My - ciotki-działaczki, ciotki-reformatorki, akcjonistki i reakcjonistki, paradówki, manifestantki oraz organizatorki bardzo nie lubimy, gdy nam się mówi prawdę prosto w oczy. Wewnętrzna ciota w Autorze tego tekstu też się czasem burzy jak usłyszy o sobie coś, co nie zgadza się z jego wysokim mniemaniem o sobie i dziele swym. Dlatego w kolejnym tekście z tej serii zadam sobie i nam pewne pytanie, które mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Co to jest środowisko?
My - ciotki-działaczki, ciotki-reformatorki, akcjonistki i reakcjonistki, paradówki, manifestantki oraz organizatorki bardzo nie lubimy, gdy nam się mówi prawdę prosto w oczy. Wewnętrzna ciota w Autorze tego tekstu też się czasem burzy jak usłyszy o sobie coś, co nie zgadza się z jego wysokim mniemaniem o sobie i dziele swym. Dlatego w kolejnym tekście z tej serii zadam sobie i nam pewne pytanie, które mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Co to jest środowisko?
Nieoceniona Wikipedia podpowiada:
ogół elementów nieożywionych i ożywionych, zarówno naturalnych, jak i powstałych w wyniku działalności człowieka, występujących na określonym obszarze oraz ich wzajemne powiązania, oddziaływania i zależności. Jest to pojęcie podrzędne w stosunku do przyrody, obejmującej również elementy ożywione.
My - ciotki-aktywistki... często używamy określenia "środowisko LGBT", ale chyba nie mamy bladego pojęcia co to jest. Prawie wszyscy, którzy dają ogłoszenia na róznego rodzaju internetowych tablicach ogłoszeniowych są spoza środowiska. Moja jak najbardziej tolerancyjna matka też do środowiska nie należy i miejmy nadzieję, że to jej się nie odmieni w najbliższym czasie. Rozpatrując powyższą definicję możemy dojść do wniosku, że nieożywionymi elementami środowiska LGBT są: pejcze, darkroomy, szklane penisy, dilda, slingi, prezerwatywy, książki, komiksy, teledyski Madonny i Kylie. Wszystko to w postaci niematerialnej, nieożywionej, co nie znaczy, że nie ożywiającej innych. Do elementów ożywionych chyba należy zaliczyć wszystkie osoby homo, które nie boją się stanąć przed lustrem i powiedzieć do swojego szanownego mordy-odbicia - jestem pedałem/lesbą. Elementy środowiska występują na jednym obszarze - można na przykład stwierdzić, że tam gdzie występuje większa liczba homików występują kluby gejowskie, a w klubach takich są...powiedzmy ogólnikowo - różne przedmioty.
Jeśli się zgadzasz z tym, co napisałem, to muszę Cię zmartwić - wiele osób nie popiera takiej postawy. Dookoła głowy słyszę szum - jedni krzyczą, że praca u podstaw się liczy i rozdawanie gum w klubach, co by kiły nikt do domu swego nie przyniósł; drudzy zaś przypominają, co by nie pisać o nas per "pedały", bo to stygmatyzujące, a już darkroomy i dilda lepiej ukryć przed wścibskimi heterykami, bo znowu będą źle o nas mówić. A ja się domagam tego, żebyśmy potrafili mówić wprost - jak już mamy tworzyć środowisko, to pamiętajmy, że wszyscy do niego należymy. Istnieją w nim rożne gatunki, często występujące jak krypto-cioty, gatunki rzadsze - paradówki, endemity - fisterzy i Michaśka Witkowska, gatunki zagrożone wymarciem - cioty z pikiety. To wszystko jedna rodzina - geje! Ponoć różnorodność jest piękna, a my czasem zachowujemy się jakbyśmy chcieli zunifikować geja - wsadzić go w garnitur od Prady, posadzić na krzesełku za biurkiem, lub umieścić w rankingu Gali, co by było miło, grzecznie, schludnie. Ale przecież to jest bujda na resorach jak mawia starsze pokolenie. Kłamstwo w moje piękne podkrążone po wizycie w Toro oczy! Non possumus! Drogie ciotki-reakcjonistki - bierzcie geja w całości, a nie pokrojonego na kawałki jak świnia w trakcie obróbki.
Idąc dalej, należy pamiętać, że w świecie przyrody istnieją pasożyty - to takie miłe robaczki, czy inne roślino-zwierzątka, które jak sama nazwa wskazuje - pasożytują na innych. I my takich pasożytów mamy w naszym środowisku wielu, a może i wiele, choć w kwestii rozpracowania lesbijskiej części niestety mam marne doświadczenie. Nasze kochane pasożyty, to osoby, które głośno krzyczą, sądzą się z kolegami i koleżankami, ale nigdy nic sensownego nie zrobiły. Personaliów nie podam, bo do sądów nie chadzam - rozrywka to ponoć marna - wystarczy, że pasożyty będą komentować. Niestety pasożyty te są nam równie potrzebne jak zwierzęta pociągowe - stwarzają ferment, sieją tam gdzie nikt by nie posiał, kontrolują, inwigilują wyciągi z KRS-u , przychodzą na spotkania i wygłaszają płomienne przemówienia (nota bene to dobry moment by zrobić sobie przerwę na papierosa). W przyrodzie pasożyty jednak nigdy nie przerastają swojej ofiary, bo by same zdechły. I miejmy nadzieję, że taki stan zostanie zachowany. Stąd też cel pasożytów i paradówek mimo sprzeczności jest podobny - przeżyć.
Ale żeby nie było, że istnieją tylko pasożyty, to w ilości śladowej występują w środowisku tzw. wieloryby, czyli motory napędowe, które oglądamy na srebrnym ekranie. Tych osób nie ma za wiele, bo nikt trzeźwo myślący nie pcha sę do roli ciotki-aktywistki. Tylko pozostaje pytanie - czy wieloryby mogą coś zmienić? Ponoć w przyrodzie istnieje coś takiego jak równowaga... w tej, w której ja się obracam równowaga została dawno zagubiona. Ilu/ile nas jest? Kilkadziesiąt osób, które zapytane na ulicy o swoją orientację miłosną powiedzą - tak, jestem homikiem! Mam dość tego, że gdy mówię otwarcie o sobie, gdy to, co ma być moją wadą, moim defektem, próbuję przekuć w moje zwycięstwo, odczytywane jest jako próba zaistnienia, lanserstwa. Gdyby w tym kraju było kilka tysięcy jawnych gejów/lesbijek nikt by tak nie pomyślał, ale że jest nas garstka, to łatwo się do nas przypierdolić. Jakby cioty kręciły tyłkami po ulicach i połamanymi nadgarstkami witały inne koleżanki w świetle dnia - bycie ciotą przestałoby być czymś wyjątkowym. Dlatego Harvey Milk krzyczał - jestem tu po to by was zwerbować - bo potrzebujemy masy krytycznej, co by szalę przeważyć. Potrzebujemy Was - jako jawnych gejów i lesbijki, jako osoby, które nigdy nie zaprzeczą na pytanie o partnerkę/partnera. Bez was to środowisko padnie, bo przecież kilka wielorybów odżywiających się homofobicznym planktonem i pływających w zanieczyszczonej wodzie nie wystarczy...
To co? Widzimy się na najbliższej Paradzie?
Akapit nr 2 - tradycyjne małżeństwo miało na celu tworzenie nowych pokoleń, a różne względy prawne miały im to ułatwiać (wspólnota majątkowa, dziedziczenie, różne zwyczaje itp.), teraz z tym już różnie bywa. Jednak kopiowanie 1:1 rozwiązań tradycyjnych na grunt osób homoseksualnych jest w pewnym stopniu niesprawiedliwością, ponieważ stawia w nierównej sytuacji osoby które poświęcają ogromne nakłady na to, aby nowe pokolenia zastąpiły stare, z osobami, które tego czynu nie dokonają. Argument, że nie wszystkie małżeństwa będą miały dzieci jest nie na miejscu, ponieważ na pewno procentowo (moje przekonanie) heteroseksualnych dzieciatych par będzie więcej niż homoseksualnych, które by dzieci adoptowały (o ile jest taka możliwość).
Nigdy nie można stwierdzić, że jakaś para hetero będzie dzieci miała, jednak z pewnością można stwierdzić, że para gejów dziecka nie urodzi.
Akapit nr 3 - tak, mają wszystkie obowiązki, ale bez przywilejów należnym tradycyjnym rodzinom, patrz punkt 2. Nasuwa mi się chamska analogia: niewidomy ma równe prawa, ale jest dyskryminowany, ponieważ nie może prowadzić samochodu? Ma, czy nie ma równe prawa?
Akapit 4 - nie wypowiedziałem się na temat zasadności uznania "ekspresji zachowań homoseksualnych" za grzech, a tylko zauważyłem fakt, że jeśli ktoś uważa to za grzech - to nie jest to równoznaczne z homofobią. Jeśli katolik uważa seks pozamałżeński za grzech, to ze zdroworozsądkowych przyczyn nie może uznać, że aktywność homoseksualna tym grzechem nie jest.
Jaki jest ten "dosyć logiczny powód", dla którego dwie osoby tej samej płci nie mogą zawrzeć małżeństwa, a osoby różnej płci (choćby obie były homoseksualne) - już mogą? Czy tym "jakimś sensownym twierdzeniem" jest to, zgodnie z którym celem małżeństwa jest prokreacja oraz ochrona potomstwa osób, które zawarły małżeństwo? A co z tymi dziećmi, które są wychowywane poza związkami małżeńskimi, albo przez jedno z rodziców, choć drugie żyje? Małżeństwo nie jest żadną polisą ubezpieczeniową dla dzieci osób, które zawarły ten związek. Nie jest to też polisa dla państwa, że jego obywatele i obywatelki, korzystając z dobrodziejstwa małżeństwa, odwdzięczą się potomstwem. Co z ludźmi, którzy nie mają dzieci wcale, bo nie mogą, albo nie chcą ich mieć? Gdyby w małżeństwie chodziło o dzieci, to ludzie bezpłodni oraz z góry wykluczający posiadanie dzieci powinni mieć zakaz zawierania małżeństw - to przecież "dosyć logiczne", czyż nie? A co z możliwością adopcji dzieci (w tym adopcją biologicznego dziecka partnera/partnerki)? Kto powiedział, że rodzice tej samej płci wychowają dziecko gorzej, niż rodzice różnej płci?
Właśnie z równością praw jest duży problem, który stosunkowo najłatwiej rozwiązać: osoby LGB mają wszystkie obowiązki, które ciążą na pozostałej części społeczeństwa, ale nie mają wszystkich uprawnień, bo część jest zarezerwowana dla związków osób różnej płci. "Wystarczy" zmienić przepisy, żeby usunąć nierówne traktowanie - to dużo łatwiejsze, niż usunięcie homofobii w społeczeństwie.
Na temat grzeszności homoseksualności nie mam zamiaru się wypowiadać; nie zgadzam się też na zestawianie w jednej wypowiedzi rozwiązłości (z założenia niedefiniowalnej) z homoseksualnością. Jestem niewierzący i problemy związane z wierzeniami (w tym oceną jakichkolwiek zachowań, w szczególności ze sfery seksualnej, w świetle założeń danej religii) pozostawiam osobom wierzącym. Respektuję prawo innych ludzi do tego, że mają swoje przekonania religijne, ale to, że poglądy różnych religii na dany temat są ze sobą sprzeczne, oraz to, że w społeczeństwie żyją obok siebie osoby wierzące i niewierzące, nie może oznaczać powszechnego paraliżu ani dyktatu takiej czy innej religii. Religia może regulować tylko życie wierzących, a nie wszystkich - w tym zarówno wierzących w coś innego jak i niewierzących. Religia nie może też mieć prymatu nad prawem, które ma być jednakowe dla wszystkich. Nie może być tak, że ktoś krzyczy coś o grzechu i wyciąga z tego konsekwencje dla wszystkich - dla siebie, dla wyznających religię, zgodnie z którą grzechu w danym przypadku nie ma, jak i dla niewierzących, dla których kategoria grzechu jest abstrakcyjna i którzy - z definicji - się nią nie kierują. To jest właśnie klasyczne podejście emocjonalne, nakierowane tylko na grupę wyznającą taką czy inną religię, a dla całej reszty - kompletnie obce i niezrozumiałe.
Z biegiem czasu, moje podejście do polskich ruchów "afirmatywnych" stało się neutralne w ten sposób, w jaki wyznaję neutralność wobec akolitów Radia Maryja, co jest nieuchronnym wynikiem kształtowania moich poglądów przez studia. Nie da się przeczytać "Ideologii i Utopii" Mannheima i nie wysnuć z tego wniosków w odniesieniu do strategii stosowanych przez ludzi, którzy stają się profesjonalnymi ideologami. Takie to już zboczenie zawodowe, że dla socjologa patrzenie na własne życie kategoriami wroga-przyjaciela stanowi pewną egzotykę.
Jeśli ktoś uważa rozwiązły tryb życia osób homo i hetero za grzeszne, to czy jest homofobem?
Pewnie, że wszystko zależy od tego, jak definiujemy homofobię i które zachowania uznajemy za homofobiczne, a które za uprawnione i zasadne. Dla niektórych to, że znakomita większość jawnych gejów w Polsce nie została choćby raz pobita za swoją homoseksualność, jest koronnym dowodem na to, że w Polsce nie ma homofobii. Dla innych dowodem na brak homofobii jest to, że kodeks karny nie przewiduje przestępstwa w postaci zachowań seksualnych między osobami tej samej płci. Jeszcze inni mówią, że skoro są lokale branżowe, w których mogą bawić się jak chcą (tzn. m.in. zachowywać tak, jak nie zachowują się w lokalach niebranżowych - obejmować partnera/partnerkę tej samej płci, przytulać, całować, tańczyć ze sobą), to oznacza, że homofobii nie ma. A jeszcze inni mówią, że brak regulacji prawnych dotyczących związków osób tej samej płci im nie przeszkadza, że takie regulacje w ogóle nie są im potrzebne. Są też tacy, którzy twierdzą, że nie czują potrzeby ujawniania, jakiej są orientacji seksualnej, że to ich "prywatna sprawa", z którą nie tyle się kryją, ile zachowują ją dla siebie - i nie widzą sprzeczności między swoim postępowaniem, a postępowaniem osób heteroseksualnych, które, zasadniczo nieświadomie, komunikują swoją heteroseksualność na każdym kroku (gestem, zachowaniem, żartem w rozmowie, komentarzem czy komplementem pod adresem osoby płci przeciwnej, krótką historyjką z życia domowego rzuconą podczas przerwy na kawę w pracy etc.). Są osoby, którym nie przeszkadzają homofobiczne wypowiedzi polityków, duchownych czy nawet "szarych ludzi z ulicy" - osoby te twierdzą, że takie wypowiedzi ich nie obchodzą i nie dotyczą, nawet jeśli są formułowane pod adresem wszystkich osób LGB jako takich.
Te podejścia do występowania homofobii biorą się z tego, że każda osoba może, na swoje wewnętrzne potrzeby, ustalić taką granicę percepcji zjawiska homofobii, jaką chce. Może ją tak ustawić, że homofobii nie stwierdzi w żadnym kraju na świecie. Może ją też tak ustawić, że niedopuszczalny poziom homofobii osiągną dla niej Holandia, Szwecja czy Hiszpania.
Jestem wyoutowany tak szeroko, jak to możliwe - brakuje mi tylko wyraźnego napisu na czole "Jestem gejem". Nigdy nie pobito mnie za to, że jestem gejem. Nie wyrzucono mnie z tego powodu z pracy ani z domu. Nie uchwalono przeciwko mnie ustawy zakazującej "promocji homoseksualizmu". Cieszę się z każdego z tych powodów. A jednak homofobia dotyka także mnie. Homofobia "zwykłych ludzi", którzy nie przepraszają - szczerze czy nieszczerze - za swoje słowa w dwie minuty po ich wypowiedzeniu. Ci zwykli ludzie są wszędzie - w polityce, u mnie w pracy, w bloku, w którym mieszkam, a także w niebranżowym lokalu, z którego "za gejostwo" wyrzucono mojego kolegę. To ci ludzie tworzą homofobiczną kulturę, wykluczającą istnienie osób LGB, to oni decydują o kształcie przepisów oraz decyzjach władz - dla których potrzeby osób LGB w ogóle nie istnieją. Nie jestem ponad to. I nie będę czekał, aż mnie pobiją, bo jestem ubrany "różowo jak pedał".
Dla mnie występowanie homofobii jest tak oczywiste, jak występowanie korupcji (czy przestępczości w ogóle), zanieczyszczenia środowiska albo kryzysu światowych finansów. Czy ktoś, kogo nigdy nie napadnięto, nie okradziono albo komu nigdy nie grożono będzie negować przestępczość? Czy ktoś, kto mieszka daleko od oczyszczalni ścieków, zakładów przemysłowych, elektrowni, kopalni albo dróg może negować zanieczyszczanie środowiska? Czy jeśli kogoś nie zwolniono z pracy, nie obniżono mu wynagrodzenia, ani nie odmówiono kredytu, to może mówić, że nie ma żadnego kryzysu? Pewne zjawiska występują obiektywnie, niezależnie od naszej woli oraz naszej indywidualnej percepcji tych zjawisk. Tak jest właśnie z homofobią.