
I poświęciłeś?Skończyłem teologię. Jeździłem na wszelkie pielgrzymki, na wszystkie oazy, miałem kontakt
z zakonnicami, z księżmi. W czasie studiów prawie żadnej Wigilii nie spędziłem z własną rodziną,
bo albo byłem w tym czasie na wyjazdach chrześcijańskich, albo pomagałem wraz z księżmi potrzebującym. Ale muszę się w tym miejscy zatrzymać i coś ci wyjaśnić…
Co takiego?Nie chcę, żeby to wszystko zostało odebrane jak fanaberie fanatyka. Miałem w sobie żywą, radosną miłość do Boga. Nie samobiczowałem się modlitwami. Wierzyłem, że najlepiej Boga chwali się radością i pomocą niesioną innym. Dopiero na studiach trochę mi się ten obraz rozmył…
Dlaczego?Mieszkałem w innym mieście. Ksiądz tam był nastawiony na zgarnianie kasy od wiernych. Grzmiał
z ambony, że kto nie daje pieniędzy na własny kościół, ten nie jest wart nazywania się katolikiem.
W taki sposób zdobywał kasę na wycieczki do Egiptu i alkohol. Mówił, że potrzeba pieniędzy
na remont dachu, kupował najtańsze materiały, a to co zostało inwestował w siebie i swoje podopieczne.
Podopieczne?Młode dziewczyny, do których jeździł, i które zabierał do tego Egiptu. Ludzie albo o tym nie wiedzieli, albo nie chcieli wiedzieć. W dużych miastach księża mają większą swobodę. Ja wiedziałem co się dzieje. Miał do mnie zaufanie. Kiedyś dał mi kluczyki do samochodu, żebym nocą odwiózł z parafii jedną z takich pijanych podopiecznych.
Nie zraziło cię to do Kościoła?Tylko do bycia księdzem. Po studiach wstąpiłem do zakonu.
Możesz opisać życie w zakonie?Tylko powierzchownie, żeby nie zostawiać za dużo śladów. W sumie jak to w zakonie: wczesna pobudka, modlitwa, śniadanie, dużo pracy w ogrodzie, w kaplicy, wspólne rozmowy.
Mówiłeś o tym, że miałeś w sobie radosną miłość do Boga. Czy w zakonie również?
W zakonie odczuwa się to nieco inaczej, jest dużo czasu na kontemplację, refleksję. Radość nadal jest, ale bardziej refleksyjna.
Wiesz, że muszę o to zapytać - co z orientacją? Dawała o sobie znać? Byłeś otoczony samymi mężczyznami.Kwestie seksualności się we mnie wyciszyły. Oddałem się modlitwie i pracy nad sobą. Nadal byłem gejem, tak jak większość współbraci była nadal mężczyznami heteroseksualnymi. Jednak w zakonie się to jakoś zaciera, człowiek w pewnym stopniu pozostawia na boku swoją seksualność. Gdyby jednak miał powrócić do niej, to wróci do tej, którą ma. Ja nadal jestem gejem. Nic się nie zmieniło.
Żaden ze współbraci nie podobał ci się jako mężczyzna? Oczy miałem nadal. Wiedziałem, że ten, czy tamten jest dla mnie przystojny, jednak to wszystko.
Do momentu pojawienia się Jacka. Mam chyba takie szczęście do Jacków...
Kim był Jacek?Jacek został przyjęty rok po mnie. Okazało się, że nasze rodziny mieszkają niedaleko siebie. Zaczęło się od wspólnego wspominania różnych spraw z naszego osobistego życia. Człowiek, który siedzi
w murach przez większość czasu tęskni jednak w jakimś stopniu za rodziną. Pracowaliśmy razem
w ogrodzie, siedzieliśmy obok siebie na mszy. Pewnego wieczoru podczas rozmowy rozpłakałem się przy nim jak dziecko…
Powiedziałeś mu o sobie?Tak…
Jak zareagował?Przytulił mnie.
Jak po tym wydarzeniu wyglądały wasze relacje?Wtedy, kiedy mnie przytulił, uciekłem z pokoju. Przez miesiąc go unikałem. Oczywiście wiele osób zauważyło, że coś się dzieje. O ile wcześniej to wszystko nie było dziwne, bo wiele osób trzymało się w grupkach po kilka osób, lub po dwie osoby, o tyle później to stało się podejrzane.
Co się wtedy działo?Zaczęły się szepty za plecami. Niektórzy wprost zaczęli pytać, czy nas coś łączy. Unikałem tematu jak mogłem. Mówiłem, że się posprzeczaliśmy o pewne kwestie. Sprawa dotarła do - jak ja to nazywam - przełożonego. Zasugerował mi wtedy wprost, że jeżeli jestem gejem, to możemy to jakoś załatwić.
Chciał łapówki?Zgadza się. Chciał pieniędzy za milczenie. Powiedziałem jednak, że nie wiem o czym mówi. Powiedziałem, że miałem z Jackiem sprzeczkę odnośnie poglądów na pewne kwestie. Nie wiem, czy mi uwierzył, ale dał mi spokój.
Co z Jackiem?Z Jackiem zacząłem rozmawiać po miesiącu. Powiedział mi wtedy o sobie wiele rzeczy, których wcześniej nie mówił… Najważniejsze to… Przed wstąpieniem do zakonu był z facetem 8 lat. Tamten zginął nieszczęśliwie. Spadł ze skał podczas wspinaczki. Jacek zawsze był wierzący, razem nawet jeździli na pielgrzymki. Powiedział, że po śmierci jego partnera pomyślał, że to znak od Boga, że może mu się jednak nie podoba to jego życie. Postanowił odkupić swoje winy wstępując do zakonu. To się stało 3 lata po tym wypadku. Nic nie pomogło. Spotkał mnie i zakochał się na nowo. Stwierdził, że skoro po ponad 3 latach bycia samotnym, bez kontaktowania się z osobami homoseksualnymi, itp. nadal jest homo i nagle tam, gdzie ucieka poznaje faceta, w którym się zakochuje, to może jednak tak po prostu ma być. Może ucieczka jest zbędna.
Czy można was uznać za parę?Nigdy nią nie zostaliśmy. Po kolejnym miesiącu Jacek zrezygnował z życia w zakonie.
Macie ze sobą kontakt?Bardzo rzadki. Drogą pantoflową mnie odnalazł - dzięki tym naszym rozmowom o życiu rodzinnym. Dowiedział się, że ja również zrezygnowałem z zakonu, choć nie od razu po nim.
Co się z nim teraz dzieje?Z Jackiem? Jest w Afryce. Poświęcił się pracy w jednej ze znanych organizacji, ale nie chcę
tu wymieniać nazwy. Co jakiś czas piszemy do siebie e-maile. Jest między nami nadal jakaś nić sentymentu. Nie wiem co przyniesie przyszłość…
Jak się czułeś w zakonie po odejściu Jacka?Pusto. Przede wszystkim mi go brakowało, a po drugie runęło moje przekonanie, że człowiek jest
w stanie, będąc w zakonie, pozbyć się swojej seksualności. Tak jak mówiłem - może ją wygasić, ale jej nie utnie. Dużo się wtedy modliłem. Bywało tak, że modliłem się całą noc, a przy śniadaniu zasypiałem głową w talerzu. To automatycznie stworzyło nowe podejrzenia.
Czy tym razem też je ominąłeś?Już się nie dało. Szeptów było coraz więcej. Wspólnota zakonna nie jest pozbawiona zamiłowania
do ploteczek, często się po prostu człowiekowi nudzi. Zresztą nie byłem jedynym homoseksualnym zakonnikiem. Po dłuższym przebywaniu z tymi samymi osobami zaczynasz dostrzegać pewne fakty.
To znaczy?Byłem pewny, że są wśród nas dwie pary homoseksualne, w tym kilku współbraci wydawało mi się,
ot tak po prostu, osobami homo. Jakieś spojrzenia podczas wspólnej modlitwy, niby przypadkowe otarcie ręką w ławce…
Odcięcie się od kościoła i bóstw ma mnóstwo dobrych stron, dla mnie plusy przeważyły minusy i dobrze mi z tym że nie zapierniczam co niedziele do kościoła i nie obracam się w tym syfie.
Jednak są ludzie słabsi, którym wiara pozwala w jakiś sposób nadać sens ich życiu, nie powinni być traktowani inaczej. To czy ktoś radzi sobie ze swoim życiem przy pomocy religii czy fizyki nie powinno różnić tak bardzo.
Szkoda że społeczeństwo jest tak pełne tych wszystkich podziałów.
Skoro to jest "dokładnie to samo", to czemu ze strony katolików jest większa nagonka na LGB niż na osoby hetero uprawiające sex przed ślubem?[/quote
no nie wiem czy to samo, bo czyny homoseksualne to jest pocałunek i wszystko to, co sprawia, że dwójka ludzi się kocha i jest razem i chce spędzić życie ze sobą. Więc zdecydowanie hetero mają się lepiej :p ale ja ogólnie uważam, że wszyscy są hipokrytami. WSZYSCY. i nie warto w związku z tym słuchać ludzi, którzy mówią jak mamy żyć.
Każdy kto przestudiował Biblię wie, że nadaje się jedynie do piekła :D
jak to wiele księży katolickich mówi "nie można godzić na homo, bo jak wszyscy będą homo, to nie będzie społeczeństwa!" ale... "nie można godzić się na bycie księdzem, bo jak wszyscy będą, to też nie będzie społeczeństwa!"
mam fajną radę, która mi pomaga :) każdemu kto Wam mówi, że to jest złe i blablabla mówicie w myślach tylko, krótkie proste "go, fuck yourself" uśmiechacie się i żyjecie dalej :D
Oj nie ładnie. Podobnie z innymi nawiedzeniami np nie jedzeniem mięsa i wpajanie całemu Światu jakie to WAŻNE, NAJWAZNIEJSZE... by za chwile żreć całym pyskiem a fuuuj wole zwykłe mohery oni chociaz trawają przy swoim
O kurczaku. jakieś traumatyczne doświadczenia z wegetarianami?
Wiesz.... są różne mohery i różne wegetariany. Nie ma sensu wszystkich wrzucać do jednego wora.
Oj nie ładnie. Podobnie z innymi nawiedzeniami np nie jedzeniem mięsa i wpajanie całemu Światu jakie to WAŻNE, NAJWAZNIEJSZE... by za chwile żreć całym pyskiem a fuuuj wole zwykłe mohery oni chociaz trawają przy swoim
Wiara nie jest kwestią chcenia, bądź nie. Ona po prostu i niewytłumaczalnie jest. Uczucie, które daje jest nie do ogarnięcia i nie do opisania, niczym wyzwolenie Buddy.