Xavier Dolan, cudowne dziecko kina LGBT, wszedł w nową fazę: stał się nieznośnym nastolatkiem kina LGBT. I jak to nastolatek – zaczął sprawiać problemy. Po dwóch znakomitych filmach, „Zabiłem moją matkę” i „Wyśnione miłości”, najwyraźniej postanowił poeksperymentować. Do tego dostał chyba sporo większy budżet – przynajmniej tak to widać na ekranie. Zaszalał więc i stworzył dzieło, które okazuje się tak zwaną „piękną katastrofą”. Skrojony z epickim rozmachem film miał zapewne zapierać dech w piersiach wysublimowanym pięknem, tymczasem po jakimś czasie zaczyna nużyć, zwłaszcza że trwa ponad dwie i pół godziny.
Ale i tak warto się wybrać do kina. To pierwsze podejście Dolana do arcydzieła. Nieudane, ale interesujące. Xavier tym razem dał się ponieść fantazji i chyba aż za bardzo uwierzył we własny geniusz.
Laurence i FredLaurence Alia (Melvil Poupaud, znany m.in. z roli umierającego na raka geja w filmie „Czas, który odchodzi” Francois Ozona) jest przystojnym mężczyzną po trzydziestce. Pracuje jako wykładowca literatury. Od kilku lat ma dziewczynę Fred (Suzanne Clement) – jej osobowość jest równie oryginalna i ekscentryczna jak imię.
Pewnego dnia Laurence mówi Fred, że tak naprawdę jest kobietą i chciałby żyć w zgodzie ze swoją płciową tożsamością. Fred jest kompletnie zaskoczona, Laurence wydaje się zdecydowany. Widać, że wszystko sobie wcześniej przemyślał. Sprawa nie podlega negocjacjom. To, z czym Laurence się męczy, czyli jego męskość, jest jednocześnie tym, co Fred uznaje u niego za atrakcyjne. Ale przecież kocha go nie za płeć, kocha człowieka – prawda? A więc wyznanie Laurence’a jest dla niej problemem czy nie? Jest.
Spośród innych filmów z trans bohaterami, „Na zawsze Laurence” wyróżnia się tym, że w centrum historii jest nie sama postać (trans), tylko jej miłosny związek. Fred jest bohaterką tej opowieści na równi z Laurence’m. Powoduje to ciekawą zmianę perspektywy. Oglądamy bowiem transseksualną osobę nie w kontekście samej jej transseksualności, ale w kontekście związków, w których pozostaje (no, właśnie – pozostaje?). Piszę w liczbie mnogiej, bo na ważnym drugim planie mamy tu mamę Laurence’a graną znakomicie przez Nathalie Baye.
Dolan zmusza do zastanowienia się: a Ty jakbyś się zachował/a, gdyby Twój facet/Twoja dziewczyna…? Konserwatyści mają jasną odpowiedź: taki związek musi się rozpaść, koniec i kropka. Ale Fred ma otwartą głowę i tak łatwo z Laurence’a nie rezygnuje. Burzy się, wścieka, ale podejmuje rękawicę rzuconą jej przez życie. Walczy i z Laurence’m, i sama ze sobą. Dla niego wyjście na ulicę w kobiecym stroju, uczesaniu, makijażu, jest problemem? Owszem. Ale dla niej życie z takim człowiekiem – również. Jak być z kimś, kogo ekspresja płci jest inna niż płeć biologiczna? W „Na zawsze Laurence” nie brakuje więc awantur, łez, rozstań i powrotów. Laurence i Fred przejdą przez wiele sztormów, zanim, na przykład, znajdą inną parę w podobnej sytuacji, z którą będzie można pogadać, oswoić temat, zobaczyć, że nie jest się całkowicie samemu.
Barok pełną gębąCiekawa jest ewolucja stylu Dolana, trochę chyba podobna, jak u Almodovara, tylko odbywa się w przyspieszonym tempie. Pierwsze filmy hiszpańskiego reżysera były „chropowate”, jakby niechlujne w formie, z czasem jednak nabrały elegancji i Pedro zakochał się w przepięknych ujęciach, czasem aż do (świadomej?) przesady; w „Przerwanych objęciach” kamera wprost ubóstwia Penelope Cruz. U Dolana jest podobnie. Debiutancki „Zabiłem moją matkę” był formalnie „chropowaty”, w „Wyśnionych miłościach” pojawiły się miejscami eksperymenty (zdjęcia w zwolnionym tempie do akompaniamentu „Bang Bang” Dalidy). Ale „Na zawsze Laurencje” to już stylistyczny barok pełną gębą! Feeria bajecznych ujęć czy całych sekwencji, które obliczone są na to, by rzucały na kolana swym wyrafinowaniem (Laurence i jego nowe transowo-ciotowskie towarzystwo mienią się kolorami jak koraliki na odpuście). Widz ma siedzieć z otwartą buzią i podziwiać mistrzostwo reżysera. Tak właśnie Dolan zsuwa się w manieryzm. Zaczyna się to odczuwać jako pretensjonalność i zabawę formą dla samej zabawy.
Gubi się autentyczność – i tu dochodzę do sedna „pięknej katastrofy”. „Przesmakowany” styl może i dałoby się przeboleć, gdyby nie to, że cała sytuacja wydaje się jakoś niewiarygodna. Jakby brakowało chemii, mimo, że dramat niby jest, pełnokrwiste postacie niby są, a aktorzy nie zawodzą. W „Zabiłem moją matkę” wchodziło się niemal dosłownie w skórę Huberta i jego mamy, w „Wyśnionych miłościach” my też, widzowie, kochaliśmy się w Nicolasie, podobnie jak Marie i Francis. W „Na zawsze Laurence” odklejamy się od bohaterów i ich emocji. Kolejna malownicza kłótnia miedzy nimi nie robi już wrażenia. Emocje na ekranie sięgają zenitu, a przed nim – niekoniecznie.
Dolana nie interesuje proces korekty płci – i to nie tylko w sensie możliwej gehenny chirurgicznych interwencji, ale nawet w sensie problemu, z jakim Laurence musi się zmierzyć – pytania, na które musi sam sobie udzielić odpowiedzi. Na dziwnie dalekim planie jest też erotyka (a przecież Dolan nie jest pruderyjny; może nie miał pomysłu?). Czy życie seksualne Laurence’a i Fred zmieniło się po tym, jak Laurence zaczął żyć jako kobieta? Nie wiadomo. Mam wrażenie, że Xavier Dolan, jedyny autor scenariusza, trochę za bardzo „spreparował” sobie swych bohaterów. W poprzednich filmach widać było jego własne serce, w „Na zawsze Laurence” widać rozrusznik. Chyba porwał się na temat, który nie do końca czuje.
W październiku rozpoczął zdjęcia do swego czwartego filmu – „Tom a la ferme”. Wyczytałem, że jest to opowieść o facecie, który po śmierci swego partnera poznaje jego rodzinę nieświadomą homoseksualnej orientacji zmarłego. Mam przeczucie, że ten temat lepiej mu wyjdzie.
Ale na „Na zawsze Laurence” zapraszam – Dolana warto zobaczyć, nawet, gdy akurat zalicza porażkę, bo to jest piękna, ambitna porażka.
Mariusz Kurc - stały publicysta Innej Strony, redaktor naczelny pisma
„Replika”, członek Kampanii Przeciw Homofobii i Grupy Inicjatywnej ds.
Związków Partnerskich;
z Krzysztofem Tomasikiem prowadzi w radiu TOK FM audycję "Lepiej późno niż
wcale" o tematyce LGBT, z Bartoszem Żurawieckim prowadzi Klub Filmowy LGBT w
Krytyce Politycznej w Warszawie.
Poza tym - Dolan zdecydował się nie grać we własnym filmie (!!!), chwała mu za to.
Jak dla mnie rewelacja. Obejrzałam dużo za późno.