W sierpniu doszło do pobicia Miłosza Miklaszewskiego - sprawy użyli pałek teleskopowych oraz pięści. Stwierdzono u niego wstrząśnienie mózgu oraz złamania kości nosowych i ścian zatoki szczękowej. Do zdarzenia na tle homofobicznym doszło w Poznaniu nad jeziorem Rusałka.
Chłopak relacjonował wtedy, że nikt ze świadków wydarzenia nie zareagował.
Mówił, że prawdopodobnie zwrócił ich uwagę farbowanymi włosami i kolczykiem w uchu
.
Mimo prośby Miłosza o zgłaszanie się na policję świadków pobicia, żaden się nie odnalazł. Jak mówi policja, sprawa wyglądała beznadziejnie, gdyż nad jeziorem nie ma monitoringu miejskiego.
Jednak w zeszłym miesiącu udało się zatrzymać jednego ze sprawców, który wcześniej był karany za rozboje i pobicia, a w obecnym - drugiego. On z kolei był już karany za kradzieże i uszkodzenie mienia, a przy okazji okazało się, że jest aktualnie poszukiwany z powodu niestawienia się do więzienia.
Mężczyzna, który ma do odbycia wyrok, przebywa z tego względu w więzieniu, jednak drugi sprawca pozostaje na wolności. Po przesłuchaniu został wypuszczony i na proces za pobicie Miłosza ma czekać na wolności. Prokuratura bowiem nie wnioskowała do sądu o aresztowanie napastników.
Wiadomo, że
jeden ze sprawców przyznał się do winy oraz, że doszło do okazania zatrzymanych pobitemu Miłoszowi. Jednak rzeczniczka poznańskiej policji Marta Mróz nie chciała wyjawić, czy chłopak ich rozpoznał, a także jakie dowody przeciwko sprawcom zgromadziła policja.
Mimo że na początku śledztwa policja chciała traktować to zdarzenie jak rozbój, za co grozi osiem lat więzienia,
ostatecznie prokuratura postawiła łagodniejsze zarzuty: uszkodzenia ciała i kradzieży. Grozi za to pięć lat więzienia.
(jg)