Strona główna Aktualności Społeczność
Profile Grupy Przewodnik Wydarzenia Wsparcie
Ogłoszenia
Towarzyskie Pokoje i mieszkania Praca Ogłoszenia drobne Edukacja Pozostałe Dodaj
Queeroteka
Książki Filmy i seriale Quizy Patronat Queer.pl
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Kontakt Reklama Regulamin
Queer.pl Portal osób LGBT+
Menu
Logowanie Rejestracja
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Czwartek, 20.10.2016, Aktualizacja: Środa, 01.04.2026

Gejów i intelektualistów łączy doświadczenie bycia w mniejszości

Podziel się Tweetnij Skomentuj (4)
Podziel się Tweetnij Skomentuj (4)

Rozmowa z dr. Piotrem Sobolczykiem

„Literatura gejowska o dekady wyprzedziła społeczną i medialną demaskację istotnego problemu społecznego, tj. homoseksualności wśród kleru...” – rozmowa Tomasza Charnasa z Piotrem Sobolczykiem, autorem odważnej książki „Queerowe subwersje” – o losach i odczytaniach polskiej literatury: zagayonej od dekad, a obecnie coraz śmielej kłirowanej.

Tomasz Charnas: Pamiętasz swój debiut krytycznoliteracki? Czym zaistniałeś w branży?
Piotr Sobolczyk: Zaczynałem jako recenzent w legendarnym gejowskim piśmie „Inaczej”... Recenzją z Alana Hollingursta. Gdzieś od trzeciego-czwartego roku studiów pisałem recenzje z poezji polskiej, a chwilę później zacząłem omawiać nowości z literatury hiszpańskiej. Po zrecenzowaniu „Lubiewa” coraz śmielej pisałem o prozie w ogóle, w tym o gejowskiej.

Przenikają się role, w których występujesz – aż człowiek przestaje być pewny swoich wyobrażeń o tobie. Bo jesteś teoretykiem i badaczem literatury, wykładowcą, ale i aktywnym od lat prozaikiem, poetą, krytykiem, tłumaczem. Mocno pochłonął cię teatr – pisałeś własne sztuki, reżyserowałeś spektakle według innych. W których działaniach przede wszystkim się spełniasz, albo szczególnie dobrze bawisz? Bo od kłirowania i kampingu wcale nie stronisz.
Mnie jest dobrze w każdej roli. Lubię, żeby się one przeplatały, nakładały i żeby było dużo. Tak jak w swojej twórczości literackiej lubię płodozmian częsty, wielostylowość. Jak wydam książkę w jakimś duchu albo stylu, to zaraz potrzebuję czegoś innego. A to, że piszę też badawczo, daje mi jeszcze inne możliwości używania języka. Ja takie pisanie traktuję jako część działalności literackiej: taką bardziej sprecyzowaną i zamkniętą, mniej swobodną niewątpliwie. Jeśli taka alegoria coś dla kogoś znaczy, to powiem tylko tyle, że teksty komentatorskie piszę od razu na komputerze. A wszelkie tzw. literackie odręcznie i potem przepisuję.

O tak, „Queerowe subwersje” z pewnością niektórzy nazwą książką wielostylową i przegiętą jak na betonowe zwyczaje akademickie! A może takie poluzowanie byłoby też dla innych ludzi nauki wyzwalające? No i dla czytających, wreszcie oszołomionych fachowym a osobliwym pisaniem o kulturze LGBTQ.
Czuję coś w rodzaju ograniczeń i staram się je przekraczać w pisaniu eseistycznym i naukowym, ale nie każdy pomysł najbardziej dziwaczny czy szalony mogę przeforsować w rozprawie – zwłaszcza na stopień. A jeszcze jestem na takim etapie. Kiedy pisze się prozę czy dramat, a nawet wiersze, to można sobie pozwolić na najdziksze pomysły. Natomiast to, że takie ograniczenia czasami się pojawiają, bywa dobre, bo po pierwsze jest co przeskakiwać, jest się z czym spierać, jest się o co ocierać, można dokonywać transgresji gatunkowych.
Zarazem nie pozwala to na leseferyzm, który mógłby się okazać bardzo rozleniwiający. Gdyby nie pojawiały się punkty oporowe, to mielibyśmy zastój. Jeśli są poprzeczki – można ćwiczyć podskoki. Te żartobliwsze momenty stylu „QS” były już wcześniej w moich książkach, m.in. w „Dyskursywizowaniu Białoszewskiego...”, obok hiperscjentyficznych miejscami partii teoretycznych. I do tego arabeskowe przypisy z dygresjami albo rzucaniem pomysłów, wątków, które mogłyby się zmienić w osobne studia. Ale wszystkiego, co pomyślisz, nie opracujesz, więc decyduję się rzucić zalążki pomysłów. Może ktoś...
Wszystkie te cechy powodują, że część ludzi się jeży. Są ludzie, którzy lubią sobie poukładać w szufladkach pojęcia: to jest gej, a więc nie pociągają go kobiety, to jest rozprawa naukowa, więc powinna unikać humoru i ludycznych wtrętów. Ta analogia pokazuje, że

kłirowanie jest czymś, co wykracza poza prosto i wąsko rozumianą seksualność. Seksualność jako właśnie pudełko, które jest oddzielne od osobowości, poglądów itd.
A analogię tę z pisaniem kłirującym granice da się rozszerzyć także na nauczanie. Wybrałem się nawet do Gandawy na konferencję temu poświęconą: „Sex and the Academy”.

Jakie wywrotowe rzeczy z polskiej literatury się wydały, że swoją najnowszą książkę naukową zatytułowałeś „Queerowe subwersje”? I jeszcze dodałeś ten człon – „Polska literatura homotekstualna i zmiana społeczna”. Cóż za przemiany i rewolucje poczułeś, że musisz odnotować?
Ta literatura jest ogromna, co może zaskoczyć kogoś spoza tematu. Jakkolwiek rozumieć owo „spoza tematu”. Jest też różnorodna i różnorako obecna w świadomości, powiedzmy, szerszej. Tu używane są mechanizmy trafnie opisane przez Eve Kosofsky Sedgwick, niestety bardzo silnie umocowane, czyli „mniejszościowanie/uniwersalizowanie”. Polega to na tym, że albo próbujemy tę literaturę wpisać w matrycę zewnętrzną wobec takich tekstów, tzn. na ogół deseksualizującą czy degeizującą je, upraszczając nieco – za sprawą czego one mogą się stać ważne dla tzw. ogółu, tyle że ogół nie próbuje wówczas zetknąć się z czymś nowym i wyzywającym dla siebie, a wtłacza w swoje kategorie – albo na bagatelizującym machnięciu ręką, „a, to margines”, „to getto”, to nieistotna literatura, bo odbiega od wzorca „Ważnej Literatury” – na ogół zdehomoseksualizowanej, bądź dopuszczającej homoerotyzm tylko w określonym schemacie, np. sublimacyjnym.
Subwersja powstaje np. wtedy, kiedy pisarz, oscylując między tymi biegunami „uniwersalności” i „mniejszościowości”, wykracza poza taką opozycję, rozmontowuje ją. Subwersja powstaje także, gdy pisarz podejmuje próbę zmiany myślenia o świecie, o zasadach społecznych, a także o samych konwencjach literackich, zarówno na biegunie „uni”, jak i „mniejsz”, a zwłaszcza poprzez przekraczanie ich obu.
Ewolucja literacka nie jest ściśle przyległa do historii emancypacji gejów i lesbijek ani też nie odzwierciedla jej jak lustro. To są bardziej skomplikowane relacje. Literatura taka jakoś istniała, zanim zaczęły powstawać ruchy wyzwoleńcze w Polsce i stanowiła rzadki azyl dla ludzi w szafie, na innych prawach niż opera, balet czy określone postaci ze świata pop (Villas, Sośnicka, Rodowicz, Jędrusik...), które się bardziej przeżywa, gdy literaturę – jako twór ściśle słowny – jakoś też analizuje.
Kiedy w drugiej połowie lat 80. powstawały ruchy wyzwoleńcze, w zasadzie nie miały styku z ówczesną literaturą homotekstualną. W latach 90., gdy ruchy te budują się i osadzają, literatura homotekstualna w Polsce jest w impasie: z jednej strony Nasierowski gra z konwencją skandalicznej papki brukowej, z drugiej Stryjkowski usiłuje zamknąć modernizm i jego szafę swoim nieoczywistym coming outem, mamy zatem w zasadzie dwie-trzy książki w ciągu całej dekady, a wspaniały eksces lesbijski Izabeli Filipiak zostaje wpisany w literaturę kobiecą. Jednocześnie wtedy, przez całe lata 90., ogromną rolę budowania tożsamości przez kulturę, w znacznym stopniu przez literaturę, odgrywa pismo „Inaczej”. Integracja dokonuje się dopiero w XXI wieku. Jak pokazuję też w książce,

literatura gejowska o dekady wyprzedziła społeczną i medialną demaskację istotnego problemu społecznego, tj. homoseksualności wśród kleru.
To była i jest megasubwersja.

Jak myślisz, na ile zmiana społeczna dokonuje się przez kulturę, jest widoczna w literaturze czy w niej rejestrowana, choćby dla następnych generacji LGBTQ?
Ani kultura, ani nauka na ogół, poza bardzo wyjątkowymi przypadkami, nie oddziałują bezpośrednio. W takim sensie, jak bezpośrednio oddziałuje ustawa. W dodatku reakcje na tekst kultury są niesłychanie różne i tylko w pewnym stopniu „kalkulowalne”. Jeśli ktoś tego nie rozumie, a chce pracować przy kulturze i nauce jako jakiś jej manager czy komisarz od wpływu społecznego, to będzie oczekiwał uproszczonych obrazków, jednoznacznych komunikatów. A one też zawiodą, ponieważ

istnieje duża tradycja odbioru oporowego. Queer jest jedną z takich szkół. Ale dla pokolenia starszego w Polsce takim doświadczeniem uczącym lektury i kodowania oporowego była komunistyczna cenzura.
Jeżeli dokona się dystynktywna zmiana społeczna, to znaczy taka, że za parę lat młodsi ludzie stwierdzą „tak było kiedyś”, to zapewne popatrzą na nasze „teraz” z pewną dozą – oby sympatycznej – protekcjonalności i będą czytać „świadectwa” jako historyczne.
Czyż my sami, ci co w dorosłość weszli w XXI wieku, nie patrzymy w ten sposób na działania emancypantów i emancypantek z lat 80. i 90. oraz ich obecne deklaracje z perspektywy „to od dawna wiadomo, a do tego my już wiemy to i tamto, czego oni nie wiedzą, bo się zafiksowali na swojej fazie”? W „QS” odnotowuję wypowiedzi młodych czytelników, mówiących w ten sposób o „Lubiewie”, dekadę po pierwszym wydaniu, jako o czasach mniej oświeconych i bardziej zahamowanych, gdy „teeeraaaz”... To wszystko dowodzi, że zmiana społeczna, nie tylko wymiana pokoleniowa, się dokonuje.

A może branżowe teksty literackie stopniowo sygnalizowały wiatr zmian w Polsce, osiągnięcia polityk różnorodności? „Lubiewo” z 2005 r. wielu uznawało za prekursorskie, nie pamiętano o homopoprzednikach. A powieściowy światek Witkowskiego to jednak pomieszanie porządków i reprezentacji sprzed zmian, dyskusji w czasach przełomu i układania się w sposób poemancypacyjny. Jak to dla ciebie z perspektywy naukowej, czytelnika i badacza, wygląda?
„Lubiewo” oczywiście było ważne, ale nie ma co podtrzymywać fałszywej tezy, że jest to książka prekursorska czy jakkolwiek pierwsza. Jeżeli Michał Witkowski coś takiego by twierdził, to wyłącznie z pobudek egocentrycznych lub ze względów marketingowych. Sama jego książka w wielu miejscach zdradza czytelnikowi nieco bardziej obeznanemu liczne pre-teksty. Dotyczy to nie tylko zacytowanego in extenso jako osobny rozdział fragmentu „Donosów rzeczywistości” Mirona Białoszewskiego. Jest tam też wiele aluzji do homotekstów poprzedzających, „Lubiewo” je niejako kondensuje i wytwarza z nich nową jakość. Taki zbornik i piec alchemiczny.
Prekursorem queerowości – a nie „gejowskiej tożsamości” – jest dla mnie w „Queerowych subwersjach” Witkacy. Chociaż, zostawiając jeszcze na boku Narcyzę Żmichowską i jej „Białą różę”, powieść z wątkami niewypowiadalnego pożądania lesbijskiego, to pisarzem polskim, u którego została stematyzowana po raz pierwszy homoseksualność męska, jest bodaj Tadeusz Miciński, zresztą bohater mojej pracy magisterskiej i pierwszej książki naukowej. Skądinąd, o ile wiadomo, heteroseksualny, ale żarłocznie ciekawy różnych języków, stylów, smaków, gnoz świata. Do Witkacego odniosłem, nie moją skądinąd, formułę queer before gay. Można by tą formułą obdarzyć także Marię Komornicką.

Z jakich powodów?
To możliwe, jeżeli rozumiemy queer szerzej niż tylko jako homoseksualność, a ja tak zawsze rozumiem; w tym wypadku uwzględniamy także transpłciowość. Tym bardziej, że kwestia, czy Komornicka miała jakąkolwiek próbę tożsamości gay czy lesbian, jest dość wątpliwa. Zamykano ją w szpitalach psychiatrycznych z osobami homoseksualnymi, co odbierała jako bardzo krzywdzące – nie identyfikowała, to znaczy wówczas już „nie identyfikował” się z nimi. Witkacy jest raczej, jak to się z angielska mawia, bi-curious...

Że co – heteryk ciekawy doświadczeń z innymi mężczyznami? Posuwasz się dalej niż poprzednicy z autorem „Pożegnania jesieni”.
A możliwe też jest bycie bi-curious w wypadku osób homoseksualnych. Znamy to z życia...
Witkacy natomiast we wszystkich czterech swoich powieściach – w dramatach mniej – wprowadza homoseksualne doświadczenie na różne sposoby. „Jedyne wyjście”, ostatnia jego powieść, wyraźnie pokazuje jego nieomal homofobiczny opór przed budowaniem „tożsamości gejowskiej”. Współczesna queerowość powstała w opozycji do już zrealizowanego modelu takich „tożsamości gejowskich i lesbijskich” i odpowiadającego jej wariantu nauki, gay & lesbian studies. Twierdzę, że ta faza tożsamościowa, esencjalistyczna, emancypacyjna, gdzie budowano tożsamość grupową, a przez to zrównującą, była niezbędna. Ale nie może pozostać dominująca. A zwłaszcza nie powinna zostać dominująca w akademii czy w tak obecnie niszowym już medium jak literatura. Ta jest mniejszościowa tak jak sama mniejszość seksualna; ale też intelektualna.

Dyskusje wokół „jakichś studiów gejowskich lub lesbijskich” i queer studies cały czas, mam wrażenie, są toczone przede wszystkim w kręgu zawodowców i profesjonalistek, w środowisku akademickim, albo pokazywane jako medialna sensacja tygodnia. Co z nich, i z efektów badań, dociera do samych uczestniczek i uczestników kultury LGBTQ? Czy ich życie, osobiste historie znajdują odzwierciedlenie w teoriach, w interpretacjach albo samych tekstach kultury?
Ciekawe byłoby przeprowadzenie badań na ten temat. Interdyscyplinarnych. Moje kompetencje literaturoznawcy, w tym teoretyka recepcji i kultury literackiej, mogłyby się tu połączyć z czyimś warsztatem socjologicznym. Bo ja nie mogę odpowiedzieć uczenie na to pytanie, tj. jako uczony – mam „ślepą plamkę” i jako profesjonalista, i jako pisarz. Mogę tylko mówić o swoich obserwacjach uczestników nieprofesjonalnych.
Moim intuicyjnym zdaniem dość sporo „nieprofesjonalistów” interesuje się tymi wątkami w badaniach i jakiś wpływ na nich one mają. To są skutki długotrwałego procesu budowania tzw. tożsamości gejowskiej w odniesieniu do literatury, o czym mówiłem wcześniej, najpierw w doświadczeniu szafy, potem za sprawą dobrej roboty „Inaczej”. To jest absolutnie do zbadania. Na grant. Ale pierwsza część twojego pytania, owe „dyskusje wokół jakichś studiów”, niestety wskazują, że rozumienie potrzeby takich badań może obecnie stać się problematyczne.

A jakie kwestie i porywają branżową publikę, i angażują badacza literatury? Które narracje są obecne i słyszalne także poza społecznością? Czyje okazały się prekursorskie wobec mód i krótkotrwałych tendencji?
Moim zdaniem w kilku co najmniej miejscach literatura wyprzedziła dyskursy społeczne. Podam przykład dość, jak sądzę, smakowity.

W „Queerowych subwersjach” jest cały rozdział na temat seksualizacji wizerunku księży w prozie gejowskiej. W dyskursie społecznym ten temat pojawia się gdzieś ok. 2002 r., czyli od sławno-niesławnego numeru „Więzi” nt. homoseksualisty w Kościele,
a to też jednak czasopismo niszowe. Numer ten może nie zaistniałby, gdyby nie skandal homoseksualny arcybiskupa Juliusza Paetza. Notabene, geje na forach natychmiast wymyślili przezabawny dowcip: „Jak się nazywa seminarium duchowne w Poznaniu? Paetz Shop Boys”. Tu jest i kolejne dno, bo przecież jednym z największych przebojów Pet Shop Boys jest „It’s a Sin”. Później skandali ujawniano coraz więcej, pojawiały się reportaże prasowe w coraz bardziej masowych tytułach, tygodnikach, dziennikach, prasie internetowej, kulminacja nastąpiła bodajże w latach 2012–2014.

Kwestią branżowego kleru akurat autorzy non-fiction się długo interesowali. Wojciech Tochman już w 2007 wydał w Znaku (!) „Wściekłego psa” – tytułowy reportaż to monolog księdza żyjącego z HIV, później zresztą z sukcesem przerobiony na monodram.
Po latach doszła do tego artystyczna próba filmowa, „W Imię...” Małgośki Szumowskiej (2013). Natomiast literatura polska o homoksiężach donosiła co najmniej w latach 70. Później bardzo obszerną analizę tego tematu dał Marcin Krzeszowiec w „Bólu istnienia”, pisanym pod koniec lat 80., wydanym w 1992 r. To niesłusznie zapomniana powieść. Literatura była więc swoistym laboratorium społecznym.

Może potrzebujemy jakiejś nowej formuły: uprawiania polityki literatury albo polityzacji literatury?
Na to liczę!

Recepcją literatury LGBTQ zajmują się nie tylko badacze i dziennikarki kulturalne. Fenomen stanowi obecnie „kultura uczestnictwa”. Chodzi o blogi amatorskie, fan fiction, slash fiction, wypowiedzi na forach internetowych.
Badałem, jaka jest świadomość „literatury” w tożsamości środowiskowej lesbijek i gejów, użytkowników forum Gejowo.pl, a jak to wygląda u profesjonalnych komentatorów. Np. w odniesieniu do „Lubiewa” forumowicze piszą, że Witkowski pokazuje nas jako istoty myślące tylko o seksie, zresztą brudnym, gdy politycznie potrzebujemy innego wizerunku. Takie myślenie wpływa też na samych pisarzy.

To chyba młódki, nowe roczniki się tak autocenzurują, jak przyzwoitki, w tych popisach internetowych!? No, może jeszcze twórcy literatury popularnej, w polskim wydaniu mocno backlashowej.
Pop zwykle wykazuje tendencje konserwatywne. Pisarze pop tworzą powieści, by je sprzedawać – a więc nie po to, by tworzyć jakieś „laboratoria”, z zasady mniejszościowe – łagodzą wydźwięk polityczny według tego schematu. I tu moim przykładem jest średniej jakości artystycznej niestety pisarz Mikołaj Milcke. Trzyma się on „złotego środka”, czyli bezpiecznego. Troszeczkę seksu, ale nie za dużo. Bo się nie sprzeda, bo się komuś nie spodoba (to znaczy – chyba prędzej heterykom niż gejom?). Pisarze tego pokroju negocjują swoją twórczość z tym, co najpowszechniejsze. I to się sprawdza, książki Milckego były notowane na listach sprzedaży. Jednocześnie ich przekaz „polityczny” trudno uznać za jakiekolwiek „laboratorium” n o w e j rzeczywistości, raczej za utrwalacz tego, co dziś postrzegamy jako niespecjalnie satysfakcjonujące w zastanej sytuacji.

Od kilku lat prowadzisz na UJ kurs o polskiej literaturze queerowej. Jak tam z młodszymi?
...ale to nie jest kurs adresowany strikte do polskich studentów tylko dla erasmusów głównie – „Polish Gay Literature & Social Change”.
Co roku powtarzają się określone reakcje: 1) nie sądziliśmy, że Polska jest aż tak mało konserwatywna, 2) nie sądziliśmy, że w Polsce jest tak dużo literatury queerowej, 3) nie sądziliśmy, że w Polsce napotkamy na taki przedmiot, u nas takiego nie ma – gdzie „u nas” oznaczało nawet Holandię; i wreszcie uwaga, która zawsze sprawia mi wiele przyjemności, po przeczytaniu lektury na egzamin: 4) nie sądziliśmy, że ta książka będzie tak wspaniała. A najczęściej wybierane lektury to „Trans-Atlantyk”, „Pornografia”, „Bramy raju”, „Pamiętnik z powstania warszawskiego” i „Lubiewo”.

Mniemam, że nowe odczytania studenckich lektur obowiązkowych i zheteryczonych autorów proponujesz na zajęciach tak jak w książce, która później opublikowałeś?
Mój „Polish Queer Modernism” w wersji książkowej poprzedził cykl wykładów w Oslo. To były wystąpienia o dawniejszych pisarzach, tj. XX-wiecznych, wielkich mistrzach. W 2015 wykładałem natomiast w Paryżu, w INALCO. To instytut należący do sieci Sorbona Cité. Tam przedstawiałem Andrzejewskiego, Białoszewskiego i Gombrowicza, choć nie ich seksualność była najistotniejsza, a pojmowanie misji „intelektualisty”. Jednak, zgodnie z zarysowanym wyżej, dość szerokim rozumieniem antropologii seksualności, na ich pojmowanie tej roli publicznej seksualność miała znaczący wpływ, a momentami bycie „intelektualistą” przeplatało się w ich rozumieniu z byciem gejem, np. u Andrzejewskiego.

Ostatecznie i najbardziej ogólnie mówiąc, gejów i intelektualistów łączy doświadczenie bycia w mniejszości.
Równocześnie popularyzuję polską literaturę – przez filtr queerowości. „Polish Queer Modernism” to całkowicie inna książka niż „Queerowe subwersje”, choć stanowi niejako jej przedłużenie.

A coś dla statystycznej ciotki klotki? Sądzę, że dzisiejsza młodzież potrzebuje przewodników po świecie homoliteratury jeszcze bardziej niż my przed laty.
Będzie następna książka, krytycznoliteracka: zbiór „Geje do piór!” ma stanowić rodzaj suplementu do queerowego dyptyku. „Queerowe subwersje” momentami dotyczą pisarzy modernistycznych – Witkacego, Andrzejewskiego, Gombrowicza, Stryjkowskiego – dużą część omawianych pisarzy stanowią jednak ci po-modernistyczni, a w niektórych wypadkach postmodernistyczni. W niektórych może post-postmodernistyczni. Jednak opisuję ich w innych konfiguracjach, na inne sposoby niż w swojej krytyce towarzyszącej – tę właśnie zbierają „Geje do piór!”, pewnie zresztą najprzystępniejsza z tych pozycji.

A będą jakieś branżowe outingi na różowe języki albo niespodziewane odsłonięcia pomijanych w kanonie treści? Mały szoking albo skandalik dla wrażliwych polonistek i każdej godnie znudzonej szkolną listą lektur bibliotekary?
Jest w „PQM” rozdział „Straight yet queer”. Tam, być może ku swemu zaskoczeniu, czytelnik znajdzie interpretację „Akademii Pana Kleksa” (śmiech), a także archetypowego polskiego żołnierza-kochanka (heteroseksualnego), Krzysztofa Baczyńskiego, który jest autorem gejowskiego opowiadania. O tej prozie badawczo się nikt nie zająknął. Ponadto w kolejnej książce, nad którą pracuję, o polskim gotycyzmie queerowym, wracam do cyklu o Kleksie, ale sięgam też do Korczaka i jego „Kajtusia Czarodzieja”. To może być bomba!

Zdradź mi, skoro jesteśmy przy szkolnych rozprawkach, jak Ci się rozmawia o gender, o queerze w rodzimych kręgach akademickich, a jak poza granicami? Czuć różnicę, gdy wybywasz z polskiego grajdołka?
To może sprawiać wrażenie życia w jakiejś niszy, a w konsekwencji braku kontaktu z rzeczywistością społeczną, ale akademia jest miejscem w mojej ocenie bardzo w tej kwestii otwartym. Także polska. Prawdę mówiąc, tylko raz w życiu zdarzyło mi się coś, co ocierało się o incydent homofobiczny. We mnie skierowany rykoszetem. To znaczy, homofobia uderzyła w pisarza geja, o którym mówiłem, a przy okazji miny i obrzydzenie miały chyba przyklejać się do mnie. Byłem wtedy ubrany w żółte spodnie i sweter oversize z dużymi klockami w roli guzików, który mój kumpel hetero określił jako „groteskowy”, ale zaznaczę, że w sposób ciepły, co najmniej jak sam sweter.

A twoi studenci i twoje studentki – jak tam ich doświadczenia emancypacyjne i genderqueerowe ciągoty? Co czytają i przedyskutowują najchętniej?
Zajęcia, które prowadziłem na Wydziale Polonistyki UJ w ramach kulturoznawstwa, nie dotyczyły specjalnie literatury. Chociaż na wszelkich zajęciach używam obok przykładów z literatury także komiksów, seriali, fotografii, malarstwa, filmów, teledysków, piosenek i spektakli teatralnych. Wydaje mi się, że szczególnie zainteresowały ich zajęcia z kampu. Pewnie dlatego, że zaakceptowałem przestrogę Susan Sontag: mówić o kampie to go zdradzać, więc zajęcia o kampie performatywnie były kampem.
Jeśli chodzi o obcokrajowców, to Niemcy osobliwie lubią wykład o Konopnickiej, gdy tłumaczę im to „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, które jest skrzydlatym słowem, używanym także przez prasę. Np. w „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i kiełbas nam germanił” – tytule prasowym użytym po przejęciu polskiej masarni przez Niemców. Zawsze chwytają zajęcia o Komornickiej. Mówię, że mogła być takim kimś dla transpłciowości, jak Oscar Wilde dla homoseksualności, gdyby... nie reprezentowała tzw. małej literatury.
Intrygują także zajęcia o Nasierowskim. Raz, bo sama historia fascynująca, od aktora, przez więźnia, do pisarza. Dwa, że można pokazać stare filmy Nasierowskiego. Np. „Błękitny pokój” wykorzystuję, tam Jerzy ciekawie swoją grą pokazuje, jak blisko „romantycznemu kochankowi (hetero)” do gejowskiego performowania się, że tak zażartuję. Z nowszych tytułów lubię przedstawiać fragmenty „Pory na czarownice”, bo to pierwszy polski film o AIDS, unikatowy obraz pikiet dworcowych z początku lat 90. A do tego można zaprezentować nowe wcielenie Nasierowskiego – jako vlogera, np. świetny performance, kiedy 80-letni Jerzy przebrał się za menela, wlazł do śmietnika i wyznawał miłość panu prezydentowi.
Jeśli chodzi o filmy, które pokazuję „dla chętnych”, niezmiennie ogromne wrażenie, oczywiście przygnębiające, robi „Sala samobójców”. W ostatnim roku grupa Niemców wyśmiała „Świnki”, raczej słusznie. Lesbijkom bardzo się podobało „W ukryciu”, ja zresztą też jestem entuzjastą tego filmu, tu włącza się moje zainteresowanie tzw. queer gothic. Cudowny „Horror w Wesołych Bagniskach” niestety nie chwycił. Różnie bywa z „Futrem”, które szalenie lubię. Studenci muzykologii czy o pasjach muzycznych – miałem studenta Francuza, który podczas pobytu śpiewał w chórze UJ – odkrywają Karola Szymanowskiego w inscenizacjach Trelińskiego, które pokazuję we fragmentach.

Wow! I to są powody do satysfakcji. Niechaj wszystkim ich będzie dostatek. Dziękuję za rozmowę.

Piotr Sobolczyk – absolwent polonistyki UJ, dr nauk humanistycznych. Od 2012 r. pracuje w Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie. Pisarz, poeta, tłumacz, aktywny krytyk i literaturoznawca. Laureat stypendium dla młodych wybitnych naukowców. Autor 5 tomów wierszy („Samotulenie”, „Homunculus”, „Dywan Pierrota”, „Obstrukcja Insługi”, „100% ARABICA / chiNOISEry”), 2 książek prozatorskich („Opowieści obrzydliwe”, „Españadiós”) oraz książek naukowych: „Tadeusza Micińskiego podróż do Hiszpanii”, dyptyku „Dyskursywizowanie Białoszewskiego”, monografii „Queerowe subwersje. Polska literatura homotekstualna i zmiana społeczna” i „Polish Queer Modernism”. Wkrótce ukażą się jego nowe tytuły: „Gotycyzm – modernistyczny sobowtór Odmieńca”, e-book „Geje do piór!”, prozatorskie „Hydroprofity”, a także płyta z piosenkami „Hydroprofity/Hydroprofits” i angielski przekład „Dyskursywizowania Białoszewskiego”.
OCEŃ ARTYKUŁ
Podoba mi się (25)
elgelmayer rielka whitesnow commonlinnet waruxx tremere nayo-nayomi japanda slavko19 punpun
Nie podoba mi się (1)
kittythekiller
Komentarze (4)
HEJT STOP!Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Komentuj
Moja ikona
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
KittyTheKiller
07.11.2016 7:09 psom_na_pożarcie
do Pana Sobczaka nic nie mam... kulturoznawstwo, sztuki teatralne i tematy subwersji to dla niego podstawa...

z hienami podszywającymi się pod artystów powinno się uważać-jakiś IDIOTA przykładowo będzie występował jako aktor queerowy oraz będzie się poświęcał animacji kultury w Młodzieżowych Domach Kultury lub szkołach średnich... będzie walczył ze stereotypami królującymi wśród "ciemnego ludu"... zapomni dodać, że grywa w pornolach i że czerpie profity z wciągania ludzi w prostytucję...

dla jednych tacy ludzie to sutenerzy... dla innych to pedofile(art.200 k.k.) ale jakoś tak się składa, że ani jeden queerowy artysta nie powie, że fabrykuje dowody potwierdzające jego tezę... Pan Sobczak nie robi takich rzeczy-ale inne osoby ze środowiska LGBT już owszem... pozdrowienia dla Pana Michałka z TAQ, który walczy dzielnie o nasze prawa niczym Pan Wołodyjowski-z szabelką w silnej dłoni...
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
25.10.2016 13:18 Lord Byron
w ramach paradygmatu na pewno zostało trochę miejsca dla nieschematycznych analiz i rozpraw


Obawiam się, że to, co ciekawe i nieschematyczne, sytuuje się właśnie zawsze poza tym paradygmatem. Kiedy np. sięgam po rozprawę o "męskości" zawsze z góry wiem nie tylko na jakie się teorie powoła, ale nawet do jakich dojdzie wniosków. Wiem też, że po drodze oddzieli w opisywanym obszarze (np. danej epoce historycznej) "męskość hegemoniczną" od "niestandardowych męskości", przypominając, że nie istnieje "męskość", lecz istnieją "męskości". Wiele jeszcze innych rzeczy w ten sposób wiem.
Po co więc czasem czytam te pisane od ideologicznej sztancy mantropodobne gnioty? Tylko dlatego, że dość często zawierają ciekawy materiał faktograficzny. Interesuje mnie czasem, jak żyli faceci dawniej, jak widzieli swoje miejsce w społeczeństwie i świecie i się tego dowiaduje. Ale wcześniej muszę przebrnąć przez gąszcz tego wszystkiego, co dla paradygmatu tej dyscypliny typowe - czyli wszystkie te klepane jak zdrowaśki, słabe intelektualnie bzdury, dość często wręcz kompromitujące wywód, który bez nich byłby o wiele ciekawszy. Nie mówiąc już o ile ciekawszy byłby, gdyby próbował użyć innych inspiracji, niż Butler, Sedgwick i Connell.
cytuj zgłoś 1 0
Hitch
25.10.2016 0:24 Hitch (39) Wrocław
Konwencjonalizacja w tym przypadku to naturalna kolej rzeczy, szkoda tylko, że czasem wiąże się z degradacją samej idei, o której wieczne trwanie walczą niektórzy zainteresowani. Perspektywa queer z całym swoim dorobkiem rzeczywiście bywa boleśnie dominująca i nieadekwatna, ale w ramach paradygmatu na pewno zostało trochę miejsca dla nieschematycznych analiz i rozpraw. Śmietnik historii jeszcze chwilę poczeka…


Lord Byron:
Problem z "kampem", jak i z każdym innym rodzajem buntu jest taki, że jego "subwersywny" charakter trwa bardzo krótko. Potem całkowicie się konwencjonalizuje(...).
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
21.10.2016 17:30 Lord Byron
Problem z "kampem", jak i z każdym innym rodzajem buntu jest taki, że jego "subwersywny" charakter trwa bardzo krótko. Potem całkowicie się konwencjonalizuje.
Podobnie z "kłirującymi" literaturę tekstami. Może 20 lat temu przeczytanie o "męskim pragnieniu homospołecznym" rozpalało ambitnych intelektualnie gejów. Może nawet rozpala do dziś tych, którzy się z nim jako studenciaki zetkną po raz pierwszy. Ale, gdy w kolejnej analizie literaturoznawczej, we wstępie pojawia się obowiązkowa inwokacja do gejowej Pani Bozi - Eve Kosovsky Sedgwick i grzeczno-słodkie wyłożenie jej - w gruncie rzeczy dość prymitywnych intelektualnie - tez, to robi się niedobrze.
Tym bardziej, że "queer" zdominował dyskurs akademicki na temat kondycji społecznej gejów, literatury gejowskiej/homoerotycznej itp. w sposób absolutny. Właściwie nie ma już innych koncepcji teoretycznych. Te o "konstruowaniu płci i seksualności" zupełnie zawłaszczyły dyskurs. Wątków homoseksualnych nie da się już analizować. Da się je wyłącznie "queerować".
Ale trudno. Kiedyś w Zachodniej Europie, nie dało się na Uniwersytetach inaczej pisać o klasach społecznych, niż z perspektywy marksizmu. Dziś większość takich "rozprawek" trafiła na śmietnik historii. Pewnie niebawem trafi tam też perspektywa queer.
cytuj zgłoś 1 0
Tomek Charnas
Autor
Tomek Charnas
Dziennikarz kulturalny, edytor
Wrażliwa Polonistka i branżowy zBOOK. Redaktor książek m.in. Mariana Pankowskiego, Ewy Sonnenberg, Michała Witkowskiego, Ewy Schilling. Współautor słownika młodej polskiej kultury „Tekstylia bis”. Kulturalnie i na kłirowo do usłyszenia w eterze oraz do poczytania w sieci i na papierze.
queer.pl/user/przeor
TAGIWięcej
akademia film Gandawa historia literatury Instytut Badań Literackich PAN Kraków krytyka literacka Kultura kultura uczestnictwa literatura Michał Witkowski Miron Białoszewski Oslo Paryż Piotr Sobolczyk poezja Polska Polska literatura homotekstualna proza queer studies Społeczeństwo teatr Uniwersytet Jagielloński Warszawa
Powiązane
Obraz Piątek, 22.08.2003 Konkurs Tęczowego Pióra - zgłoś się! Obraz Czwartek, 28.12.2017 Doktor Jekyll i Mr Hyde Obraz Środa, 11.09.2013 To obrzydliwe! Obraz Wtorek, 16.10.2007 Błażej Warkocki w Krakowie i Warszawie Obraz Piątek, 11.05.2007 O życiu i twórczości Marii Komornickiej
Inne tematy
Pierwsze gejowskie małżeństwo w Bundestagu - nie zgadniecie w jakiej partii ... Środa, 24.06.2026 Pierwsze gejowskie małżeństwo w Bundestagu - nie zgadniecie w jakiej partii ...
Obejrzałem dla Was serial „Proud", żebyście... też musieli Piątek, 12.06.2026 Obejrzałem dla Was serial „Proud", żebyście... też musieli
Ipsos LGBT+ Pride 2026: można mówić, nie wolno się całować. Polski paradoks akceptacji Piątek, 26.06.2026 Ipsos LGBT+ Pride 2026: można mówić, nie wolno się całować. Polski paradoks akceptacji
Fiskus odmawia wspólnego rozliczenia małżeństwom jednopłciowym - czy to ostateczna decyzja? Czwartek, 02.07.2026 Fiskus odmawia wspólnego rozliczenia małżeństwom jednopłciowym - czy to ostateczna decyzja?
Rosja: wyroki więzienia za prowadzenie baru LGBT - show drag queen to ekstremizm! Wtorek, 30.06.2026 Rosja: wyroki więzienia za prowadzenie baru LGBT - show drag queen to ekstremizm!
Turcja: Masowe zatrzymania podczas Marszów Równości w Stambule i Izmirze Poniedziałek, 29.06.2026 Turcja: Masowe zatrzymania podczas Marszów Równości w Stambule i Izmirze
Kontakt Reklama Regulamin
Social media
Polub na Facebooku Obserwuj na X Instagram WhatsApp
© 1996-2026 Queermedia.pl, ISSN 2299-9019 Polityka prywatnościPolityka cookiesUstawienia prywatnościPrzerwij abonamentOdstąpienie od umowy







🌈
Odkryj więcej na Queer.pl
Zalogowani użytkownicy mogą oglądać zdjęcia innych osób, zakładać profile, komentować artykuły i oceniać filmy.
Dołącz do nas Zaloguj się