„Do ostatniej kości” to adaptacja powieści Camille DeAngelis, skupiającej się na nastoletniej dziewczynie, która musi poradzić sobie z burzliwą zmianą, zachodzącą w jej życiu. Oceniamy film nagrodzony podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Wenecji.
„Do ostatniej kości” (org. „Bones and all”) to pełnokrwista i niezwykle cielesna opowieść o wchodzeniu w dorosłość oraz walce z wewnętrznymi demonami. To także historia o radzeniu sobie z przeszłością i podejmowaniu decyzji o własnej przyszłości bez względu na to, co kierowało nami wcześniej.
Obraz rozpoczyna się w intrygujący, zaskakujący i niewinny sposób. Gdyby iść na seans, nie wiedząc absolutnie nic o fabule, czekać nas będzie nie lada niespodzianka. Reżyser Luca Guadagnino, ojciec globalnego sukcesu filmu „Tamte dni, tamte noce”, w pierwszych minutach dosadnie unaocznia, że wciąż potrafi świetnie prowadzić młodych aktorów i umiejętnie budować napięcie erotyczne między bohaterami, niezależnie od płci. Sekwencja otwierająca film pokazuje zakłopotaną i wyalienowaną dziewczynę, która zostaje zaproszona na imprezę do koleżanki. Maren (dobra Taylor Russell, nagrodzona za przełomowy debiut w Wenecji) musi wymknąć się z domu, by pójść na nocowanie. Cała sekwencja prowadzona jest niczym coming outowa opowieść o fascynacji drugim człowiekiem. Nawet, gdy Maren wkłada palec koleżanki do ust, wygląda to jak flirt i zabawa – celowa próba sprawdzenia, jak przyjaciółka zareaguje na takie przekroczenie granic. Sposób nakręcenia tego momentu sugeruje chęć większego zbliżenia, wynikającego z wzajemnej fascynacji. Kiedy więc sekundę później Maren zaciska usta i odgryza palec koleżanki, jesteśmy zszokowani. Karty zostają wyłożone na stół w brawurowy sposób. “Do ostatniej kości” to opowieść o kanibalach i skrytej naturze, z którą nie da się walczyć. Urok sekwencji otwierającej zasadza się zresztą na tym, że kanibalistyczny impuls, wynikający z głodu, przypomina impuls pobudzenia seksualnego, które za wszelką cenę próbuje się spełnić. Czy to jednak właśnie popędy rządzą zachowaniem ludzi czy może istnieje szansa na okiełznanie natury?
Maren nie pierwszy raz dopuściła się “czegoś złego”, w wyniku czego musi wraz z ojcem uciekać z miasta i stale przemieszczać się z miejsca na miejsce. Gdy w dniu 16 urodzin ojciec zostawia ją, dając do otuchy jedynie pożegnalny list i serię kaset, dziewczyna będzie musiała sama radzić sobie w świecie. Na jej drodze staną wtedy kolejne osoby, które borykają się z podobną przypadłością, choć radzą sobie z nią na zupełnie różne sposoby. Jednym z nich jest Lee – młody, przebojowy chłopak z czerwono-pamarańczowymi pasemaki we włosach, który zawróci w głowie dziewczynie. Choć teoretycznie to Maren jest główną bohaterką opowieści, to właśnie Lee w wykonaniu Timotheégo Chalameta kradnie najwięcej uwagi widza. Być może dlatego, że reżyser umiejętnie przedstawia fascynację dziewczyny, więc pokazuje go niejako jej oczami i w bardziej pozytywnych, przejaskrawionych barwach. Sama bohaterka jest bardziej wycofana i małomówna. Dopiero dzięki relacji z chłopakiem otwiera się coraz bardziej na nowe doznania.
Relacja tej dwójki to siła napędowa historii, a sposób prowadzenia opowieści oraz podobny styl myślenia i specyficzne spojrzenie na rzeczywistość, przypomina nieco “American Honey” Andrei Arnold. Podobny jest tu klimat młodzieńczej energii, odkrywania siebie podczas jazdy autem po Stanach oraz eklektyczna ścieżka dźwiękowa, umiejętnie mieszająca różnorodne gatunki dla lepszego oddania stanów emocjonalnych bohaterów. To zresztą kolejna produkcja reżysera ze świetnym soundtrackiem, a cała sekwencja w wesołym miasteczku – stylistycznie, muzycznie i tematycznie to Guadagnino w pigułce.
Sceny na karnawale to także momenty, które, zaraz po doskonałym otwarciu, utkwiły mi w głowie najbardziej. Stanowią ciekawą ilustrację queerowego podrywu i w zaskakujący sposób pokazują bliskość seksu i śmierci. Oglądamy jak Lee zagaduje uroczego pracownika jednego ze stoisk wesołego miasteczka. Wymiana zdań dwóch chłopaków jest prosta, a wszystkie intencje widoczne są w samych spojrzeniach bohaterów. Sposób kręcenia tej sceny pokazuje, jak bez słów dochodzi do wytworzenia się nici porozumienia i jak zrozumiałe są kody popędu seksualnego. Gdy chwilę później oglądamy więc, jak dochodzi do spotkania mężczyzn w polu kukurydzy, nie jesteśmy zdziwieni, że tak szybko mają się ku sobie i nie szczędzą czasu, by eksplorować swoje ciała. Sposób pokazania zbliżenia cielesnego jest niezwykle sensualny i pobudzający, a choć sekwencja kończy się tragicznie – nowy bohater jest tylko ofiarą i kolejnym posiłkiem dla Lee i Maren, nie przestaje działać na zmysły. Wspólne ucztowanie na ciele bohatera zdaje się być zresztą przedłużeniem aktu seksualnego, a instynkty i popędy – głodu i potrzeby spełnienia, płynnie się przeplatają. To zresztą kolejny świetny przykład na to, jak we współczesnym kinie seks i śmierć płynnie mieszają się ze sobą. Na myśl przychodzi podobna tematycznie sekwencja w doskonałym „W pionie” francuskiego reżysera Alaina Guiraudie’a. W tamtym filmie bohater pomagał starszemu mężczyźnie dokonać eutanazji, pomagając mu odejść z tego świata w ekstazie – uprawiając z nim seks zaraz po podaniu odpowiednich środków. W „Bones and All” bardzo znamiennym jest, że śmierć bohatera następuje zanim ten zdąży doznać spełnienia. Z tego powodu sekwencję tę można czytać także w kontekście dwóch tematów często podejmowanych przez Guadagnino – (nie)spełnienia seksualnego i tęsknoty za prawdziwą bliskością. Być może jest to daleko idąca interpretacja, ale wydaje się uzasadniona, patrząc na kontekst twórczości reżysera.
“Do ostatniej kości” staje się przez to opowieścią o walce z naturą i własnymi instynktami oraz próbą zrozumienia, czy uczucia wyższe, jak miłość, są w stanie z nimi zwyciężyć. Dzięki temu adaptacja powieści Camilli DeAngelis to film angażujący i nietypowy. Miewa wprawdzie momenty przerysowane i znajdujące się na granicy kiczu, ale równocześnie posiada momenty piękne, przemyślane i będące celną diagnozą dzisiejszych czasów. Jest tu także świetny moment z udziałem Michaela Stuhlbarga, który ogląda się niczym rewers genialnej rozmowy z ojcem z “Call Me By Your Name”. Scena ta przypadnie do gustu w szczególności fanom tamtego dzieła, gdyż Guadagnino celowo tak obsadził te postaci, by mocniej podkreślić ukryty tu przekaz. “Mam nadzieję, że miłość cię oswobodzi”.
„Do ostatniej kości” to film ciekawy, angażujący i zdecydowanie jakiś! Warto!
Ocena: 7/10
Film trafi do polskich kin już 25 listopada. Wcześniej pokazywany będzie podczas American Film Festival, który odbywa się we Wrocławiu w dniach 8-13 listopada.
Powieść „Do ostatniej kości” autorstwa Camilli DeAngelis zostanie wydana natomiast 9 listopada.
Michał Kaczoń
Środa, 01.04.2020 Chalamet i Hammer pojawią się w sequelu "Tamtych dni, tamtych nocy"
Poniedziałek, 17.01.2011 Gdzie są różowe masy?
Wtorek, 14.07.2026 "W drodze" - meksykańskie kino queerowe triumfuje od Wenecji pod Meksyk
Wtorek, 21.04.2026 "Maspalomas" - film o "powrocie do szafy" wyróżniony na 17. LGBT+ Film Festival Poland
Czwartek, 31.10.2024 Daniel Craig i Drew Starkey w zmysłowym zwiastunie „Queer” – nowego, śmiałego filmu Guadagnino