Kiedy czytałem na Innej Stronie
tekst Mariusza Kurca o hollywoodzkich gwiazdorach, których homoseksualizm czy biseksualizm został dokładnie zbadany i opisany, zastanawiałem się, czy znamy perypetie polskich aktorów, którzy ze względu na karierę musieli ukrywać swoją orientację seksualną. Niestety, w tym temacie ciągle mamy raczej do czynienia z domysłami niż udokumentowanymi biografiami, bo po prostu nikt jeszcze nie spojrzał na polskie kino i teatr pod kątem homoseksualistów, którzy współtworzyli je w każdej epoce. Na swojego kronikarza lub kronikarkę czeka nie tylko twórczość epoki PRL-u, ale także film przedwojenny. W latach 30. XX wieku przynajmniej jeden popularny aktor miał na swoim koncie homoseksualne romanse.
Życiorys
Witolda Contiego nie jest dokładnie znany, ale kilka podstawowych faktów podawano już w filmowej prasie międzywojnia. Naprawdę nazywał się
Witold Konrad Kozikowski, urodził się w 1908 roku w Berlinie, gdzie przebywali wówczas jego rodzice. Do Polski wrócili w 1920 roku, a po skończeniu szkoły rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Poznańskim. Wkrótce wyjechał do Paryża, gdzie miał kontynuować naukę prawa, ale wylądował w Konserwatorium Muzycznym w klasie skrzypiec i wokalistyki. Tam poznał pierwszego z mężczyzn, który odegrał ważną rolę w jego życiu -
Leopolda Brodzińskiego. Brodziński, starszy od Contiego o 14 lat, miał już wyrobioną pewną pozycję, udzielał się jako reżyser, aktor, dziennikarz, dyrektor teatrów, autor sztuk teatralnych, ale przede wszystkim sekretarz pierwszej Polki, która podbiła Hollywood - Poli Negri. Współpracował z nią w okresie największej popularności gwiazdy, a w okolicach 1928 roku wrócił do Polski. Bardzo możliwe, że Conti przyjechał razem z nim.
Chłopiec o jasnej twarzy, przepojonej dziwną słodycząNie wiadomo czy Brodziński i Conti stanowili parę, choć ta relacja bardzo przypomina późniejsze związki aktora. Wszystko wskazuje na to, że właśnie dzięki znajomościom Brodzińskiego Conti zadebiutował w filmie, do tego od razu w głównej roli. Zagrał "Janka Muzykanta" (1930) w dość swobodnej adaptacji noweli Sienkiewicza, gdzie tytułowy bohater nie ginie, ale robi karierę jako skrzypek i zdobywa serce pięknej Ewy. Film był jedną z pierwszych polskich produkcji dźwiękowych i odniósł duży sukces u publiczności. Podobał się także Conti, a jego zdolności wokalne i uroda sprawiły, że szybko awansował na świetnie zapowiadającego się amanta. Dziennikarz filmowy Leon Brun nazwał go "chłopcem o jasnej twarzy, przepojonej dziwną słodyczą, z oczami, które zdają się pomijać sprawy ziemskie".
Drogi Brodzińskiego i Contiego rozeszły się, ale nie na zawsze. Kiedy aktor miał już ugruntowaną pozycję w filmie i teatrze eks-promotor wywołał skandal, o czym pisał w swoich wspomnieniach Ludwik Sempoliński: "Brodziński wytoczył proces amantowi filmowemu Witoldowi Conti o niedotrzymywanie umowy i wypłacenie mu sumy konwencjonalnej w wysokości 5 tys. dolarów oraz nałożył areszt na jego gażę w Teatrze Letnim. Twierdził bowiem, że Conti był jego wynalazkiem i za lansowanie go miał otrzymać 25% jego zarobków. Z pierwszego engagement, tj. filmu 'Janko muzykant', Conti wypłacił Brodzińskiemu 1/4 gaży. Nie otrzymawszy jednak przez rok żadnej propozycji, uważał umowę za wygasłą i pracując w następnych latach w filmach i teatrach już żadnych pieniędzy Brodzińskiemu nie wypłacał. Po ośmiu latach Brodziński się odezwał żądając części gaży". Sprawa skończyła się polubownie, choć jak zaznacza Sempoliński: "skandalik odbił się głośnym echem".
Każdemu wolno kochaćFilmy, w których wystąpił Conti cieszyły się popularnością, choć żaden nie został uznany za dzieło szczególnie wybitne. Grał u cenionych reżyserów (Ordyński, Szaro, Gardan, Waszyński, Krawicz), u boku największych ówczesnych gwiazd: Adolfa Dymszy, Jadwigi Smosarskiej, Eugeniusza Bodo, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Franciszka Brodniewicza. Bardzo szybko uznano, że znakomicie prezentuje się w mundurze i zaczęto oferować mu przede wszystkim role wojskowych. Równie chętnie wykorzystywano jego zdolności taneczno-wokalne, w niewielkiej roli gwiazdora rewiowego w "Każdemu wolno kochać" (1933) wraz z Janiną Brochwiczówną wyśpiewał tytułowy przebój, który zresztą znakomicie mógłby się nadawać na hymn gejowsko-lesbijski.
To właśnie Contiego nazywał Szymanowski swoją "żoną"Jako popularny aktor Conti był często bohaterem rubryk towarzyskich, ale o jego romansach gazety nie rozpisywały się. Z pewnością wielu przeżyłoby szok dowiadując się, że w 1931 roku aktor związał się z jednym z najwybitniejszych polskich kompozytorów -
Karolem Szymanowskim. To właśnie Contiego nazywał Szymanowski swoją "żoną" i o nim pisał w liście do przyjaciółki wyjaśniającym, dlaczego nie mogą się spotkać: "Mam terminowe prace i różne inne względy (o których już ustnie), które mię zmuszają do powrotu (w każdym razie nie żona, która i tak już wyjechała, bo to wschodząca gwiazdka filmowa, która musiała pojechać na parę miesięcy na zdjęcia)" (26 VI 1931). Nie najlepiej w swoim dzienniku oceniła Contiego i nowy związek kompozytora Anna Iwaszkiewicz: "Chłopak jest ładny, ale głupi, a co jeszcze, wygląda, jakby nie zdawał sobie wcale sprawy, kim jest właściwie Karol i jaki zaszczyt go spotyka (jeśli już w ogóle jego rola może być zaszczytna), że Karol tak się nim zajął. Jest rzeczywiście bardzo zakochany, ale to niegroźne, bo zbyt często mu się to zdarza" (28 XII 1931).
Uważaj, żebyś nie poplamił sobie bluzeczkiPrzewidywania Anny Iwaszkiewicz sprawdziły się, bo choć Szymanowski do końca życia zachował w swoim gabinecie oprawione zdjęcie Contiego, ich związek się rozpadł, a w życiu aktora pojawił się kolejny mężczyzna -
Stanisław Szebego, producent filmowy. Pisarz Tadeusz Wittlin tak opisywał po latach spotkanie, w czasie którego zaproponowano mu napisanie scenariusza: "przyszedłem punktualnie, filmowcy są już w komplecie: dwaj finansiści, panowie w średnim wieku o wyglądzie poważnych przedsiębiorców, producent Stanisław Szebego, łysy jak kolano, lecz miły i zawsze serdecznie uśmiechnięty, oraz aktor filmowy Witold Conti, piękny, młody blondyn ze srebrnym skrzydłem przedwcześnie siwych włosów nad czołem. Początek wiosny, ciepło. Waszyński proponuje, żebyśmy zdjęli marynarki, a jego gospodyni wnosi paterę z owocami. Conti sięga po pomarańczę i zaczyna obierać ją nożykiem.
- Witusiu, kochanie - mówi do niego Szebego. - Uważaj, żebyś nie poplamił sobie bluzeczki... - I troskliwie zasłaniu mu serwetką błękitną, jedwabną koszulę".
Wspomnienia Tadeusza Wittlina świadczą, że panowie nie ukrywali swojego związku, przynajmniej przed znajomymi. Szebego bez wątpienia miał wpływ na karierę filmową partnera, wyprodukował trzy z pięciu produkcji w których Conti zagrał w latach 1933-37. "Ułan księcia Józefa" (1937) był ostatnim filmem, w którym pojawił się aktor. Nie wiadomo jak zakończył się jego związek z Szebego, ale w 1938 roku tygodnik "Kino" informował o ślubie Contiego: "Witold Conti na ślubnym kobiercu! Panna młoda to, znana w kołach towarzyskich stolicy jako 'mała Suzy' - recte Zofia Halina Marqueliesówna, córka jednego z najzamożniejszych warszawiaków - dyrektora generalnego zakładów amunicyjnych 'Pocisk'".
Gdy wybuchła wojna, Conti razem z żoną i synkiem wyjechał do Wilna, a później Francji. Przez cały czas występował w teatrach. Zginął w 1944 roku w czasie bombardowania Nicei w wieku 36 lat. Równie dramatycznie potoczyły się losy mężczyzn, z którymi był związany. Szymanowski zmarł na gruźlicę jeszcze w 1937 roku, Brodziński zginął w Oświęcimiu w 1942 roku. Nieznana jest data śmierci Stanisława Szebego, prawdopodobnie zabito go w czasie likwidacji getta.
Korzystałem z książek Ludwika Sempolińskiego "Wielcy artyści małych scen" i Tadeusza Wittlina "Ostatnia cyganeria" oraz tekstu Małgorzaty Henrykowskiej z "Filmu" (nr 7/1998).
Tak - to są historie wielce zajmujące, godne śledzenia
Szymanowski nie krył swojego homoseksualizmu, super!!, miał mnóstwo chłopaków, na co wydawał majątek, fajnie jest wiedzieć, że w międzyczasie tworzenia czasem kapitalnych utworów, potrafił się zabawić z rozmachem :D
Niestety, obecnie nasi prześwietni muzykologowie, z polskiego katolickiego kraju, ograniczają do minimum info na temat tej strony osobowości kompozytora. Dlatego obecność Contiego w życiu Szymanowskiego to dla mnie nowość, choć teoretycznie znam i jego życie i muzykę.
a poza tym - znakomity artykuł, jak ciekawie wprowadza w "nasze" klimaty sprzed 80 lat :D
pozdrowenia, m