Politycy gadają co im ślina na język przyniesie
W Stanach Zjednoczonych trwa kontrowersja wokół homofobicznych wypowiedzi senatora Ricka Santorum, wysokiego funkcjonariusza partii republikańskiej i bliskiego współpracownika prezydenta George W. Busha. Poszło o toczącą się przed sądem najwyższym w Teksasie sprawę dotyczącą prawa władz stanowych do zezwolenia lub zakazania tzw. "aktów sodomii" - czyli seksu gejowskiego pomiędzy dorosłymi partnerami w prywatnych mieszkaniach. Santorum - trzeci w hierarchii partii republikańskiej - wyraził opinię, że "jeśli zezwoli się gejom na uprawianie seksu w ich czterech ścianach, to każdy będzie miał prawo do bigamii, poligamii, kazirodztwa, zdrady małżeńskiej, prawa do wszystkiego".
Tak dziwaczne i pozbawione logiki poglądy nie są rzadkością w Stanach Zjednoczonych. Nie znaczy to oczywiście, że politycy mogą bezkarnie szerzyć dyskryminację. Wpływowe organizacje gejowskie przez szereg dni starały się wydobyć od rzecznika Białego Domu oświadczenie potępiające wypowiedzi Santorum. Bez skutku. Rzecznik Ari Fleischer powtarzał, że "nie rozmawiał z prezydentem o tej sprawie". W końcu usłyszeliśmy, że "prezydent w dalszym ciągu ufa senatorowi, ponieważ dobrze wykonuje swoje obowiązki".
Bush - człowiek bardzo religijny - nigdy nie krył swego dystansu (jeśli nie awersji) do mniejszości seksualnych. Byłoby co najmniej zaskakujące, gdyby zechciał utrzeć nosa jednemu ze swych wpływowych partyjnych kolegów tylko za to że głośno powiedział to co po cichu myśli. Jednak sam fakt, że homofobia senatora Santorum wyciągnięta została na światło dzienne jest bardzo znaczący. Nie jest to dziś cecha, którą warto się chlubić.
Marek Romiszewski - Miami