Czy królewicz może z krolewiczem?
Czworo rodziców z Lexington (Massachusetts) pozwało szkołę za wykorzystanie podczas lekcji bajki o gejach. Pozostał im już tylko Sąd Najwyższy - wszystkie inne instancje sprawę oddaliły.
"Król i Król" to tłumaczenie holenderskiej książeczki dla dzieci z roku 2002. W bajce tej Królewicz Bertie odrzuca rękę Królewny Madeleine i poślubia jej brata, Królewicza Lee. Po czym żyją długo i szczęśliwie.
Książeczka skierowana jest do najmłodszych jako pomoc w nauczaniu różnorodności. W ten sposób wykorzystała ją nauczycielka w pierwszej klasie szkoły podstawowej w Estabrook, podczas lekcji o ślubach.
Po przeczytaniu bajki nauczycielka powiedziała dzieciom, że w stanie Massachusetts osoby tej samej płci też mogą wziąć ślub i że niektóre dzieci mają dwie mamusie, a inne dwóch tatusiów.
Jednak nie chodzi o ewidentną prawdziwość tych informacji. Chodzi o to, czy prawdziwe informacje należy przed dziećmi ukrywać. Tak jak w tradycjonalistycznych społeczeństwach wciąż ukrywa się przed dziećmi sposób, w jaki dzieci powstają.
Rodzice, którzy pozwali szkołę, David i Tonia Parker oraz Joseph i Robin Wirthlin twierdzą, że szkoła próbowała indoktrynować ich dzieci niemoralnym stylem życia. Pozew stanowi, że szkoła pogwałciła prawa rodziców do wychowywania dzieci po swojemu i naruszyła w ten sposób ich prawa obywatelskie.
Zaraz po feralnej lekcji Robin Wirthlin złożyła skargę w dyrekcji, że siedmiolatkowie nie powinni być wystawieni na dyskusję o takich sprawach w tak młodym wieku.
Szkoła odpowiedziała, że jej zadaniem jest nauczanie o świecie takim, jaki jest. Chyba jednak słusznie. Bo właściwie kiedy nie jest za już wcześnie na taką dyskusję? Gdy córka przychodzi do domu ze szkoły i oświadcza, że jest w ciąży?
Sądy wszystkich instancji podtrzymały wyrok sądu okręgowego. Stanowi on, że konstytucyjne prawo rodziców do wychowania swych dzieci nie obejmuje decydowania, czego szkoła ma ich dzieci nauczać.
Jest w tym dużo zdrowego rozsądku. Gdyby bowiem ustanowić precedens, sądy zalałyby pozwy rodziców nie zgadzających się z teorią ewolucji, prawami termodynamiki czy twierdzeniem Pitagorasa. Zwłaszcza na amerykańskim Południu.
W uzasadnieniu wyroku czytamy:
"Szkoły państwowe nie mają obowiązku chronienia uczniów przed koncepcjami mogącymi potencjalnie urazić czyjeś uczucia religijne, tym bardziej że nie wymagają, by uczniowie się z nimi zgadzali lub brali udział w dyskusji na ich temat."
Słowem, musisz znać twierdzenie Pitagorasa, nawet jeśli się z nim nie zgadzasz. Zadaniem szkoły jest przekazywanie wiedzy, a nie jej zatajanie. Bowiem nawet jeśli sami prezentują swym dzieciom z gruntu fałszywy obraz rzeczywistości - bez gejów, związków jednopłciowych i innych zgorszeń - czy rodzice mają prawo wymagać tego od szkoły?
I czy owi rodzice nie prezentują przypadkiem mentalności własnych, kilkuletnich pociech? Jak się zamknie oczy, to potwór zniknie?
źródło: Pardon.pl
Z wyrokiem sądów i ja się zgadzam, bo jest logiczny, ale zastanawia mnie niezmiernie jakie by to były wyroki, gdyby nie był to stan Massachusetts.