Geje są zagrożeniem dla Polski, in vitro to Holocaust, gwałt nie jest powodem do przerywania ciąży. Skąd to wiemy? Z polskiej debaty publicznej, gdzie tego typu opinie są zupełnie prawomocne. Ale przecież nie zawsze były, jeszcze 10 lat temu raczej nie występowały, a już na pewno nie w telewizji. Coś po drodze się stało. Polska weszła do Unii Europejskiej, a niedługo potem władzę objęli prawicowy populiści. Język debaty publicznej skręcił radykalnie w prawo. Stało się jasne, że polska feministka to (w niektórych mediach) niemal oksymoron, a gej to wróg dybiący na integralność polskiego narodu. Dlaczego?
- Błażej Warkocki -
Tej kwestii poświęcona została najnowsza książka Agnieszki Graff "Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie". Książka świetna, przejrzyście napisana, precyzyjna i wciągająca, kompetentna, ale nie przeintelektualizowana. Należy ją postawić na półce tuż obok "Barykad" Bożeny Keff/Umińskiej, bo w jakiejś mierze obie pozycje dotyczą podobnych kwestii, choć czasowo oddalonych.
Głównym tematem Graff jest język i wynikła z niego wyobraźnia narodowa okresu tzw. IV RP (z jej niechlubnymi początkami i nieodgadnionym ciągiem dalszym). Pada tu kilka ważnych (i dobrze udokumentowanych) tez. Po pierwsze zatem - niepokoje związane z wejściem Polski do Unii zostały rzutowane na kwestie płci i seksualności (okazywało się, że najtwardszym trzonem polskiej tożsamości, którą należało bronić przed obcym zanieczyszczeniem - jest tradycyjny, patriarchalny układ ról płciowych z heteroseksualizmem naszych swojskich mężczyzn powiewającym niczym dumny sztandar). Po drugie - immanentnie związane z pierwszym - w publicznych dyskusjach na temat aborcji i praw gejów nie chodzi o aborcję i gejów. Chodzi bowiem o polską tożsamość zbiorową. O nią i przede wszystkim o nią. Aborcja i geje (a nawet in vitro) to w tej debacie jedynie sposób na właściwe ustawienie tej zasadniczej kwestii.
Tu jednak Agnieszka Graff czyni ważne zastrzeżenie, które stanowi istotne uzupełnienie lewicowych interpretacji sytuacji Polski ostatnich 20 latach. Wedle tych interpretacji (David Ost, Andrzej Walicki, Sławomir Sierakowski) społeczne niesprawiedliwości, które wygenerowała polska transformacja ostatecznie zaowocowało zwycięstwem prawicowych populistów w 2005 roku. Ci z kolei wcale nie zajmowali się leczeniem społecznych ran po transformacji - a głównie wynajdywaniem wrogów, którzy nie chcą, by biedna Polska była szczęśliwa. A zatem niewidzialny i przez to niezastąpiony układ, Niemcy i geje. W ten sposób "kobiety i geje" stają się kwestią zastępcza i uboczną, którą populiści pragną zająć gawiedź. Należy ją zatem pominąć i przejść od razu do sedna.
Graff niepokoi lewicowa łatwość przechodzenia do porządku dziennego nad dominacją prawicowej ideologii. Ponieważ - "niezależnie od przyczyn, ta symbolika jest istotna i nieprzypadkowa". I po drugie - to działa. Nacjonalistyczna ideologia w ten czy inny sposób natrafia na realne ciała i ich nie mniej realne żywoty. Po trzecie - zinterpretowanie tej kwestii jako mało istotnej i zastępczej może spowodować złe rozpoznanie sytuacji. Agnieszka Graff podaje przykład "Kompasu" (podręcznika dla nauczycieli, który sugerował zaproszenie przedstawiciela organizacji gejowskiej na jakieś zajęcia). "Kompas" okrzyknięty głównym propagatorem homoseksualizmu przez ministra Giertycha wyleciał z hukiem. Rząd się zmienił, a "Kompas" - świetny podręcznik do wychowania obywatelskiego - nie wrócił. Dlaczego? Bo "Kompas" znaczy gej. A gej znaczy kłopot. Żadne racjonale argumenty nie mają tu nic do rzeczy. Funkcjonujemy w obrębie paranoi - wszystko więc może być podejrzane o homoseksualizm, czy to "Kompas", czy Karta Praw Podstawowych, czy in vitro (jeśli pozwolimy na jej stosowanie tylko małżeństwom, to będziemy mieli pewność, że nie trafi ona w łapska lesbijek - czy aby nie takimi torami biegnie myślenie posła Gowina?). Bez przepracowania homofobii paranoja będzie działać.
Kilka kwestii, które podejmuje Agnieszka Graff, wymaga jednak jeśli nie polemiki, to przynajmniej zasugerowania możliwego innego sposobu podejścia. Jedną z takich kwestii jest nadmierna uniwersalizacja parad i marszy. Autorka twierdzi nie bez racji, że tłumy przychodzące na warszawskie parady niekoniecznie przybywały w celu poparcia dla pewnych bardzo konkretnych kwestii istotnych dla lesbijek i gejów, co w obronie demokracji i przeciw endekom. "Tu chodzi o inną sprawę, której geje i lesbijki są tylko nośnikiem". Pewnie racja. Ale czy taka nieoczekiwana "uniwersalizacja", obok niewątpliwych wad, nie ma swoich zalet? Wizja chodzenia na marsze w celu poparcia szerszego projektu zmiany Polski niekoniecznie mnie odstrasza.
I druga sprawa, powiązana z powyższą. "W polskim sporze o orientację seksualną dość wcześnie przestało chodzić o miłość, o akceptację dla odmiennych form pożądania i seksu. I zaczęło chodzić o Polskę". I dalej: "Homofobia po polsku zapomniała już, że homoseksualizm ma coś wspólnego z seksem, miłością, pożądaniem". I tu właśnie postawiłbym duży znak zapytania. Polska homofobia nie zapomniała o seksie, pamięta o nim znakomicie i wykorzystuje dosyć często. Można wręcz powiedzieć, że nikt tak bardzo nie zajmuje się gejowskim seksem jak narodowa prawica. I to w sferze publicznej. A to pomacha instruktażem do safer sex w telewizji (wiceminister edukacji), a to namaluje obrazek kopulującej jednopłciowej pary i będzie się z nim pchać przed kamery (NOP), a to będzie reklamować tyłek działacza gejowskiego w familijnym programie śniadaniowym. Oczywiście, wszystko z obrzydzeniem (a czasami "obżydzeniem", patrz niżej). Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: promowaniem homoseksualnego seksu w sferze publicznej zajmuje się głównie skrajna prawica.
Trzecia sprawa dotyczy kwestii, którą Agnieszka Graff nazwała krótko i trafnie "gej, czyli Żyd". Chodzi mianowicie o to, że środowiska narodowo-katolickie do deprecjacji lesbijek i gejów używają wyraźnie języka antysemityzmu (pisała o tym również Bożena Umińska i Adam Ostolski). Nie szukając daleko przykładu: gdy jedna z prawicowych fundamentalistek, której nazwiska nie ma powodu przytaczać, mówi o tajemniczym tekście, w którym zapisane zostało jak geje będą krok po kroku przekonywać świat, że są fajni (choć przecież wiadomo, ze zjadają niemowlęta na śniadanie), to bardzo wyraźnie odnosi się do fantazmatu Protokołów Mędrców Syjonu. Co więcej - język antysemityzmu stosowany do opisu osób homoseksualnych jest dzisiaj najzupełniej legalny. Strona promniejszościowa przejmuje tę analogię, by uzmysłowić niebezpieczeństwo, które się za nią kryje ("Homoseksualizm nas bżydzi" wedle genialnego hasła Marka Raczkowskiego). Ma to jednak swoje ograniczenia, które Graff świetnie wypunktowuje. Na przykład z takiej optyki, ciągle męskocentrycznej, wypadają lesbijki. Problemem jest również i to, że antysemicka i homofobiczna analogia "gej czyli Żyd" pozostawia nas w obrębie prawicowej wyobraźni. Autorka postuluje zatem "inne słowa, inne skojarzenia, inne obrazy i inne formy zbiorowej tożsamości". Może zatem, tak mi przyszło do głowy, "gej, czyli chrześcijanin"? Tak na chwilę, tak na próbę. Bo może niezwykle mocna strona narodowo-katolicka wrzuca lesbijki i gejów w rolę własnego "prawdziwego" chrześcijanina? Nie twierdzę, że to prawda. Ale na pewno dobry sposób na ćwiczenie wyobraźni. Książka Agnieszki Graff jest świetnym punktem wyjścia do takich przemyśleń. Bo poza wszystkim innym - to oczywiście lektura obowiązkowa.
Agnieszka Graff, Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie, WAB, Warszawa 2008.
a ksiazka graff ciekawa, dobrze sie czyta, powinna sprowokowac wiele dyskusji.
Problem Polskiej homofobii chyba za szybko się nie rozwiąże. Prawica ma swoją GŁOŚNĄ ideologię, którą propaguje wszem i wobec, więc my musimy mieć swoją o wiele bardziej głośniejszą.
Uwaga techniczna: nie przestraszcie się objętością, tylko połowa książki to 'Rykoszetem', dalej są inne teksty.