Nie będę ani za grosz oryginalny. Zapytany o wydarzenie, które zaważy w mojej głowie na obrazie, jaki pozostawi po sobie dobiegający końca rok 2007, powiem krótko: "Berek". Oto na naszych oczach za pomocą jednego czytadła dokonuje się medialnie i społecznie coś w rodzaju atłasowej rewolucji.
- Marcin Pietras -
Nie będę ani za grosz oryginalny. Zapytany o wydarzenie, które zaważy w mojej głowie na obrazie, jaki pozostawi po sobie dobiegający końca rok 2007, powiem krótko: "Berek". Nie w kontekście artystycznym, do którego wobec opinii tak znamienitych przedmówców-recenzentów jak Warkocki, Halama,Krzeszowiec czy Kochanowski nie będę się w tym miejscu odnosił. Dość powiedzieć, że ta - z założenia i realizacji - rozrywkowa literatura wzbudziła w środowisku całą gamę emocji i (co ważniejsze) refleksji, co samo w sobie nadaje jej rangi wydarzenia. Żadna z innych, licznych przecież ostatnio publikacji, nie sprowokowała tak ożywionej dyskusji.
Tymczasem kwestia jest dużo poważniejsza, bo i sprawa głębsza, niż popartowe wyklejki na okładkach: oto na naszych oczach za pomocą jednego czytadła dokonuje się medialnie i społecznie coś w rodzaju atłasowej rewolucji.
Doczekaliśmy pierwszej polskiej pary homoseksualnych celebrytów. Rzecz nie do przecenienia, bo w skali globalnej też wcale nie ma ich tak wiele. Mamy już nie tylko swojego dandysowatego Ruperta Everetta w osobie Jacka Poniedziałka czy innego Piroga, ale także - powiedzmy - Eltona Johna czy George'a Michaela, z których każdy, podobnie jak pan Tomasz, pochwalić się może młodszą i wieloletnią połówką. Nie wzruszajmy ramionami: jaka monarchia, taka skala. Mowa przecież o wieloletnim dyrektorze telewizji publicznej, legendzie szklanego ekranu, uznanym autorytecie krytycznym,lubianym autorze, który z właściwą sobie elegancją powiedział po prostu:tak, to prawda.
Co ważniejsze: Raczek i Szczygielski niosą jako oficjalna para pozytywne przesłanie. Dla wszystkich. Że od lat razem, że szczęśliwi, że prawda wyzwala, że świat jest piękny, a ludzie wspaniali. O dziwo, stosownie do takich deklaracji zostali potraktowani. Z ciekawością, ale bez sztafażu taniej sensacji (może poza inauguracyjną stroną w SE, ale czego innego oczekiwać po tabloidzie?). Prawda, są teraz wszędzie, ale też występują na swoich warunkach, cały czas opowiadając rzeczowo i na temat. Że ciągle to samo? Też dobrze, o ile sensowną myśl przeczyta kolejne kilkaset tysięcy czytelników. Pewne rzeczy powtarzać należy bez końca.
Całość zyskuje dobrze rozegraną oprawę marketingową, pomyślaną zgodnie z dewizą 'dla każdego coś miłego'. Mainstreamowa prasa i telewizja skupiają się na wątku comingoutowym, ścigając salonowych gejów na czerwonych dywanach i w domowym zaciszu. Jak podkreślają sami zainteresowani, obyło się bez wołania do nieba o pomstę na sodomię i gomorię. Żadnych bojkotów, ataków,apeli, bojówek skinów. Wręcz przeciwnie: Raczek i Szczygielski stają się powoli dyżurnymi autorytetami na każdy niemal temat. Tylko patrzeć, jak zagoszczą w telewizji na stałe.
Gejowskie media z kolei, dla których samo wyjście z szafy nie mogło być takim znów zaskoczeniem, skrupulatnie odnotowują to wszystko, publikują regularnie podsuwane newsy okraszone nieosłoniętymi wdziękami uroczego literata, nie stroniąc jednakże od poważnych rozważań nad zastaną w książce rzeczywistością, ba! wciąż od nowa odkrywając w niej kolejne dna.Bohaterowie zamieszania znacznie im to ułatwiają, dokumentując przebieg medialnych wydarzeń na dedykowanej stronie internetowej, teoretycznie firmującej wydawnictwo literackie.
Rzecz jasna można się zżymać, że to wszystko chwyt pod publiczkę, obliczony jedynie na podbicie sprzedaży lepszo-gorszej książki. Zapytam krótko: i co z tego? Jeśli nawet to prawda, za skutki uboczne tego posunięcia długo jeszcze przyjdzie nam dziękować. Dwaj panowie nie tylko wstrzelili się w odpowiedni czas, ale także obrali ożywczą, niekonfrontacyjną metodę wstawiania stopy w uchylone drzwi, co widać wyraźnie w zestawieniu z odzewem na politykujące pomysły legalizacji związków i publikacje pokroju "Tęczowego elementarza".Tamte działania to wciąż jeszcze 'propaganda', 'prowokacje' i nierzeczywiste rojenia. Na tym tle dobroduszne oblicze Raczka i młodzieńcza bezpretensjonalność Szczygielskiego wydają się niemal niewinne, a przecież przemycają do świadomości odbiorców dokładnie takie samo przesłanie, tyle że w formie oswojonej.
Inaczej rzecz ujmując: czego nie wymuszą pedalskie bojówki i sejmowe przepychanki, ureguluje zapewne wszechobecna ręka rynku i mediów, tak w kwestii edukacji społecznej, jak i podniesienia środowiskowej świadomości.Rachunek ekonomiczny już za chwilę wymusi na wszystkich stronach i aktorach przedstawienia ciąg dalszy. Raz rzuconych słów cofnąć się nie da i wydaje się, że na tę ewentualność autorzy inscenizacji starannie się przygotowali.Przychylność dla jawnie branżowych inicjatyw, zapowiedź wydania kolejnych branżowych, komercyjno-rozrywkowych tytułów (ze wsparciem rzeczonego"Elementarza" włącznie), to zapewne dopiero przygrywka, zwłaszcza teraz, gdy"Berek" wylądował już na półkach z bestsellerami.
W tym samym czasie znalazł się wydawca, który zainaugurował tęczową serię DVD, za chwilę przyjdą kolejni. Pieniądz rodzi pieniądz, a ten przyciąga następny. I być może za chwilę okaże się, że nawet ludzie i firmy, które dotąd nie interesowały się potrzebami polskich gejów, mizdrzyły się do nich nieledwie na imprezach zamkniętych lub jawnie deprecjonowały, nagle dostrzegą, że warto. To zainteresowanie przełoży się z kolei na wykształcenie świadomej, odpornej na ideologię i stroniącej od polityki grupy homokonsumenckiej, z którą będzie trzeba zacząć się liczyć, nie tylko w wymiarze handlowo-marketingowym. Jeśli nie da się inaczej, niech normalność zostanie wymuszona przez ekonomię. Oczywiście, to nie jedyna droga, ale przykład gospodarek zachodnich pokazuje, że jedna z najefektywniejszych. Sprawdzianem jej skuteczności stanie się niewątpliwie warszawska Europride 2010.
Tomasz Raczek i Marcin Szczygielski już to zrozumieli. I chcą czy nie, stają się poniekąd ambasadorami tej idei. I całe szczęście, że właśnie oni.
Ładne opisy nie zastąpią treści ani akcji, to nie "Nad Niemnem" gdzie autorka mogła sobie pozwolić zastąpienie sensu opisami linii brzegowej.
na pięć możliwych gwiazdek z zgadzam się na danie trzech, czwarta za piękny uśmiech autora.
Wiele wyjaśnia, chociaż ja osobiście nie znajduję się jednak z konwencją 'promujmy i kupujmy wszystko, co gejowskie, niezależnie od poziomu'. Choć zgodzę się też (acz niechętnie) że na chwilę obecną to podejście wielce konstruktywne.
Jako jeden z trybików (tak się czuję) tego Raczko-Szczygielskiego boomu, pozwolę się podpisać pod tekstem Marcina.
Żadna inna książka (poza Lubiewem – ale to arcydzieło) nie była chyba tak obecna w tęczowych mediach jak właśnie Berek. Niektóre recenzje były bardzo entuzjastyczne (w tym moja). Bądźmy jednak szczerzy: recenzje te opisywały Berka trochę lepiej niż na to książka ta zasługuje. I jako autor takiego panegiryku przyznam, że to zamysł całkowicie świadomy. Uzasadnienie:
1. Nie jestem recenzentem Nowych Książek czy czegoś podobnego. Świadomie więc trochę rezygnuję z obiektywizmu na rzecz promocji. Tak było nie tylko z Berkiem, ale też np. z Autobiografią Szymona Niemca. Jestem przekonany, że rolą tęczowych mediów jest dzisiaj właśnie promowanie naszej literatury. Nikt (w tym garstka autorów) nie będzie poważnie traktował tematyki LGBT w literaturze, a co za tym idzie - pisał takich książek, jeśli nie będziemy takich pozycji kupować i czytać. Dlatego z założenia piszę o książkach w taki sposób, aby zachęcać do ich lektury.
2. Drugim usprawiedliwieniem jest to, co napisał Marcin, ale napiszę to własnymi słowami. Doskonale wiem i zdaję sobie z tego sprawę od pierwszej chwili, gdy o Berku usłyszałem, że jesteśmy (my – media gejowskie) instrumentalnie wykorzystywani do podkręcania atmosfery wokół powieści Szczygielskiego – nie chodzi tylko o łatwość dotarcia do obu panów, ale przede wszystkim o te wabiki w postaci tapet z gołym autorem, telewizyjne wywiady dostępne w sieci, strona internetowa itd. Wiadomo, że każdy gejowski portal poleci na to i będzie o tym wszystkim informował. I doskonale wiem też, że Raczek ze Szczygielskim zarobią na tym sporo kasy. Ale nie kolą mnie w oczy te pieniądze z jednego względu – my (a więc i ja) zyskujemy coś znacznie cenniejszego dzięki temu outingowi.
Raczek ma bowiem niezwykle silną pozycję – to nie jest jakiś Piróg, który z imienia i nazwiska zaistniał w szerszej świadomości widzów trzy miesiące temu czy nawet Poniedziałek znany szerzej od ok. trzech lat. Partner Szczygielskiego w mediach gości od bardzo wielu lat i wzbudza chyba wyłącznie pozytywne uczucia u widzów. To facet z klasą i dorobkiem a nie medialna wydmuszka! Ujawnienie się takiej postaci to dla nas skarb znacznie większy niż wszystkie parady i marsze równości.
Jest to zatem transakcja wiązana: my pomagamy im nakręcać sprzedaż i zyski ale w zamian środowisko może grzać się w korzyściach płynących z ich outingu.
Tak, Raczek i Szczygielski stają się ambasadorami idei emancypacji. I całe szczęście, że właśnie oni.
Żadna inna książka (poza „Lubiewem” – ale to arcydzieło) nie była chyba tak obecna w tęczowych mediach jak właśnie „Berek”. Niektóre recenzje były bardzo entuzjastyczne (w tym moja). Bądźmy jednak szczerzy: recenzje te opisywały „Berka” trochę lepiej niż na to książka ta zasługuje. I jako autor takiego „panegiryku” przyznam, że to zamysł całkowicie świadomy. Uzasadnienie:
1. Nie jestem recenzentem „Nowych Książek” czy czegoś podobnego. Świadomie więc trochę rezygnuję z „obiektywizmu” na rzecz „promocji”. Tak było nie tylko z „Berkiem”, ale też np. z „Autobiografią” Szymona Niemca. Jestem przekonany, że rolą tęczowych mediów jest dzisiaj właśnie promowanie „naszej” literatury. Nikt (w tym garstka autorów) nie będzie poważnie traktował tematyki LGBT w literaturze, a co za tym idzie - pisał takich książek, jeśli nie będziemy takich pozycji kupować i czytać. Dlatego z założenia piszę o książkach w taki sposób, aby zachęcać do ich lektury.
2. Drugim usprawiedliwieniem jest to, co napisał Marcin, ale napiszę to własnymi słowami. Doskonale wiem i zdaję sobie z tego sprawę od pierwszej chwili, gdy o „Berku” usłyszałem, że jesteśmy (my – media gejowskie) instrumentalnie wykorzystywani do podkręcania atmosfery wokół powieści Szczygielskiego – nie chodzi tylko o łatwość dotarcia do obu panów, ale przede wszystkim o te wabiki w postaci tapet z gołym autorem, telewizyjne wywiady dostępne w sieci, strona internetowa itd. Wiadomo, że każdy gejowski portal poleci na to i będzie o tym wszystkim informował. I doskonale wiem też, że Raczek ze Szczygielskim zarobią na tym sporo kasy. Ale nie kolą mnie w oczy te pieniądze z jednego względu – my (a więc i ja) zyskujemy coś znacznie cenniejszego dzięki temu outingowi.
Raczek ma bowiem niezwykle silną pozycję – to nie jest jakiś Piróg, który z imienia i nazwiska zaistniał w szerszej świadomości widzów trzy miesiące temu czy nawet Poniedziałek znany szerzej od ok. trzech lat. Partner Szczygielskiego w mediach gości od bardzo wielu lat i wzbudza chyba wyłącznie pozytywne uczucia u widzów. To facet z klasą i dorobkiem a nie medialna wydmuszka! Ujawnienie się takiej postaci to dla nas skarb znacznie większy niż wszystkie parady i marsze równości.
Jest to zatem transakcja wiązana: my pomagamy im nakręcać sprzedaż i zyski ale w zamian środowisko może grzać się w korzyściach płynących z ich outingu.
Tak, Raczek i Szczygielski stają się ambasadorami idei emancypacji. I całe szczęście, że właśnie oni.