Tak się składa, że niedawno, 23 lutego, obchodziliśmy, jeśli można tak powiedzieć, Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją, pozwólcie więc, że kilka słów na ten temat, bo trzeba na ten temat mówić. Trzeba, bo depresji nie traktuje się poważnie. Poważnie traktuje się choroby jednoznacznie „biologiczne”: nowotwory czy choroby układu krążenia. Rak, zawał, udar - choroby te budzą współczucie, a depresja? Depresja budzi raczej politowanie i porady w stylu „weź się w garść”, „zacznij myśleć pozytywnie”, „nie rozczulaj się nad sobą”. Boże, ile razy ja to słyszałem. Nie macie nawet pojęcia, jakie to jest wkurzające i poniżające.
- Jacek Kochanowski -Jakiś czas temu mogliście przeczytać na Queer.pl apel Tomka Wrzoska o pomoc dla mnie. Istotnie, z powodu depresji, o czym niżej, wpadłem w poważne tarapaty finansowe, ale dzięki Waszej ofiarności powoli się podnoszę. Mogłem ogarnąć podstawowe zaległości i przede wszystkim wynająć profesjonalną kancelarię, która zajmie się restrukturyzacją mojego zadłużenia, podczas gdy ja mogę się skupić na walce o powrót do zdrowia. Dlatego chcę podziękować przede wszystkim Tomkowi za ogromne i nieocenione wsparcie, Wam wszystkim za odruchy serca wyrażające się nie tylko wpłatami, ale też dobrymi słowami, no i oczywiście redakcji Queer.pl za umieszczenie apelu.
Dziękuję Wam. Byłem naprawdę na krawędzi i zawróciłem w ostatniej chwili. A właściwie Tomek mnie zawrócił.Tak się składa, że niedawno, 23 lutego, obchodziliśmy, jeśli można tak powiedzieć,
Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją, pozwólcie więc, że kilka słów na ten temat, bo trzeba na ten temat mówić. Trzeba, bo depresji nie traktuje się poważnie. Poważnie traktuje się choroby jednoznacznie „biologiczne”: nowotwory czy choroby układu krążenia. Rak, zawał, udar - choroby te budzą współczucie, a depresja? Depresja budzi raczej politowanie i porady w stylu „weź się w garść”, „zacznij myśleć pozytywnie”, „nie rozczulaj się nad sobą”. Boże, ile razy ja to słyszałem. Nie macie nawet pojęcia, jakie to jest wkurzające i poniżające.
A objawy depresji są obezwładniające, one człowieka kompletnie wyłączają z życia. To nie jest po prostu smutek, tylko absolutna rozpacz, która przesłania wszystkie pozytywne i jasne strony życia.
Dwa tygodnie temu lekarz zapytał mnie, kiedy ostatnio czułem radość: z powodu jakiegoś sukcesu zawodowego czy jakiejś miłej sytuacji w życiu. Odpowiedziałem, co mnie samego zdumiało, że nie pamiętam. Nie pamiętam, kiedy mi było przyjemnie, miło, kiedy coś mnie cieszyło. Po habilitacji poczułem tylko ulgę, że mam to za sobą. Żadnej satysfakcji.
Depresja, co gorsze, w swoim ostrym stanie uniemożliwia wykonywanie najprostszych codziennych czynności: mycie się, sprzątanie, wyjście z domu to sklepu - to wszystko wydaje się wysiłkiem nie do pokonania. Stanisław Skarżyński, też cierpiący na depresję, tak to opisał ostatnio w „Gazecie Wyborczej”: „Masz świetną narzeczoną, fajną pracę, hajs się zgadza, ludzie wyrażają szacunek, poklepują po plecach. Na zdrowy rozum – bo przy depresji rozum najczęściej pozostaje zdrowy – powinieneś spojrzeć w lustro i zobaczyć człowieka, którym chce się być. A w lustrze widzisz szarą, niedogoloną, smutną twarz, rozczochrane włosy, zaniedbane, byle jakie ubranie, brudne buty. Podkrążone oczy, zaciśnięte usta. Obraz nędzy i rozpaczy. I tak jest ze wszystkim – pies patrzy na ciebie okrągłymi oczyma, a ty nie masz siły z nim wyjść. Jesz byle co i byle jak, bo pójście do sklepu to wysiłek nie do podjęcia. Faszerujesz się kawą, energetykami, cukrem. Fryzjer – wyprawa na inny kontynent. Wstawić pranie? Boże, litości. Rozwiesić? Niech mnie ktoś zastrzeli.” (GW 22/02/18)
Brzmi to zapewne banalnie: w końcu każdemu kiedyś czegoś się nie chciało zrobić. Ale to coś więcej, że „niechcenie”. To kompletna, przygniatająca niezdolność do działania. Jakby wam ktoś kazał zmywać mając na plecach stukilogramowy głaz. Zmobilizowanie się do umycia zębów zajmuje godzinę, o ile w ogóle udaje się wstać z łóżka. U mnie najostrzejsze epizody depresyjne, czyli ataki depresji po prostu, zawsze objawiały się niezdolnością do jedzenia. Sama myśl o jedzeniu wywoływała mdłości. Do tego najgorszy rodzaj bezsenności: budzę się po godzinie spania i koniec. Do rana stres, że znów nie śpię...
Zazwyczaj depresji towarzyszą stany lękowe. Kiedy mam gorsze dni bywa, że nie jestem w stanie wyjść z domu. Ubieram się, zakładam kurtkę i... dostaję torsji. Całe ciało i wszystkie bebechy wyginają paroksyzmy skurczu.
Mieliście kiedyś skurcz w łydce albo w udzie? Pamiętacie ten ból? To teraz wyobraźcie sobie, że tak boli całe ciało i wszystkie flaki. Kiedy już udaje mi się pozbierać z podłogi nie pozostaje nic innego, jak zadzwonić do pracy i powiedzieć, że się nie dotrze. Wyobrażacie sobie, co czułem słysząc w słuchawce: „No o takich rzeczach trzeba uprzedzać i znaleźć zastępstwo na zajęcia!”? No racja. Studenci i studentki przychodzą na skargę, że Kochanowski olewa ich i nie uprzedza o odwołaniu zajęć. No racja. Doktorantka się na mnie obraziła i przeszła do innej osoby, bo „nie stawiłem się na spotkanie z nią”, a moje odpowiedzi były „agresywne i emocjonalne” (cytaty z oficjalnego maila do władz mojego Instytutu). No racja. Pewna uczelnia prywatna wywaliła mnie z roboty, bo nie byłem w stanie na czas dostarczyć zwolnienia - po prostu pójście na pocztę było, jak pisał Skarżyński, wyprawą na inną planetę. Po jakimś czasie próbowałem nawet w sądzie walczyć o przywrócenie do pracy, ale sąd stwierdził, że moja postawa (z tym zwolnieniem) była sprzeczna z zasadami życia społecznego. No racja. Niewątpliwie depresja jest sprzeczna z zasadami życia społecznego.
Wszystko to, jak łatwo się domyślić, tylko pogłębia depresję. Miałem i mam poczucie winy wobec studentów, doktorantów, władz mojej Katedry i Instytutu. Poczucie winy leci w górę, za to poczucie własnej wartości leci w dół... Tyle by się chciało, tyle pomysłów w głowie, a tu nagle ściana, dół, koniec. I pretensje: nie przyszedł na zajęcia, miał napisać coś i nie napisał, bo leniwy, bo niesłowny, bo nieogarnięty, bo słomiany zapał... Te pełne politowania uśmieszki, „nie, nie licz na Kochanowskiego, on tylko udaje, że chce coś zrobić”. I kończą się propozycje współpracy, zaproszenia na spotkania, zaproszenia do jakiegoś działania. Wystarczy, że zawalisz raz, drugi. I po tobie. Oczywiście, że się nie dziwię: lubi się ludzi efektywnych, zawsze gotowych. A nie rozmemłanych, co jakiś czas wypadających z obiegu.
Wypadniesz raz, wypadniesz drugi... I przestajesz być partnerem do współpracy. Kochanowski jest niepoważny, nie warto. Oj, wierzcie mi, chorzy czują tę chwilę, kiedy ktoś ich skreśla. Zmienia się ton maili i rozmów. O ile w ogóle jeszcze ktoś pisze maile czy dzwoni.
Zapewne uważacie, że trzeba tłumaczyć.
Czy od chorego na raka oczekujecie, że będzie się tłumaczył, dlaczego nie jest w stanie „stawić się na spotkanie”, dlaczego nie da rady czegoś zrobić? Dlaczego zatem wymagacie tego od ludzi chorych na depresję? Po pierwsze skąd, przy tym całym osaczeniu przez ból, lęk, walkę o każdy krok i każdy gest, brać siłę na to, żeby wciąż i wciąż się tłumaczyć? Po drugie, próbowałem. To bardzo rzadko działa, po prostu. Nie wiem, może tylko ten, który przez to przejdzie, jest w stanie zrozumieć.
Najgorsze, że Skarżyński ma rację pisząc we wspomnianym artykule, że rozum jest w tym wszystkim zazwyczaj mniej lub bardziej sprawny. Chory na depresję ma świadomość, co się z nim dzieje, ma świadomość, jak na jego czasowe niemoce reaguje otoczenie, ma świadomość bycia skreślanym... I ma świadomość słuszności pretensji, bo zawiódł oczekiwania, bo znów zniknął, bo nie dotrzymał terminu.
Ale mimo wszystko ten sprawny rozum pozwala pracować, wykorzystywać te „okienka pogodowe”, jak himalaiści, żeby, jak ja na przykład napisać kolejną książkę czy artykuł. Zrobiłem doktorat w cztery lata, uzyskanie habilitacji zajęło mi kolejnych siedem lat (a trzeba się wykazać „znaczącym dorobkiem naukowym”). Ta choroba wyłącza tylko na jakiś czas, potem można wrócić do pracy, do podjętych zobowiązań, do zaplanowanych działań. Tylko czasem już nie ma do czego wracać, bo cię skreślili. Kochanowski to niepoważny facet, nie ma sensu...
Najpotworniejszym doświadczeniem jest patrzenie, jak depresja niszczy twój związek. Bo on czy ona ma dość. Czy można się dziwić?
Przepraszam za porównanie: kojarzycie zapewne Robina Williamsa? Wielki, wspaniały aktor, laureat Oskara i dwukrotnie Złotych Globów. W 2014 roku popełnił samobójstwo, a jego ostatnia żona wyznała po jego śmierci, że w ostatnich latach życia coraz bardziej zapadał się w sobie. Jednak depresja nie przeszkodziła mu w wykreowaniu wspaniałych, niepowtarzalnych ról, choćby w kanonicznym „Buntowniku z wyboru”. Rick Springfield, muzyk i aktor, pierwszą próbę samobójczą miał w wieku 17 lat. Przeżył tylko dlatego, że węzeł liny, na której się powiesił, był źle zawiązany i wyśliznął się z pętli, spadając na podłogę. W styczniu tego roku tak podsumował rok miniony: „Last year I was close to it, really close to it... when Robin Williams, Chester and those guys… I didn’t go, ‘Oh that’s terrible.’ I went, ‘I get it.’ I get being that lost and dark.” To „it” to oczywiście samobójstwo. A mimo tego ma udany związek, dwie córki i wielkie sukcesy, dostał Grammy w 1982 roku (miał wtedy zaledwie 33 lata), a niedawno zagrał z Meryl Streep w filmie Ricki and the Flash.
Tak, z depresją można żyć, choć tylko chorzy wiedzą, ile wysiłku to kosztuje. Ale potrzebne jest zrozumienie i wsparcie. I o to chciałem prosić. Zrozumcie: to poważna i ciężka, w dodatku trudna do leczenia choroba. Nie da się przewidzieć jej nawrotu, nie da się przewidzieć jakim somatycznym symptomem się objawi. Wspierajcie: nie skreślajcie ludzi żyjących z depresją tylko dlatego, że czasem znikają, zapadają się w sobie, tygodniami kulą się w łóżku. Wrócą, a energia skumulowana w wymuszonym okresie bezczynności pozwoli im w czasie „okienka pogodowego” zrobić naprawdę wielkie i wspaniałe rzeczy. Podobno w Norwegii minister chorujący na depresję wziął zwolnienie na kilka tygodni, podleczył się i wrócił do pracy. Nikt go nie skreślił, nie zastąpił kimś wydajniejszym...
W sumie to chciałem przede wszystkim napisać: nie skreślajcie nas, walczących z „siłami ciemności”. Nasza wyostrzona cierpieniem wrażliwość, nasza wiedza i umiejętności, których przecież depresja nie niszczy, nasz zapał do nadrabiania tych okropnych bezczynności - to wszystko może wam się przydać. Zapewne akceptowani i wspierani będziemy mieć więcej „okienek pogodowych” i może więcej z nas zawróci znad krawędzi...
I jeszcze jedno - leki psychotropowe zazwyczaj powodują gwałtowny przyrost masy ciała. Jeśli ktoś nagle zacznie pojawiać się i znikać, a jednocześnie pojawią się gwałtowne wahania jego wagi - nie oceniajcie. Wspierajcie. Po prostu.
Ciało jako przestrzeń społeczna. Marginesy badań gender i queer
W nawiązaniu do dzieł sztuki prezentowanych w Muzeum Sztuki Nowoczesnej dr Jacek Kochanowski przedstawia punkt przecięcia współczesnej sztuki krytycznej i zaangażowanej humanistyki, którym jest ujawnienie społecznych mechanizmów wytwarzania ciała, płci i seksualności.
“Iluzja autonomicznej intymności i „prywatności” zostanie podważone poprzez ujawnienie technik dyscyplinowania ciała i przetwarzania go w uległą maszynę produkcji/reprodukcji/konsumpcji. Techniki te stają się widoczne szczególnie na powierzchni ciał nieposłusznych, w wydarzeniu ciała „eks-centrycznego”, czyli wykraczającego poza krąg tego, co konwencjonalne, „normalne”, oczekiwane, a zatem m.in. w ciele osób płciowo i seksualnie nienormatywnych.”
Nie spotkałam się jeszcze z negatywnymi opiniami na Pana temat w Instytucie, nawet kilka osób polecało mi przeniesienie się do Pana na seminarium magisterskie, nad czym poważnie zaczynam się zastanawiać. Po zajęciach z postkolonializmu mogę powiedzieć tylko jedno - jestem oczarowana sposobem, w jaki prowadzi Pan wykłady. Mam nadzieję, że jeśli nie na seminarium, to może uda mi się zapisać na inne zajęcia u Pana. :)
Trzymam kciuki!
Bardziej mnie jednak interesuje jak wyglądało to wszystko zanim zaczęło się opuszczanie zajęć, spotkań itd. Czy miał Pan takie symptomy w mikro skali, czy po prostu pewnego dnia wszystko przestało być hmm "ważne"?