Prezentujemy tekst PP, który w naszym konkursie QUEERTY otrzymał II nagrodę.
Dlatego chciałbym, żeby nikt nie widział jak idziemy razem. On tego nie rozumie: “Jaki masz problem?” - pyta.
Problemem jest to, że okoliczny gang ma w zwyczaju parkować malucha przy przystanku PKS i urządzać w nim libacje. On tego nie rozumie - ale szczerze mówiąc - ja też nie. Ludzie siadają w samochodzie, puszczają muzykę bardzo głośno, palą i piją w środku, patrzą. Wszyscy w pikowanych kurtkach, dresach, ogoleni na wyspę.
“Jaki masz problem?” - pyta, a ja mówię, że moja rodzina jeszcze nie wie. Jakże miałaby wiedzieć, skoro to prawicowa, katolicka, patriarchalna rodzina? Elektorat prawicy na wsi zawsze jest większy, a moi bliscy nie są wyjątkiem. “Powiemy, że jestem twoim kolegą”. Ale twoi rodzice wiedzą o nas - odpowiadam. No cóż, zwykła niesprawiedliwość losu. Tak musi być już chyba na zawsze - postanawiamy udawać, że jest moim kolegą.
Przychodzi długo oczekiwany dzień, wysiadamy na przystanku. Wiata jest stara, zakurzona, zbudowana z cegieł i spróchniałych desek, czarna od napisów na ścianach. Znajduje się przy asfaltowej jezdni w środku lasu - trzeba przejść przecinką do mojej wsi.
Nie ma zaparkowanego malucha - nikt nie widzi. Idziemy.
W domu mój chłopak jest bardzo miły dla moich rodziców. Wręcza im czekoladki, oni są zachwyceni. Potem, gdy pójdzie, zapytają: “Chyba dobrze się dogadujesz z tym kolegą?”, a ja odpowiem, że tak, dobrze. Nie wiedzą, że to szczere zakochanie.
Bardzo miło spędziliśmy czas, pora wracać. Jest późny wieczór, nigdzie żywej duszy. Przez las idziemy więc za ręce. Wreszcie możemy się poczuć jak para! Jest nawet romantycznie, dopóki nie okazuje się, że za nami, niczym cień, idzie jeden z miejscowych dresiarzy, syn mojego sąsiada.
Szybko chowamy ręce do kieszeni, idziemy do przystanku w ciszy. Nic się nie stało. Tu nie chodzi o to, że coś się może stać. Homofobia na wsi jest inna niż w wielkim mieście, bazuje na wiedzy. W mieście można się pokazać - przecież ja też jestem już jawny w miejscach, gdzie się uczę, gdzie chodzę na imprezy, a nawet na warszawskiej ulicy. Ale tam nic mi nie grozi: nawet jeśli zobaczy mnie jakiś homofob, to zaraz zniknie za rogiem i obaj o sobie zapomnimy. A tutaj nie ma anonimowości, tutaj jeśli zobaczył mnie syn sąsiada, jak idę z chłopakiem za rękę, to wiedzą wszyscy.
“Jaki masz problem?” - zada pytanie mój chłopak i każda wyoutowana osoba nienormatywna - “Dlaczego przejmujesz się tym, co ludzie o tobie myślą?”. To jest dobre pytanie, idealne na wielkie miasto. Ale na wsi to nie działa. Tutaj nie ma coming outu, to nie jest kwestia mojej własnej samoakceptacji, ani tego co ludzie będą mówić za moimi plecami. To jest kwestia gangu, który urządza libacje przy drodze, ciemnego lasu bez żywej duszy i bycia samotnym, zupełnie odosobnionym.
Jeśli homofobia to przemoc, to niech wolno mi będzie porównać ją do wojny. Są różne rodzaje wojen. Mamy wojny błyskawiczne, gdy ktoś krzyknie coś za mną na praskiej ulicy; wojny pozycyjne, gdy narodowa kontrmanifestacja czeka na Paradę Równości przy Starym Mieście; święte wojny, gdy próbują przemówić do mnie ortodoksyjni teiści; wewnątrzśrodowiskowe wojny domowe. A na wsi panuje zimna wojna - bez spektakularnych incydentów, ale za to ze świadomością ciągłej obserwacji i nieanonimowości.
Nieprawdą byłoby jednak stwierdzenie, że żyję w ciągłym napięciu. Wszak nawet nie rozmawiam z żadnym z sąsiadów. Znacznie trafniej byłoby powiedzieć, że żyję w obietnicy spokoju i nietykalności, dopóki nie jestem sobą. I tak właśnie chłopaka do domu należy przemycić, podobnie jak flagę na Paradę należy zawieźć w czarnym pokrowcu, a najlepiej zdjąć z drzewca i zawieźć w torbie, przypinki trzeba odpinać, a tęczową bransoletkę chować pod rękaw.
Dotarliśmy z powrotem do Warszawy, a on już nigdy nie przyjechał do mnie ponownie. Ja też miałem wkrótce przestać do niego przychodzić. Lecz mimo, iż nasza młodzieńcza miłość przeminęła, to wiedza o mojej orientacji wciąż krąży gdzieś ponad moją kontrolą, gdzieś między drzewami wzdłuż przecinki, za starą ceglaną wiatą przystankową i w zadymionym od papierosów wnętrzu gangsterskiego malucha. I nie wiem czy traktować jako amnestię czy jako przestrogę fakt, że rodzina z dwóch klasycznych pytań: “Jak nauka?” i “Czy masz już kogoś na oku?”, pyta już tylko o naukę...
---
PP - urodzony pod koniec XX wieku student psychologii i filozofii, pasjonat gór i muzyki symfonicznej, pacyfista, gej. Nieustannie obserwuje, analizuje i opisuje ludzi i społeczeństwo, lecz - wbrew przykrym wnioskom -uważa się za człowieka szczęśliwego. Pisarz-amator, wielbiciel kultury Kraju Kwitnącej Wiśni, w wolnych chwilach wykonuje tradycyjny taniec japoński.
Przeczytaj też: "Miasto homogenizowane"
Czwartek, 16.11.2017 Miasto homogenizowane
Środa, 13.12.2017 Rozwód dla niebieskich oczu
Środa, 29.11.2017 Motyle, chrabąszcze, ważki
Wtorek, 14.05.2019 Parada Równości po raz pierwszy z patronatem prezydenta miasta!
Czwartek, 05.04.2018 InstaLESki