Izabela Filipiak dla "Dużego Formatu"
Izabela Filipiak. Pisarka, eseistka, krytyczka literacka, feministka, lesbijka. Wymieniana obok Olgi Tokarczuk i Nataszy Goerke jako jedna z najciekawszych autorek młodego pokolenia.
Czytelniczkom i czytelnikom IS przedstawiamy fragment wywiadu z pisarką, jaki ukazał się na łamach poniedziałkowego "Dużego Formatu", bezpłatnego dodatku do GW.
Wróciłaś w 1996 roku i zaczęłaś aktywne życie literackie, wydawało się, że twoje miejsce jest tutaj. Wydałaś opowiadania emigracyjne, ostatnio wznowione jako "Magiczne oko", znalazłaś się w centrum uwagi jako pisarka feministyczna. Po sześciu latach znowu wyjechałaś. Dlaczego? Czy wygnała cię nagonka na literaturę kobiecą? To twoja książka "Absolutna amnezja" - w której występuje Policja Menstrualna - zrodziła pogardliwe określenie "literatura menstruacyjna".
- Z tego akurat wyszłam obronną ręką. Nagonka skończyła się, kiedy pozwoliłam sobie na coming out, na ujawnienie się jako lesbijka. Za pomocą tego gestu szybko zyskałam sobie szacunek wielu ludzi, którzy pamiętali, jak było za komuny. Zrobiłam coś, co skojarzyło się z odwagą. Doceniono to.
Najbardziej znany jest twój wywiad w "Vivie!" z 2002 roku, gdzie sfotografowano cię w mieszkaniu, z twoją partnerką, choć w innych mediach mówiłaś o tym dużo wcześniej. Był to gest wielkiej odwagi?
- Raczej radości, którą chciałam podzielić się ze światem. Miałam partnerkę i dom, który stworzyłyśmy razem. To miało być coś lepszego niż nasza przeszłość - twórcze, inspirujące życie.
I nic złego cię nie spotkało?
- Nie, czułam, że stałam się emblematem, tokenem polskiego liberalizmu, dowodem, że w Polsce się zmieniło - patrzcie, jacy jesteśmy otwarci, tolerancyjni, pluralistyczni, mamy nawet pisarkę lesbijkę i proszę bardzo, jest jej z nami fajnie.
Moje życie potoczyło się w ciekawą stronę, było dużo projektów, publikacji, praca akademicka mnie kręciła, "Twórcze pisanie dla młodych panien" w "Wysokich Obcasach" momentalnie chwyciło.
Trwało to kilka lat. Ale już od 2000 roku czułam, że sytuacja polityczna będzie się zmieniać.
Po czym to poznawałaś?
- Pojawiły się wyzwiska w gazetach. Wcześniej w mediach nie było na to miejsca, a tu nagle homoseksualiści zostali "dewiantami". Każdy ma prawo mieć poglądy i je wyrażać, lecz w miarę powtarzania ich za sprawą mediów pojawiła się nowa jakość: dehumanizacja obiektu nienawiści.
Można być dumnym z tego, że polskie wojska zajmują się łapaniem "talibów" w Afganistanie, i popierać Młodzież Wszechpolską, która goni "pedałów" w Krakowie. Jedni i drudzy stają się postaciami w grze komputerowej. Łatwo sobie wyobrazić, że nie mają uczuć, nie cierpią.
Po 2000 roku zaczęłam mieć zły sen na jawie: jedno ze znaczących na świecie imperiów podbija Europę i przeprowadza rewolucję moralną - homoseksualistów zamyka się w obozach, które powstały w Polsce. Lud się cieszy: co prawda innowiercy, szkoda, że nas podbili, ale przynajmniej kraj nam oczyszczą!
Można tu protestować, że jak dotąd w Polsce przemoc odbywa się tylko w języku. Jednak Marsze Tolerancji w Krakowie co roku odbywają się w atmosferze przemocy. Jak dotąd nie potępiły jej ani władze miasta, ani biskupi, ani rząd polski.
Media "neutralnie" utrzymują lud w przekonaniu, że Marsze Równości są obrazą dla miejsc pamięci narodowej. Bo uczestnicy tych marszów w żaden sposób nie mogą być patriotami. Przecież oni nie wiedzą nawet, że homoseksualizm jest prywatną skłonnością i obnoszenie jej w miejscach publicznych to złe zachowanie. I dlatego nie można ich tolerować.
Jednak z dyskursu narodowościowego, z wypowiedzi polityków i mediów wynika raczej, że homoseksualizm jest kwestią polityczną, a Polak nie może być homoseksualistą. A jeśli napisze raport o dyskryminacji do Unii Europejskiej, to stanie się zdrajcą.
A co z tobą?
- Ja najpierw byłam tym emblematem homoseksualnej inności w inteligenckim i feministycznym wydaniu, a potem byłam już tylko "tolerowana", a to w praktyce oznacza, że jeśli potknę się i złamię nogę, to tolerancyjny człowiek przechodzi obok - nie skopie mnie, i za to mu jestem wdzięczna, ale też nie zapyta, jak może pomóc, i karetki też nie wezwie. W końcu zaczęło być tak, że jeśli mnie zatrudniasz, to automatycznie opowiadasz się za homoseksualnym małżeństwem i przeciwko Janowi Pawłowi II. I może ci to zostać od razu lub w przyszłości ujemnie policzone.
A konkretnie? Pisałaś w tym czasie m.in. felietony.
- Musiałam uważać na każde słowo, żeby mi nie zarzucono, że promuję homoseksualizm. Bo przecież w Polsce promować można tylko arogancję. W rezultacie pisałam z punktu widzenia inteligentnej kobiety. Mój plan polegał jednak na tym, żeby obszary, które mogłam zobaczyć z punktu widzenia lesbijki, stopniowo ujawniać. Dzięki temu podstępowi czytelnicy uznaliby taki punkt widzenia za równorzędny z innymi i, nie wiedząc nawet kiedy i jak, polubili go. (..)
Pisze się dużo o gejach, także, że źle się tu czują i emigrują. Dlaczego w dyskursie publicznym lesbijki są mniej widoczne niż geje?
- Bo nie szanuje się ich nawet jako przeciwnika. Lesbijki wiele robią, powstało Porozumienie Lesbijek i stworzyło Poradnię Homofobiczną, nowym ich projektem jest UFA i Fundacja Centra. Organizują warsztaty, konferencje, festiwale, współorganizują manify.
Poznański Marsz Równości, który w listopadzie 2005 roku został spałowany przez policję, zorganizowały lesbijki. Proces z radnymi miasta Poznania, którzy porównali homoseksualizm do zoofilii, wygrały lesbijki. Ale dla mediów i dla polityków lesbijka jest bytem stojącym jeszcze niżej niż kobieta. Mimo wszystko lepiej się wygląda, walcząc z gejami."
źródło: Duży Format
Pełny tekst rozmowy z Izabelą Filipiak dostępny jest w serwisie "Gazety Wyborczej":
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75480,4594511.html
Zachęcamy do lektury!