Wielkie trzydniowe święto w centrum wielkiego miasta, radosna, rozśpiewana parada, tysiące gejów i lesbijek całujących się publicznie na ulicy, chodzących rąsia w rąsię. Nikt nie protestuje, nie rzuca kamieniami ani nienarodzonymi kaczkami. Żadnej młodzieży Wszech-niemieckiej? Niemożliwe!
Wielkie trzydniowe święto w centrum wielkiego miasta, radosna, rozśpiewana parada, tysiące gejów i lesbijek całujących się publicznie na ulicy, chodzących rąsia w rąsię.
Nikt nie protestuje, nie rzuca kamieniami ani nienarodzonymi kaczkami. Żadnej młodzieży Wszech-niemieckiej? Niemożliwe! W Polsce A.D. 2006 niestety tak, ale już kilkaset kilometrów za naszą zachodnią granica jak najbardziej.
Według oficjalnych danych w tegorocznej paradzie gejów CSD Frankfurt 2006 wzięło udział około 3000 uczestników. Nieoficjalne źródła podają, że było ich dwukrotnie więcej.
Pod hasłem "Keine Diskiminierung! Niergendwo!- Żadnej dyskryminacji! Nigdzie! niemieckie siostry "lesbianki" oraz bracia geje solidaryzowali się z Polakami. Nie były to wyłącznie czcze hasła polityczne. Główny organizator parady Rainer Gütlich,
po 11 latach stwierdził, że wyłącznie zabawowy charakter imprezy już nie wystarcza.
CSD powinno być polityczne, bo takie były w 1969 roku w Nowym Jorku jego początki. Niemieccy schwule (czyt. "szwule") der Schwule - określenie geja, niegdyś wulgarne, obecnie jak najbardziej politycznie poprawne) popadli w rodzaj samozadowolenia. Nie mają o co walczyć dla siebie, niech powalczą wreszcie dla innych. Gütlich zorganizował sponsorów i zaprosił polskie, uciskane siostry i ciotki do "Deutschlandu". Niech mają frajdę i to za darmochę! Koszty przyjazdu należało pokryć samemu.
Jadą goście jadą...
W piątek, pierwszy dzień imprezy przez cały dzień napływają goście z całej Polski. Przeważają mieszkańcy stolicy, ale jest także silna reprezentacja Śląska Górnego i Dolnego. Są Krakusy i mieszkańcy Łodzi. W większości pary, ale jest też kilku singli. Aktywiści Lambdy, KPH, krakowskiego stowarzyszenia Tolerancja, twórcy portalu internetowego "Różnica wieku" wreszcie niżej podpisany współpracownik Innej Strony. Uderza znikomy udział lesbijek- tylko jedna krakowska para. Przemiłe dziewczyny, same trochę rozczarowane brakiem płci żeńskiej. Płeć piękna, czyli męska była naprawdę godnie reprezentowana. Ogółem z zaproszenia skorzystało tylko 37 osób, mimo iż oczekiwania i możliwości gościny ze strony organizatorów były dużo większe. Zakładano z początku przyjazd 250 uczestników z Polski, potem liczba chętnych ograniczyła się do 100. Uczestnictwo potwierdziło około 50 osób. Przyjechała niecała czterdziestka. Cóż, czyżby Polacy nie byli zainteresowani?
Od wczesnych godzin rannych do późnego wieczora trwa transport z dworca Hauptbahnhof do Gejowskiego Domu Kultury gdzie Tomek Wosiński, Joasia Trzmieleska oraz mieszkający już od 35 lat we Frankfurcie, mówiący jednak świetnie po polsku Martin Reifer witają nas kawą i kanapkami Każdy gość otrzymuje też paczuszkę zawierającą prócz bonów żywnościowych (wartości 60 euro po 20 na każdy dzień pobytu) mapkę gejowską, znaczki AIDS - Hilfe, CSD Frankfurt a także losy na loterie i kilka innych drobnych użytecznych bibelotów.
Tomek to prawa ręka Rainera Gütlicha. Studiuje amerykanistykę oraz psychoanalizę. Gdyby nie Tomek i jego zaangażowanie - nic by z tego nie wyszło- mówi potem Rainer a Tomek w tym miejscu czerwienieje jak piwonia. Słowa Rainera potwierdzają się w trakcie naszego pobytu w całej rozciągłości. To on jest spiritus movens całego przedsięwzięcia. Jego współ- pomysłodawcą i współrealizatorem. Profesjonalnie kieruje całym sztabem ludzi, często wielokrotnie od niego starszych. A ma dopiero 23 lata. Dziękujemy Ci Tomku!
Tęczowo i biało-czerwono.
Okazuje się ze zawłaszczone przez niektórych rodaków, typowo polskie przymioty jak gościnność i solidarność nie są wyłącznie polską specjalnością. Gospodarze- są to w większości Polacy mieszkający w Niemczech prześcigają się w umileniu pobytu gościom zza Odry. Towarzyszą nam, służą pomocą i radą. Problemy są różnorodne: gdzie tu można się wieczorem zabawić, tanio kupić, kogoś atrakcyjnego poznać i jak się z tymi Niemcami w końcu dogadać można. Bo, że nie zawsze po angielsku, to pewne. Tomek i jego przyjaciele uwijają się jak w ukropie a Info Point jest często oblegany. Tomek jest z nami praktycznie wszędzie. A program pobytu przygotowano nam naprawdę imponujący: zwiedzanie miasta z profesjonalnym, ale też branżowym przewodnikiem (Christian Setzepfandt jako gej zna nie tylko doskonale historię swego miasta, lecz także tzw. Szene (czyt., Scene) czyli lokalne środowisko. Dzięki niemu oraz mapkom z naniesionymi gej&les lokalami i knajpkami nie zgubimy się już w nocy zwiedzając Frankfurt by night. Pierwsze wrażenie: tutaj chciałoby się żyć! Wolność i swoboda. I tyle wspaniałych możliwości gejowskiego samorozwoju. Dla każdego jest coś miłego. I dla tych nie rzucających się w oczy, tzw. normalnych i dla tych piszczących i poprzeginanych. I dla tych pojawiających się wyłącznie na pikietach i dla tych z saun (z basenem!) oraz dla tych których szukać trzeba w darkroomach, czy dyskotekach.
Nie oznacza to jednak, że sytuacja gejów w Niemczech zawsze bywa tęczowa bądź różowa. Są problemy i z tolerancją w miejscu pracy i z akceptacją zwłaszcza na prowincji. Frankfurt to miasto z największą liczbą zainfekowanych wirusem HIV.
Jak ojciec i brat.
Prawo i władza są jednak po naszej stronie, więc nikt nie śmie odmawiać niemieckim homoseksualistom ich obywatelskich praw. - mówi Rainer Gütlich i dodaje. -Przed 20-stu laty mieliśmy podobne problemy, nikt nie śmiał wyjść na ulice. Ludzie manifestowali w maskach, nie chcieli być rozpoznawani. Teraz jest inaczej. Trzeba mieć nadzieję, ze i u wasz w Polsce wszystko pójdzie dobrym kierunku. A Kaczory w końcu utracą władze.
Rainer Gütlich to instytucja sama w sobie. Powaga i doświadczenie. Taki obraz wynikający z pierwszego rzutu oka rozwiewa się przy bliższym spotkaniu. Niezwykle towarzyski i sympatyczny, w ostatnich tygodniach śpi tylko po parę godzin na dobę, lecz mimo, iż impreza nie kręci się wyłącznie wokół Polaków, znajduje czas by w trakcie naszego pobytu kilkakrotnie i zupełnie nieformalnie spotkać się z nami. Wiecznie rozchwytywany, w czasie naszej rozmowy kilkakrotnie przerywa mu dzwonek telefonu bądź krótkofalówki. Dla swojego Teamu, określanego mianem STAFF- jak widnieje na organizacyjnych koszulkach, jest niczym ojciec i brat. Wymagający i surowy, lecz równocześnie partnerski. Koszulki mają jeszcze jeden charakterystyczny element. Znak przekreślonej kaczki. Taki element mają tylko ci wybrani dla obsługi grupy polskiej. Osoby, z którymi można porozumiewać się w języku polskim, nie kaczym!
Trudno jest opisać samą paradę by nie popaść w banał. Parada rozpoczęła się na ryneczku starego miasta Römerberg, przemaszerowała przez całe centrum aż do stacji metra Konstablerwache gdzie zorganizowano olbrzymią scenę na całodzienne i północne występy karaoke, drag queen i kings, kabaretów, parodystów, zespołów mniej lub bardziej muzycznych. Była wizyta na cmentarzu i minuta milczenia w intencji ofiar AIDS. Była wystawa "Niech nas zobaczą", tak, ta sama, co w Polsce takie ataki wzbudziła. Była msza ekumeniczna oraz przyjęcie dla polskich gości we frankfurckim ratuszu. Były dyskusje na temat dyskryminacji i zagrożenia AIDS. Były także polskie akcenty artystyczne: Patrk Smolarek oraz Travestie Show made in Poland czyli Cosmo Boys.
Byliśmy, zobaczyliśmy i zwyciężyliśmy. Zobaczono tez nas. Nas Polaków nie tylko obecnych we Frankfurcie, ale przede wszystkim tych, którzy zostali w Polsce, tych obrzucanych wyzwiskami i kamieniami. Tych schowanych w homiczej norce. Tych zastraszonych i bez praw publicznych. Tych z Kaczolandu. Wszystkich, o których prawa warto walczyć.
Prócz olbrzymiej sceny oraz kilkudziesięciu stoisk z jadłem i napojami była także tzw. uliczka informacyjna gdzie grupy, partie polityczne, organizacje i stowarzyszenia wszelkiej maści reklamowały się i deklarowały swoją solidarność oraz tolerancję dla kochających inaczej. Kwitł też handel tęczowymi gadżetami. Czego tam nie było: ręczniczki, apaszki, czapeczki, naklejki, znaczki, plakaty, koszulki, majteczki i wiele wiele innych.
Ogrom wrażeń sprawił, że relacja ta jest w dużej mierze chaotyczna. Bo napisana po czterech nieprzespanych i stosunkowo obfitych nocach. Wybaczcie więc drodzy czytelnicy. Niestety, jako że żadna idylla nie trwa wiecznie, trzeba było po trzydniowym pobycie wracać do ukochanego, umiłowanego kraju. Do naszej ojczyzny kochanej, kraju PiSu, eLPeeRu i Ojca Dyrektora, zawsze dziewicy. Z ziemi niemieckiej do polskiej. Do Rzeczpospolitej Obojga Kaczorów.
Na zakończenie mała reminiscencja: wychodząc ze stacji metra przy Konstablerwache usłyszałem jakiś polski głos za moimi plecami. "Qu..wa! ale zapedalone miasto. Patrzcie, a ten to Polak (miałem na sobie koszulkę promocyjną Wrocławia), pedał "Yee buny". Okazuje się, że Frankfurt leży nie tak bardzo daleko od Wrocławia. A nasi rodacy są wszędzie. Czasem chciałoby się powiedzieć- niestety.
Relacjonował prawie na "nieżywo" Janusz Boguszewicz
Dla mnie niezwykłe było jeszcze spotkanie naszej grupy w ratuszu z władzami miasta (niedziela !) oraz tęczowe flagi na masztacjh na rynku. O polskiej na ratuszu nie wspomnę...
Natknąłem się z moim szczęściem chyba na tę samą grupę polskich żuli. Stali na schodkach przy wejściu do metra (tam gdzie było wc). Zaczepili o papierosa, gdy usłyszeli polski język i zobaczyli biało-czerwone koszulki. Chwilę potem spytali, czy nie mamy jakiś drobnych... W sumie wszystko grzecznie, nie licząc bluzgów-przecinków ale może dlatego, ze co dwóch to nie jeden. Jakkolwiek - wstydu można się było najeść za takich "rodaków" co niemiara.
Polski Team super. Wykonali świetną robotę, bez dwóch zdań, dla nas, ale i "dla sprawy" - by przypomnieć m.in. artykuł w Frankfurter Algemeine Zeitung
Jak to wspaniale brzmi ... to kiedy zgłaszamy ten projekt do ONZ? Może da się wyasygnowac jakiś grant na badanie wspomnianego skansenu?