Max i Jaye są niebinarnymi osobami, które poznały się w pracy, zakochały, a teraz... razem chcą zwiedzić świat. A wszystko dokumentują na Instagramie. Dlaczego? Chcą zachęcić ludzi do wyjścia z domu i pobycia z naturą oraz "chcemy pokazać ludziom, że jest w niej miejsce także dla queerowych i niebinarnych osób".
Kochają naturę i górskie wycieczki, gdy tylko mogą - spędzają czas poza miastem. Poznały się w pracy, a identyfikują się jako osoby niebinarne. Planują ślub i marzą o... własnym domu na kółkach, który pozwoli im zwiedzić świat.
W towarzystwie kota Voldemorta i psa, Sir Bosleya.Z Max i Jaye rozmawiał portal Pink News. Czego się dowiadujemy? Max jest wdzięczna, że poznała Jaye, osobę, która całkowicie ją rozumie i "nie osądza". Max dorastała w bardzo religijnej rodzinie i długo nie wiedziała, że płeć i tożsamość - nie są sztywnym konstruktem.
Para podkreśla, że chcą być widoczne i pokazywać swój związek, albowiem "to ważne, by dzielić się naszą historią online, albowiem gdy byłam młodsza nie miałam dostępu do takich osób ja ja" - mówi Max."Bycie z partnerem, który jest niebinarny i mnie rozumie jest super" - podkreśla i dodaje, że "podróżowanie jest interesujące, albowiem zwracamy uwagę wielu osób, w zależności od tego, gdzie się wybieramy. Zwykle ludzie zwracają się do mnie 'pan, on, jego'".
Ale - najbardziej kochają naturę i przestrzeń. To tam czują się najlepiej i odpoczywają. I chcą pokazać, że nie tylko ludzie heteroseksualni i cispłciowi tworzą społeczności kochające górskie wycieczki. Ich zdaniem natura to miejsce także dla osób queerowych i niebinarnych.
W przyszłym roku planują ślub - najpewniej gdzieś w trasie. "Tylko my, nasz kot, pies i świadkowie" - mówią.
Czy wśród naszych czytelników i czytelniczek są także wielbiciele i wielbicielki górskich wycieczek? Może chcecie podzielić się zdjęciami z Waszych ulubionych?Max i Jaye znajdziecie
na Instagramie.(red)
Warto się zastanowić co temu kot to da :P Widokami się zachwycać nie będzie, puścić go żeby pohasał też pewnie się nie da. Chyba, że nie ma możliwości innej niż zabranie ze sobą:)
Przeszliśmy pieszo/przejechaliśmy autostopem Europę sypiając pod mostami, na plażach, w namiocie rozstawionym w lasach, przy jeziorach ale i w parkach miejskich, jedliśmy zerwane z drzew owoce, zmagaliśmy się z brakiem wody pitnej, poznawaliśmy fenomenalne osoby, pracowaliśmy w schroniskach górskich i realizowaliśmy projekty artystyczne w Katalonii.
Dalszy etap to rok w Chile. Poza wolontariatem na ekofarmie, czy pomocy przy budowaniu domu dla jednej z rodzin, pracowaliśmy zarobkowo i nieco osiedliśmy w jednym, a potem drugim miejscu by podreperować budżet. Zwiedzaliśmy jeżdżąc w różne miejsca i wracając ponownie do mieszkania. Poznaliśmy język (a przynajmniej podstawy), kulturę, zrozumieliśmy trudności związane z życiem w danym miejscu, spojrzeliśmy na świat innymi oczyma i pomogliśmy kilku osobom spojrzeć nań przez nasze. Jednej osobie szczególnie, bowiem rozkochaliśmy się w Willu, wspaniałym Wenezuelczyku, który zawędrował do Chile w poszukiwaniu bezpieczeństwa.
Wkrótce ruszamy dalej. W lutym wracamy do formy przemieszczania się wypracowanej jeszcze w Europie - codzienna migracja i nocowanie pod namiotami. Tym razem na rowerach, bo w Ameryce Południowej odległości między miejscowościami są większe. Tym razem przez trzy miesiące przez Argentynę. Zupełnie nowe, ekscytujące wyzwanie - inne niebezpieczeństwa (pogoda, kajmany, pumy i inne zwierzaki, ludzie), inne korzyści (obcowanie z naturą, kulturą, itd), inna wiedza o świecie do przyswojenia.