„Drwalem” Michał Witkowski próbuje powtórzyć sukces „Lubiewa”, a przy okazji podbić publiczność zaczytującą się w kryminałach. Czy to się może udać?
„Drwalem” Michał Witkowski próbuje powtórzyć sukces „Lubiewa”, a przy okazji podbić publiczność zaczytującą się w kryminałach. Czy to się może udać?
Od momentu ukazania się „Lubiewa” (2005) Michał Witkowski uznawany jest za złote dziecko polskiej literatury. Ma na swoim koncie liczne nagrody (Paszport Polityki, Nagroda Literacka Gdynia, finał Nike), podkupują go coraz większe wydawnictwa (najpierw W.A.B., teraz Świat Książki), a media głównego nurtu pozytywnie piszą o kolejnych książkach, nawet tak nieudanych jak poprzedniczka „Drwala”, czyli „Margot” (2009).
Ważnym aspektem pisarstwa Witkowskiego jest homoseksualność. O tym było „Lubiewo”, które stało się krokiem milowym dla polskiej literatury gej-les. W kolejnych książkach pisarz starał się jednak uciekać od etykiety autora gejowskiego, na ile uciec się dało. Dlatego w „Fototapecie” (2006) i „Barbarze Radziwiłłównie z Jaworzna-Szczakowej” (2007) wątki homoerotyczne były bardzo niejednoznaczne i właściwie marginalne, a w „Margot” lesbijki (a właściwie jakieś lesbofony, tak monstrualnie zostały przedstawione) odgrywały jedynie rolę barwnego tła.
Nowy, stary temat
Wydaje się, że przy okazji „Drwala” Michał Witkowski zrozumiał wreszcie, że od „Lubiewa” nie ma sensu uciekać, podobnie jest z homoseksualnością. W efekcie mamy tu do czynienia z licznymi nawiązaniami do sukcesu sprzed sześciu lat – znów głównym bohaterem jest pisarz wzorowany na autorze (wówczas Michaśka Literatka, tutaj po prostu Michał Witkowski), który spędza czas w nadmorskiej miejscowości (Międzyzdroje, blisko Lubiewa), próbując uwieść luja. W tym wypadku jest to luj Mariusz: „lujek pospolity, kundelek, lujek przystankowy, lujek wsiowy! Dwadzieścia kilka lat żyje na tym świecie! Gęba rumiana i poczciwa, na której natura toczyła tę najsłodszą walkę pomiędzy chłopcem a mężczyzną, która dopiero w najbliższych latach miała zostać rozstrzygnięta. Czerwone od mrozu łapy. Za lekko ubrany jak na tę pogodę, bez kurtki, w samej za dużej bluzie z kapturem, w za obszernych bawełnianych, szarych spodniach od dresu, w rozwiązanych adidasach z wielkimi jęzorami”.
Czy znajomość z lujem zakończy się w łóżku, tego oczywiście nie zdradzę, także dlatego, że te perypetie są zdecydowanie bardziej emocjonujące niż wątek kryminalny. „Drwal” reklamowany jest bowiem na skrzydełku książki jako „Pierwsza powieść kryminalna Michała Witkowskiego”, do tego „Świetna, doskonale skonstruowana, niesłychanie wciągająca”. Ten opis należy uznać za radosną twórczość działu marketingu wydawnictwa, z samym „Drwalem” ma bowiem niewiele wspólnego. Bo chociaż pojawia się trup, jest coś w rodzaju śledztwa, są też tajemnicze postacie z zagadkową przeszłością (z goszczącym pisarza Robertem na czele), „Drwala” uznać można co najwyżej za parodię kryminału. Tak jawnie nieistotna jest tu odpowiedź na pytanie „kto zabił?”. Zresztą także zainteresowanie domorosłych detektywów przypadkowo znalezionymi zwłokami jest niewielkie: „Już w odległości pięciu metrów od kłębowiska mew natknęliśmy się na czerwoną, obgryzioną kość. Surową. Potem następną. Trudno się było zbliżyć ze względu na odór i dziko rozwydrzone ptaki, które w ogóle nie dawały się spłoszyć. To coś leżało w wąwozie pod murem. Luj, jak to luj, urwał gałąź i zaczął bić w kłębowisko mew jak w buchający płomień. […] Nie rozpoznaliśmy, co leży. Bo mimo spłoszenia i tak te kurwy niemyte nam zasłaniały. No i ile tego było, kilka kości, reszta rozwleczona po okolicy. Mogło być wszystko, od konia po człowieka. A nawet jeśli człowiek, to po nim zostały dwie piszczele na krzyż”.
Z czego składa się „Drwal”?
Właśnie wątek „kryminalny” jest w „Drwalu” najsłabszy. Witkowski mając niewątpliwy talent i genialny słuch literacki, jednocześnie ma wyraźne problemy z konstruowaniem fabuły i tworzeniem akcji. Jego siła jest w języku i tylko w języku – podsłuchanym, przerobionym, ironicznym, stylizowanym, kampowym. Tym potrafi operować znakomicie, co nie znaczy, że każdego bohatera czy wydarzenia opisuje równie zajmująco. W „Drwalu” wiele jest fragmentów niepotrzebnych, nudnych, nic nie wnoszących do historii, a jedynie nadmuchujące książkę zgodnie z widocznym założeniem, żeby tym razem napisać „grube dzieło jak Tomasz Mann”. Zdecydowanie ciekawsze niż męskie są postacie kobiece (tutaj niestety tylko w smakowitych epizodach), ale najlepiej wypada sam.... Michał Witkowski.
Kinga Dunin w recenzji książki w internetowym magazynie Dwutygodnik.com napisała nieco złośliwie, że gdyby była wydawcą zamawiałaby u Witkowskiego tylko romanse z nim samym w roli głównej. Nawet jeśli jest w tym nieco przesady, trudno się nie zgodzić. Najlepsze fragmenty „Drwala” to te, gdzie cudownie autoironicznie autor stwarza postać Michała, trzydziestoparoletniego pisarza, geja, neurotyka uzależnionego od leków, który deklaruje nostalgię za dawnymi czasami, a jednocześnie nie może się obyć bez wszystkich nowoczesnych gadżetów. Pisze książki, więc każdą sytuację czy znajomość stara się przerobić na rozdzialik, a teraz pragnie stworzyć kryminał, żeby podpiąć się pod aktualną modę i zarobić tyle ile spadkobiercy Stiega Larssona. Szerokiej publiczności najbardziej znany jest jednak jako mąż Jacykowa albo gość Kuby Wojewódzkiego: „- Ło Boże, to pan, poznaję pana, pan w telewizji był, czego pan nam wtedy nie mówił, że pan w telewizorze się udziela, że pan jest znaną gwiazdą, że o panu w „Gali” pisali, że pan miał botoks, a tak skromniutko sobie siedział w ogrodzie, ani be, ani me, no przecież trzeba było powiedzieć, dostałby pan większy czajnik elektryczny i poduszkę”.
I chociaż pisarz Michał jest jednym z narratorów książki, otrzymujemy też jego opis jak widzą go inni: „Gruby pedał siedzący przy barze robił dziwne wrażenie. Nie był ani trzeźwy, ani pijany. Pił kawę. […] Ubrany jak intelektualista, okulary w czarnych oprawkach. Facet na oko po trzydziestce. Zgarbiony nad kawą. […] Płaszczyk za lekki na tę pogodę. Facet był już grubawy, podbródek, ale kurwiki w oczach czarnych jak diabeł wyglądały zza tych czarnych okularów”.
Co z tym Witkowskim?
„Drwal” to już szósta książka w dorobku pisarza. W mojej ocenie najlepsza od czasów „Lubiewa”, chociaż niewolna od błędów i słabszych fragmentów. Nie wiem czy uwiedzie kolejnych czytelników i czytelniczki, fanom Witkowskiego z pewnością powinna się jednak spodobać. Czyta się ją dobrze, a w niektórych miejscach wręcz znakomicie, trudno jednak nie zadać sobie w pewnym momencie pytania, co ma z tej historii wynikać. „Drwal” ma bowiem nie tylko zalety, ale także wady wszystkich poprzednich książek Witkowskiego. Mam wrażenie, że autor nigdy nie odpowiedział sobie na podstawowe pytanie po co pisze kolejne powieści i co chce nimi powiedzieć.
Dlatego jednoznacznie bałwochwalcze recenzje „Drwala” w mediach mainstream'owych wydają mi się przesadzone, zapewne są pochodną świetnej prasy jaką pisarz ma od dawna. Być może to także premia za ekscentryczność na dość smutnym rynku literackim w Polsce. Witkowski niczym gwiazda pop przy każdym kolejnym tytule prezentuje swój inny wizerunek. W czasie promocji „Margot” był gwiazdą tabloidów, jako narzeczony Tomasza Jacykowa i Sławka Oborskiego, który z kolei zaistniał jako chłopak Joli Rutowicz. Tym razem, co zresztą sam przyznaje, Witkowski gra „starego pisarza, dostojnie i bez fiku-miku, późna dojrzała twórczość”. Jak długo wytrzyma w tej roli? Zapewne do następnej książki w której wszystko opisze.
Michał Witkowski „Drwal”, Świat Książki, Warszawa 2011.