logo Queer.pl Dawniej Innastrona.pl
23.01.2018    STARTSKLEPKONTAKT

...
14
0
0

Doktor Jekyll i Mr Hyde

Łukasz Maciejewski rozmawia z Krystianem Lupą

Dodano: 28.12.2017, Aktualizacja: 29.12.2017

W połowie grudnia swoją premierę miała dwujęzyczna książka "Koniec świata wartości" - tom rozmów Krystiana Lupy i Łukasza Maciejewskiego. Z tej okazji przypominamy rozmowę, którą krytyk filmowy przeprowadził z reżyserem w 2007 roku. I która była właściwie coming outem Krystiana Lupy.

Zamieszczone w tomie rozmowy Maciejewskiego i Lupy były publikowane przede wszystkim w „Notatniku Teatralnym”, ale znalazły się także wywiady z „Dziennika”, „Filmu”, „Machiny”, innych czasopism. W książce opublikowane zostaną również materiały przygotowywane do programów teatralnych, recenzje, teksty prywatne, rozproszone, nigdy wcześniej niepublikowane, a także eseje Maciejewskiego o teatrze Lupy, próba analizy aktorskiego fenomenu, jakim w jego świecie jest Piotr Skiba, wreszcie przekrojowe rozmowa o Lupie z Janem Fryczem, Romanem Gancarczykiem czy Anną Polony. Wszystko wzbogacone fotosami z przedstawień Krystiana Lupy, w tym wiele unikatowych fotografii i szkiców scenograficznych z początkowych lat kariery reżysera.  Całość została przetłumaczona na język angielski.


Łukasz Maciejewski pisze we wstępie:
"Rozmawiam z Krystianem Lupą o jego dzieciństwie, pierwszych zawodowych latach, o fascynacji Swinarskim i polemice z jego sztuką, o teatrze, kinie, plastyce, ale i o życiu społecznym, polityce. O Picassie i pop-arcie, Brigitte Bardot i Isabelle Huppert. W naszych spotkaniach wracają najważniejsze dla teatru Lupy nazwiska pisarzy: Bernhard, Musil, Broch, Dostojewski, Czechow, wędrujemy szlakiem miast (Jastrzębie-Zdrój, Kraków, Łódź, Jelenia Góra, Wrocław, Warszawa, Wiedeń, Moskwa, Paryż) i kolejnych spektakli, dyskutujemy o aktorstwie, przekroczeniach w sztuce, o nagości. Ta książka to owoc trwającej wiele lat intensywnej wymiany myśli, spostrzeżeń i wątpliwości".

To znamienny paradoks. Tom "Koniec świata wartości" został opublikowany nakładem wydawnictwa Szkoły Filmowej w Łodzi – uczelni, z której Krystian Lupa został wyrzucony za – uwaga – „brak talentu”. Strata polskiego kina okazała się wielkim szczęściem naszego teatru. A dzięki tej książce Krystian Lupa powraca po latach do Łodzi i do Szkoły Filmowej.

Pierwodruk: "Machina" 2007, nr 5

Łukasz Maciejewski: „Zdrowy Polak” rozsiada się dzisiaj we wszystkich dziedzinach, także w kulturze. Z zawodowego obowiązku oglądam teraz masę polskich dokumentów. Są filmy rocznicowe, historyczne i bogoojczyźniane. Prawie wszystkie wydają mi się zakłamane. To nie jest Polska, w której mieszkam. To nie są ludzie, z którymi rozmawiam. Ciekawe, że na przykład nie ma w polskich dokumentach wątków gejowskich. To problem, który tam nie istnieje.

Krystian Lupa: Nie mam zaufania do moralnych ekstremalistów, zwłaszcza tych pobożnych, uczepionych etyki kościoła, czyli tych, którzy swojego moralnego kręgosłupa nie zbudowali (przebudowali sami), tylko przejęli moralny pakiet (zasady) w innych (choćby i religijnych) emocji i kultów. Na przykład wszyscy ci głosiciele świętości życia poczętego od chwili poczęcia (na marginesie: skąd ta pewność, skąd to arbitralne ustanowienie świętego punktu?). Prawie wszyscy ci moralni ekstremaliści mający się za rycerzy krzyżowych sami często w swoich życiowych wyborach i czynach, w swoich gestach wobec innych nie grzeszą moralną wrażliwością. Ba, często widzimy u moralnych ekstremalistów skrajne moralne (samo)zakłamanie, podwójne oblicza, egotyczną agresję, moralni ekstremaliści często w życiu robią rzeczy, do których (nawet przed sobą) się nie przyznają. Dlaczego? Bo jeśli ktoś na serio i uczciwie traktuje moralne wyzwania, nie pozostaje na ogół przy moralnym ekstremalizmie. Bo moralny ekstremalizm nie świadczy bynajmniej o moralnej wrażliwości, wręcz przeciwnie – raczej o etycznej demagogii, a więc niedojrzałości, nieznajomości i niemożności przyjęcia odmiennych perspektyw, o duchowym infantylizmie. Umiejętność zobaczenia jakiejś moralnej idei czy zasady z perspektywy innego odmiennego indywiduum, z perspektywy odmiennego losu, odmiennego cierpienia, odmiennych życiowych pragnień jest warunkiem etycznej wrażliwości. To zawsze niebezpieczne, kiedy decydujący głos w społeczeństwie (państwie) zaczynają mieć ludzi etycznie niewrażliwi, a z takimi mamy teraz do czynienia.

Ł.M.: Jeżeli mówimy o wątku gejowskim...

K.L.: Wielka szkoda, że w momencie, w którym w Polsce coś zaczęło się w tym względzie zmieniać w dobrym kierunku, nagle pojawił się na nowo knebel. Na przykład: co się kryje pod pozornie niepozbawionym pewnej słuszności zakazem promocji homoseksualizmu? Żeby było tak jak do tej pory, żeby jedno dziecko wyrastało w tradycyjnym obrzydzeniu do „zboczenia”, a drugie musiało się kryć przed światem z tym, co się w nim rozwija i co się w nim dzieje?

Katolicko-narodowi moraliści nie dostrzegają tych tysięcy, milionów wyrzuconych do kosza żyć, zmarnowanych w poczuciu odrzucenia i złamanego sensu istnienia, wstydu i zdeformowanej (nie przez homoseksualizm, ale przez ostracyzm społeczny) osobowości. 

W ogóle zresztą lepiej – zdaniem tych moralistów – żyć w świętych zasadach, które się potajemnie łamie, w rodzinach, które się potajemnie zdradza, żyć w tym dwoistym świecie utajonych wieprzów i świętych na pokaz. Byleby tego wszystkiego nie wyciągnąć na wierzch, byleby tym wszystkim nie deprawować dzieci, niech spokojnie wchodzą w dalsze zastępy naszego tradycyjnego narodowego samozakłamania. Ale, tak czy inaczej, jest to najwyżej kwestia przemiany jednego lub półtora pokolenia, żeby cały ten ciemnogród zszedł. Pewnym globalnym zmianom światopoglądowym nawet swojskim dewotom nie uda się zapobiec. Choćby wszyscy legli Rejtanem na ulicach...

Ł.M.: W mailu do mnie, po obejrzeniu Tarnation Jonathana Caouette’a, pisałeś: „Homoseksualiści pierwsi do tego dojrzeli, dlatego ten wiek staje się wiekiem homoseksualistów. I kościół, i bojkot samców i samic nic na to nie poradzi”.

K.L.: Homoseksualizm jest pewną energią i pewną perspektywą życia jednostki. Nikt z armii pięciogroszowych nauczycieli zdrowego trybu życia nie zauważa, ile w tej naszej niby tak moralnej historii było z tego powodu potwornie zdeptanych osobowości. Ile nieszczęść i głębokiej ludzkiej klęski naznaczającej na całe życie wynikało z obierania przez homoseksualistów fałszywej drogi, niemożności realizowania się ich w świecie swojej prawdziwej natury. To wszystko działo się zresztą nie tylko w wątku homoseksualnym, w ogóle w wątku erotycznym człowieka.

Ł.M.: Chyba wiele złego wyrządziło tutaj chrześcijaństwo.

K.L.: Zrobiło ogromne, niepoliczalne spustoszenia. Wielką krzywdę. Chrześcijaństwo to wielki proces religijny, który jednak powinien ewoluować. A skoro kościół dopiero dzisiaj zaczyna się nieśmiało przyznawać do tego, że ziemia jest okrągła, czyli do spraw, które były przedmiotem sporów kilkaset lat temu, to trudno wyobrazić sobie, że nagle dokona się tam rewolucja. A powinna. W kościele od stuleci trwa nieopisany lęk, żeby cokolwiek zmieniać, i ten strach jest jak najgorszy dla chrześcijaństwa, bo kumulują się w nim wszystkie możliwe lęki. Kościół katolicki stoi w miejscu i pęcznieje. Staje się puszką Pandory.

Ł.M.: W Polsce kościół to ciągle potęga.

K.L.: Trochę mnie to dziwi, że myślący człowiek na pewnym etapie własnego rozwoju duchowego nie dokonuje rewizji w perspektywie własnego myślenia o kościele. Boi się przyznać do błędu w chrześcijaństwie, tak jakby ten błąd popełnił... Pan Bóg. Panu Bogu podsuwa się nieboskie błędy. Bóg instancjonuje grzechy katolickiego kościoła. To perfidne.

Ł.M.: Kto przeszkadza kościołowi?

K.L.: Znowu na przykład homoseksualiści, którzy „obrażają” Boga. Albo światli ludzie, którzy domagają się przejrzenia kompletnie spartolonego modelu tak zwanej katolickiej rodziny. Rodziny, w której człowiekowi żyjącemu w tej, a nie innej przestrzeni kulturowej, obyczajowej i religijnej, kompletnie nie udaje się zachować szczęścia i spokoju. Rodziny w Polsce są także puszkami Pandory ukrywającymi w pancerzyku hipokryzji rozmaite nieszczęścia, dewiacje i choroby.

Ł.M.: Są kościółkami mikro?

K.L.: To miejsce, którego usilnie się trzymamy, a które – z drugiej strony – często nie pozwala nam na jakikolwiek mentalny rozwój, wreszcie ta tak zwana polska rodzina jest z reguły siedliskiem, w którym chronią się wszystkie skumulowane i pielęgnowane ludzkie agresje. W zamkniętych czterech ścianach te agresje wylewają się: jedna na drugą.

Ł.M.: Tam przecież wolno, nikt nie widzi.

K.L.: Ciekawe, jak wyglądałaby ankieta, której autorzy pokusiliby się o penetrację tej tzw. polskiej, chrześcijańskiej rodziny. Czy ludziom jest w niej dobrze?

Ł.M.: Odpowiedź brzmiałaby zapewne „tak”. A prawda?

K.L.: Mam duże wątpliwości.

Ł.M.: Kilka razy w tej rozmowie pojawił się już wątek gejowski. Kiedykolwiek miałeś problem ze swoim homoseksualizmem?

K.L.: Powiem rzecz chyba radykalną.

Bardzo żałuję, że we wczesnej młodości nie spotkałem kogoś, kto by mi w tym pomógł. Kiedy dwunastoletni, powiedzmy, chłopiec szuka pomocy, bo chce się określić w tym względzie, chce się dowiedzieć, co się dzieje z jego ciałem, natychmiast podnosi się wielki krzyk o deprawację.

A ja uważam, że gdybym w wieku 12 lat otrzymał od kogoś pomoc w wytłumaczeniu tego, co się ze mną dzieje, byłoby mi dużo łatwiej.

Ł.M.: W jakim sensie?

K.L.: Na pewno nie w sensie leczenia się z homoseksualizmu. To bzdury. Ja od samego początku dobrze wiedziałem, w którą stronę mnie pcha. To są determinacje pierwotne u człowieka. I mężczyzna (lub kobieta) powinni je jedynie rozbudzać i harmonijnie rozwijać, żeby były jakością i energią konstruktywną, a nie destrukcyjną. Żeby dawały szczęście i spełnienie, nie cierpienie, chorobę, frustrację i poczucie zagubienia. Permanentną chorobę gejów. Jeśli jakiś homofobiczny cymbał (słyszałem to niedawno u któregoś z naszych wiodących polityków) mówi z pełnym hipokryzji i źle skrywanej wyższości uśmieszkiem, że „homoseksualiści to po prostu nieszczęśliwi ludzie” – to ciśnie się na usta odpowiedź – „jeśli są nieszczęśliwi, to tylko przez ciebie i tobie podobnych”... Oczywiście, kiedy miałem 12, 13 czy 14 lat, homoseksualizm był absolutnym tabu.

Ł.M.: Co wtedy czułeś?

K.L.: Wiedziałem, że coś takiego jest. Ale homoseksualizm był zawczasu, jakby z dawna w psychicznym zamkniętym pojemniku, czegoś potwornego, obrzydliwego, wstydliwego, niemożliwego. Nie wolno było przyznać się do tego, nawet przed sobą. Nawiasem mówiąc, bardzo wielu gejów ciągle się przecież nie przyznaje. Aż do śmierci. Można powiedzieć, że większość gejów w Polsce się do tego nie przyznaje. W tym spory odsetek najbardziej wojowniczych, najgłośniej pyskujących homofobów.

Ł.M.: A to, że ktoś jest gejem, niestety często także widać...

K.L.: No właśnie, niektórzy prawicowi politycy nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć, że homoseksualiści potrafią bezbłędnie wyczuć, kto jest gejem, a kto nie. Nie dadzą się oszukać. A ponieważ to wiedzą, mają także świadomość, jak bezradne i żenujące jest publiczne samookłamywanie się tych ludzi.

Ł.M.: Samookłamywanie, życie w podziemiu: to także dobre określenia na kondycję homoseksualisty w ubiegłym wieku, w wiekach poprzednich.

K.L.: Niektórzy chcą, żeby to dalej w ten sam sposób funkcjonowało. Żeby homoseksualiści nadal gdzieś tam „pod ziemią” sobie gmerali, ale – broń Boże – nie było tego widać w pracy, na ulicy, w szkole. Bo tak było przecież przez setki lat.

Ł.M.: Przez setki lat trwał ten horror.

K.L.: I ja ten horror poznałem bardzo dobrze. Żyłem w nim. A przecież, poza wszystkimi innymi argumentami, to nie człowiek podejmuje taką decyzję. To dzieje się samo.

Może nawet we wczesnej młodości homoseksualnemu mężczyźnie wydaje się, że jego to nie dotyczy, bo przecież podobają mu się także dziewczyny, chce żyć „normalnie”. Mało tego, wydaje mu się, że jest Don Juanem, podrywaczem. Ale za jakiś czas wyrusza z domu i odnajduje się już jako zupełnie inny człowiek. Jak Mr Hyde... Doktor Jekyll i Mr Hyde to była typowa figura homoseksualisty z tamtej epoki.

Robił swoje, ale obok płynęło coś innego. Ktoś inny w nim płynął. Niezwykle poruszająco opisał to Marcel Proust w metaforze wchodzenia do ciemnej bramy, poza którą można było wreszcie zedrzeć maskę upadlającej praworządności. Człowiek za tą bramą przemycał swoje incognito, swoje „ja”, ale po wyjściu z powrotem wkładał płaszcz i stawał się znerwicowanym, niepewnym siebie typem. Ta tak zwana moralność chrześcijańska powalała na takie poniżenie? Na taki status człowieka? Na takie okropne życie?

Ł.M.: Ta sama „moralność” z zadowolonym z siebie rechotem przyjmuje gwałt na prostytutce albo seksafery. Bo to przecież takie swojskie klimaty, jurne chłopy, no i wszystko po bożemu.

K.L.: Ja tych ludzi nazywam „wieprzami”. Wieprz to człowiek, który nigdy nawet nie pomyśli, że może być dla kobiety lub dla faceta, z którymi chce iść do łóżka, obrzydliwy, niepociągający. On wymaga usług erotycznych.

Ł.M.: Krystianie, za co zostałeś wyrzucony z łódzkiej szkoły filmowej?

K.L.: Za homoseksualizm.

Ł.M.: Ale wprost?

K.L.: Nie, oczywiście, że nie wprost. Byłem już w tym czasie w swoim – spóźnionym wprawdzie – okresie buntu. Nagle poczułem się sobą, zaakceptowałem siebie. Po różnych doświadczeniach i przyjaźniach z ludźmi, którym bardzo wiele zawdzięczam, którzy pozwolili mi mówić o różnych rzeczach, nieoczekiwanie poczułem w sobie eksplozję. Wybuchłem. Na studiach zachowywałem się prowokacyjnie i skandalicznie.

Ł.M.: Czyli co, orgie?

K.L.: No tak, ale orgie to są rzeczy prywatne. Orgii nie pokazywałem. O orgiach plotkowano. Pedagodzy bardzo często plotkują.

Ł.M.: Podobno wyrzucono cię z „Filmówki” za brak talentu?

K.L.: Nie, wyleciałem za etiudę, którą zrobiłem. Komisja dopatrzyła się tam wątków homoseksualnych.

Ł.M.: A były?

K.L.: Nie wiem, miałem inne intencje... To był film o wpływie na siebie dwóch ciał, niedopasowanych ludzi, mieszkających w tym samym pokoju akademickim. Film o współistnieniu odruchów, temperamentów, niepokojów, przepływów. Ta etiuda, chyba zresztą udana, była takim moim poletkiem doświadczalnym. Komisja zobaczyła to, na co miała ochotę.

Ł.M.: Ciekawe, czy istnieje gdzieś w archiwach „Filmówki” ten film. Pokazany dzisiaj, byłby wydarzeniem. Interesowałeś się tym?

K.L.: Nigdy. Miałem i mam nadal wielki uraz do tej szkoły, chciałem jak najszybciej wymazać tamto doświadczenie z życia. Jest tylko jedna rzecz, w której brałem wówczas udział i której efektu ciągle jestem ciekaw. To etiuda Andrzeja Barańskiego. Zagrałem w niej główną rolę. Niewiele z tamtej przygody pamiętam, ale to było naprawdę intrygujące przeżycie. Byłem u Andrzeja jakimś dziwnym, trochę niepokojącym medium, które wyłaniało się nagle z jakichś drzwi...


Ł.M.: Barański był z tobą na roku, pokazywałeś mi kiedyś wasze wspólne zdjęcia.

K.L.: Lubiliśmy się. To był film zrobiony przez Andrzeja pod opieką Krzysztofa Zanussiego, który zresztą też, jak pamiętam, był jedną z jaśniejszych wówczas postaci na tej uczelni.

Ł.M.: Mówimy o twoim filmie, twoim życiu. Nie robisz żadnych uników, jesteś szczery i odważny. Tymczasem nigdy dotąd nie spotkałem wywiadu, w którym dziennikarz zapytałby cię wprost o twój homoseksualizm.

K.L.: Bo jest w tym coś upokarzającego, że trzeba wyjawić to, co właściwie powinno być czymś zupełnie naturalnym. I nagle to staje się sednem, tanią sensacją. Ja wielokrotnie mówiłem i pisałem o homoseksualizmie jako o swoim wewnętrznym doświadczeniu i naprawdę byłbym zażenowany, gdybym musiał jeszcze do tego dodawać to sakramentalne potwierdzenie, że „jestem”. Skoro tyle o tym mówię i piszę, znaczy, że jestem.

Ł.M.: Może geje potrzebują dzisiaj tego „jestem”?

K.L.: Może masz rację, dzisiaj trzeba się tłumaczyć z niewinności. Człowiek musi odbyć lustrację, żeby udowodnić, że jest/był niewinny. To również jest mentalność rodem z Trzeciej Rzeszy. Tam chodziło o rasę, żeby zdobyć pracę, żeby pełnić funkcje kierownicze. Widzę tu podobieństwa... i oczywiście nie o podobieństwo „win” tu chodzi, ale o motyw posądzenia o winę każdego. Jest to skaza myślenia, skaza mentalności człowieka widzącego świat resentymentem.

Ł.M.: Jako nauczyciel akademicki – profesor na Wydziale Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST – też będziesz musiał się zlustrować.

K.L.: Najpierw zadałem sobie pytanie, czy to zrobię, a następnie odpowiedziałem, że nie. Nigdy. Zawsze byłem człowiekiem bardzo wysoko sobie ceniącym autonomię. Żyłem na przekór i w gruncie rzeczy bardzo samotniczo. Z reguły byłem też sceptyczny wobec wszystkich rzeczy, które działy się w Polsce. Nigdy nie należałem do żadnego stowarzyszenia młodzieżowego, partii ani organizacji. Ani do PZPR, ani do „Solidarności”. Nie odpowiadało to bowiem mojemu poczuciu indywidualizmu, który zrodził się także jako przekora wobec trudnego dojrzewania. Zmuszenie teraz do takiego aktu lustracyjnego byłoby formą prostytucji. Nie godzę się to. Choćbym miał stracić posadę w szkole teatralnej, nie pójdę do lustracji.

Łukasz Maciejewski Autor: Łukasz Maciejewski Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny Członek Europejskiej Akademii Filmowej, Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych ("AICT") oraz Federacji Krytyków
Filmowych ("Fipresci").

Dyrektor programowy festiwalu "Kino na Granicy" w Cieszynie oraz festiwalu Grand Prix Komeda w Ostrowie Wielkopolskim.

Wykładowca na Wydziale Aktorskim w Szkole Filmowej w Łodzi oraz na Wydziale Dziennikarskim Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Laureat wielu nagród i wyróżnień dziennikarskich: między innymi statuetki "Uskrzydlony", "Dziennikarskiej Weny" oraz "Złotej Róży" za "nową jakość w krytyce filmowej", czterokrotnie nominowany do tytułu "Człowieka Roku Małopolski".

W 2017 roku opublikował tom "Aktorki. Odkrycia" oraz polsko-angielski album "Lupa / Maciejewski. Koniec świata wartości". Obie książki zyskały status bestsellera.


PODZIEL SIĘ
KOMENTARZE (0)
Komentuj Komentuj HEJT STOP!
Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]

Zapisz Zapisz stronę Magazyn+ Magazyn Pełny ekran Pełny ekran
Doktor Jekyll i Mr Hyde Krystian Lupa i Łukasz Maciejewski
REKLAMA
REKLAMA

© 1996-2018 Prawa autorskie zastrzeżone, ISSN 2299-9019
666
Bądź queer na facebooku