Skromny, ogromnie sympatyczny, ale przede wszystkim - utalentowany: już w listopadzie John Grant ponownie odwiedzi nasz kraj, by promować swój ostatni album "Grey Tickles, Black Pressure".
Są tacy artyści, którzy chociaż nie są bardzo w mainstreamie znani - o ich kolejnych płytach piszą największe gazety i magazyny. Tak było i w przypadku "Grey Tickles, Black Pressure" Johna Granta, która zebrała świetne recenzje. To jego trzecia solowa płyta - wcześniej amerykański muzyk grał z zespołem The Czars. Muzyka Granta to mieszanina melancholijnych dźwięków, pianina i elektroniki, osobistych, czasem do bólu tekstów i pięknego, ciepłego wokalu.
Grant nie ukrywa tego, że jest gejem – żyjącym z HIV, co ujawnił w 2012 roku, od tego momentu śpiewa i mówi otwarcie o swoim życiu - a nie było ono usłane różami. Alkohol, narkotyki, dużo seksu i samotności. Muzyk, który mówi w kilku językach mieszka obecnie na Islandii, która, jak sam mówi, "go uratowała" i "gdzie czuję się bezpieczny". Chętnie wypowiada się na tematy związane z LGBT i - co równie ważne - grał u i z najlepszymi (m.in. Eltonem Johnem).
Z Johnem rozmawiałam kilka tygodni temu przez telefon - co chwilę zerkałam na zegarek, ubolewając, że tak mało czasu mieliśmy - w końcu czekały kolejne wywiady. Grant jest niezwykle miłym i otwartym człowiekiem, cierpliwie odpowiadał na pytania, dopytywał się mnie o Polskę - ba, wręcz do rozmowy się przygotował! Ja po raz pierwszy usłyszałam Amerykanina kilka lata temu, podczas OFF Festivalu - zakochałam się od razu, a płyta "Pale Green Ghost" (przy której współpracował m.in. z Biggim Veirą z islandzkiego zespołu Gus Gus) zaczęła towarzyszyć mi dość często.
Bardzo jestem ciekawa jak wypadnie muzyka Granta w klimacie bardziej klubowym, nie mogłam więc nie zapytać, gdzie on lepiej się czuje na scenie. "To zupełnie różne energie, ale z pewnością koncerty w klubach są bardziej... intymne? Ma się lepszy kontakt z publicznością, zupełnie inaczej się po nich czuję. Tak, wolę te intymniejsze koncerty, chociaż to właśnie po nich jestem bardziej wyczerpany, potrzebuję odpocząć" - mówi.
John przyznał, że nie zna się na współczesnej polskiej muzyce, ale ostatnio jest absolutnie zafascynowany Krzysztofem Komedą, zwłaszcza płytą "Cul-De-Sac". Lata 60. i 70. w polskiej kulturze wracały w naszej rozmowie, zwłaszcza w kontekście polskiej szkoły plakatu, którą Grant bardzo lubi. Wracały też Katowice: "Pamiętam, że byłem zachwycony Katowicami, zwłaszcza budynkami, są przepiękne" - podkreśla muzyk.
Grant, o czym nie każdy wie, mówi kilkoma językami.
Czy próbował się uczyć polskiego? "Tak, ale nie będę ukrywał, że jest dużo trudniejszy niż rosyjski, którego bardzo długo się uczyłem". Dzień dobry i dziękuję było jednak w jego wykonaniu perfekcyjne.
Od języka rosyjskiego przeszliśmy do przenikania się polityki i sztuki: jak ocenia popularne ostatnio w USA bojkoty stanów z homofobicznymi ustawami? Czy sprawdza jaka jest sytuacja ludzi LGBT w krajach, do których przyjeżdża na koncerty? "Dobre pytanie, nie zastanawiałem się nad tym, ale przyznam, że o tym nie myślę. Gdy długo uczyłem się języka rosyjskiego i potem dowiedziałem się o tym, co tam się dzieje, byłem na siebie wkurzony - kurde, niepotrzebnie traciłem czas na ten język! Z drugiej strony nie chodzi o budowanie muru wokół siebie, ale o przekraczanie go" - mówi Grant i dodaje: "Najważniejsze to być sobą i żyć w zgodzie ze sobą. Co do na przykład Rosji: uważam, że trzeba być w takich miejscach, tam są ludzie, którzy przecież tam egzystują, żyją, trzeba być też dla nich". Czy to, że jest ujawniony jest dla niego też w jakiś sposób politycznym aktem? "Wszystko co robimy jest politycznym aktem" - mówi Grant.
Koncert Johna Granta już
06.11.2016 roku w warszawskiej Proximie (godz. 20.00). Więcej informacji o koncercie i biletach
na stronie organizatora koncertu.Wydarzenie odbędzie się pod naszym patronatem.
Jeśli "krzywdzisz" ludzi poprzez bycie gejem, to coś jest nie tak z nimi, a nie z Tobą.