W kinach od 11 grudnia
Film, którego trudno szukać w głównym nurcie produkcji wprost z USA. Film intensywny, kolorowy, niepoprawnie zabawny, co więcej w całości nakręcony iPhonami, stąd też nasycony barwami obraz mocno kontrastuje z tematyką produkcji i miejscem akcji. Mowa o "Mandarynce" Seana Bakera, która właśnie wchodzi na ekrany naszych kin.
- Kuba Wojtaszczyk -
"Mandarynka" mogłaby być dokumentem o jednym dniu z życia transseksualistek z dzielnicy czerwonych latarni, gdzieś w zapomnianej części Hollywoodu, skąd też pochodzą naturszczycy, grający główne bohaterki. Oto Sin-Dee Rella (dobra Kitana Kiki Rodriguez) po dwudziestu ośmiu dniach wychodzi z więzienia, by dowiedzieć się, że jej alfons i facet w jednej osobie (James Ransone) zdradził ją z dziewczyną o imieniu Dinah (Mickey O'Hagan). Akcja rozgrywa się w wigilię Bożego Narodzenia, jednak Sin-Dee nie ma zamiaru świętować, jest żądna zemsty. Dlatego też w poszukiwaniu Dinah przemierza zapuszczone i szemrane uliczki, a towarzyszy jej najlepsza przyjaciółka Alexandra (fantastyczna Mya Taylor). Przemarszowi bohaterek towarzyszą muzyczne beaty, do których takt wybijany jest przez odgłosy obcasów, sugerujących zaanektowanie ulicy przez Sin-Dee i Alexandrę. One tu rządzą – ulica to jest ich dom i miejsce pracy; znają tu każdy kąt i wiedzą do kogo się zwrócić o przysługę lub pomoc, co więcej nawet policjanci starają się przymykać oko na wyczyny dziewczyn, tym bardziej w święta.
Kolejnym, jakby równoprawnym bohaterem, są dialogi, pełne wulgaryzmów i infantylnego podejścia do życia, teksty żywe, zabawne, bardzo często zachwycające, przybrane pierwszej klasy one-linerami. Razem z warstwą wizualną wybuchają jak fajerwerki, od czasu do czasu starając się zasnuć mielizny fabularne. Rozumiem, że reżyser chciał niejako stworzyć pean ku czci wyklętych i niepasujących do hollywoodzkiego blichtru, drogich aut, rezydencji, czerwonych dywanów etc. Jednak wątek armeńskiego taksówkarza nijak ma się do akcji filmu, zdaje się być zwyczajnie doklejonym, wręcz zbędnym. Mężczyzna wpisuje się w konwencję "Mandarynki" tylko raz, gdy zachwyca się urodą nowej na ulicy prostytutki, by po odkryciu, że ta nie posiada penisa, wyrzucić ją z samochodu przy szczerym złorzeczeniu. Odważna i świetna scena, jednak nie na tyle, by z taksówkarza uczynić drugoplanowego bohatera.
Zaproponowane przez Bakera tempo, początkowo tak teledyskowo ożywcze, w pewnym momencie zaczyna nużyć; utrzymaniu pełnego zainteresowania widza nie pomaga też nieco banalny scenariusz, z którego niewiadomych reżyser wyprztykuje się za wcześnie. Bowiem "Mandarynka" to film o pragnieniu odzyskania godności w upadłym świecie; godności, którą dosłownie należy wyrwać z ramion innych osób, które, w czasie naszej nieobecności, tak chętnie ją skonfiskowały. Jednak jaki świat, takie poczucie własnej wartości – stąd też, mimo komizmu scenariuszowego, przedstawione w "Mandarynce" życie podszyte jest głównie smutkiem i goryczą. Stąd już blisko do uderzenia w patetyczne tony, lecz, mimo ich bliskości, Bakerowi udaje się tego uniknąć. Przykładem może być sceniczny występ Alexandry, za który sama musiała sobie zapłacić. Bohaterka śpiewa o krainie zabawy, gdzie żyje chłopak i dziewczyna. Trudno nie odczytać piosenki jako bolesnej opowieści o życiu transseksualistów, których nie tylko mało kto rozumie, a głównie mało kogo obchodzi ich los (co unaocznia właściwie pusta sala). Jednak Sin-Dee woli zażywać narkotyki, niż słuchać przyjaciółki, co stanowi kontrapunkt do, skądinąd, bardzo ważnego tekstu piosenki.
"Mandarynka" wypada ciekawie, gdy spojrzymy na film jako rewers "Przed wschodem słońca" Richarda Linklatera. Tam również dwie osoby szlajały się po mieście, rozmawiały, kontemplowały wolność i młodość. Jednak różnice są aż nazbyt widoczne: u Linklatera bohaterami byli biali, inteligentni, zamożni, heteroseksualni obywatele świata, którzy spacerują po przepięknym Wiedniu. Z kolei u Bakera dwie wulgarne, czarnoskóre transseksualistki szturmują pełną tandety, ruderowatą dzielnicę, która jest jakby wstydliwą naroślą wypacykowanego Hollywood z pierwszych stron gazet. Dlatego też Bakerowi należą się duże brawa za skorzystanie z, bądź co bądź, ogranej konwencji i włożenie jej w nowe, niechciane ramy.
Podsumowując "Mandarynka" to film ważny. Nieczęsto dostajemy produkcję LGBTQ, która nie jest nastawiona głównie na bycie feel-good (ile można?!). Nic więc dziwnego, że obraz Bakera zachwycił uczestników festiwalu Sundance, a "Indiewire" umieścił go wśród trzynastu najważniejszych filmów LGBT powstałych po "Tajemnicy Brokeback Mountain". "Mandarynka" dotyka istotnych elementów, nie tylko amerykańskiej kultury, z którą obcujemy na co dzień. Baker wyciąga z odmętów ludzi "niepotrzebnych", opuszczonych, tych, na których widok rodzice zasłaniają dzieciom oczy. To ważne, by patrzeć, by się tymi osobami zainteresować, bo oni w ogóle się od nas nie różnią.
"Mandarynka", reż. Sean Baker, prod. USA, premiera: 11 grudnia
niestety na plus filmu moge podac tylko swietnie zagrane role przedstawionych bohaterow
scenariusz niedorobiony - watek, swietnie zapowiadajacy sie na poczatku, okazal sie jednak plytki i wlasciwie bezwartosciowy.
Mimo, ciekawych glownych postaci, obawiam sie, ze sporo ogladajacych nie dotrwa do konca i wlasciwie nie wiem czy warto dotrwania to tego konca przekonywac - ale chyba jednak warto