To nie jest kolejna grzeczna historia o miłości. To szalona, kiczowata i bezczelnie queerowa jazda bez trzymanki, w której plastikowy pop brutalnie zderza się z brudnym punkiem.
Jest rok 2055, a naszą przewodniczką po przeszłości zostaje Steevyshady - przeżarta botoksem, nieco zapomniana gwiazdka YouTube'a. To z jej perspektywy poznajemy burzliwą historię Mimi Madamour, która w 2005 roku wygrała telewizyjny talent show i natychmiast zachłysnęła się tanią popową sławą. Na każdym kroku towarzyszy jej jednak cień z przeszłości - Billie, inna uczestniczka tego samego programu, która po odrzuceniu przez jurorów z wściekłością rzuciła się w wir undergroundowej muzyki. Zderzenie tej dwójki to gotowy przepis na katastrofę, w której komercyjny sukces miesza się z piwnicznymi koncertami, a wielka miłość płynnie przechodzi w toksyczną obsesję.
Alexis Langlois nawet nie udaje, że interesuje go grzeczne kino festiwalowe. Zamiast klasycznego, ułożonego musicalu, reżyser serwuje nam absolutną jazdę bez trzymanki, łamiąc po drodze wszelkie gatunkowe zasady. Wrzuca do jednego kotła estetykę wczesnych lat dwutysięcznych, przerysowany do granic możliwości kamp i... kino grozy. Langlois wprost przyznaje, że w sekwencjach koszmarów inspirował się swoimi nastoletnimi obsesjami: od serialu
Buffy: Postrach wampirów po krwawe absurdalności w stylu
Martwego zła. Efekt to film, który w jednej scenie każe ci nucić wpadający w ucho refren, a w kolejnej uderza cię w twarz onirycznym horrorem.
Ta wizualna brawura rodziła się jednak w bólach, a doprowadzenie projektu do końca zajęło ekipie aż sześć lat. Powód był boleśnie prozaiczny - znalezienie we Francji pieniędzy na tak bezkompromisowo queerowe kino okazało się drogą przez mękę. Langlois nie zamierzał jednak chować głowy w piasek i z premedytacją przemycił własne frustracje do scenariusza. W zmaganiach bohaterek łatwo dostrzec autobiograficzne odbicie doświadczeń reżysera, który jako queerowy twórca z klasy robotniczej latami odbijał się od drzwi konserwatywnych producentów filmowych.
Na przekór systemowi udało się zebrać ekipę, która idealnie zrozumiała ten specyficzny, zadziorny klimat. Muzyka w
Królowych dram to nie są standardowe zapychacze - do stworzenia ścieżki dźwiękowej zaproszono między innymi kultowy elektropopowy duet Yelle. Reżyser pracował z muzykami tak, jak pracuje się z aktorami na planie, opowiadając im o emocjach i dając totalną wolność. Ten sam żywioł zadecydował o obsadzie. Choć rola buntowniczej Billie była pierwotnie napisana dla siostry reżysera, na castingu pojawiła się Gio Ventura. Jej nieoczekiwana, magnetyczna chemia z Louizą Aurą wywróciła plany do góry nogami i ostatecznie ukształtowała całe serce tego szalonego filmu.