Kevin Spacey - aktor znany m. in. z serialu "House of Cards" i dwukrotny zdobywca Oscara - otrzymał w środę wspaniały urodzinowy prezent. Sąd w Londynie oczyścił go ze wszystkich zarzutów napaści seksualnej w pięciu przypadkach. Po zakończeniu procesu mocno poruszony Spacey odczytał krótkie stanowisko: "Chciałbym powiedzieć, że jestem ogromnie wdzięczny ławie przysięgłych za poświęcenie czasu na dokładne zbadanie wszystkich dowodów i faktów przed podjęciem decyzji. Chcę również podziękować personelowi w tym sądzie, ochronie i wszystkim, którzy opiekowali się nami każdego dnia, mojemu zespołowi prawnemu ... za codzienną obecność i to wszystko, co mam do powiedzenia w tej chwili. Dziękuję bardzo".
Wiele wskazuje na to, że nagonka medialna oraz burza w mediach społecznościowych nie do końca miała pokrycie w faktach. Czy to oznacza, że aktor, który został kompletnie zbanowany z ekranów kin wróci do Hollywood? "Wiem, że jest teraz wielu osób jest gotowych mnie zatrudnić, jeśli zostanę oczyszczony z tych zarzutów" - mówił jeszcze na początku lipca w rozmowie z "Die Zeit". Portal "Page Six" rozwiewa jednak nadzieje aktora. "Kto będzie chciał z nim pracował?" - pyta retorycznie jeden z hollywoodzkich producentów i dodaje "spójrzmy na tych wszystkich mężczyzn oskarżonych o przestępstwa seksualne, od Woody'ego Allena po Romana Polańskiego, oni wszyscy pracują w Europie".
W powrót gwiazdory do fabryki snów nie wierzy także ekspert PR Mark Borowski, który na łamach "The Guardian" podkreśla, że Spacey "jako aktor jest niezwykłym talentem", dodaje jednak, że "w dzisiejszych czasach rozrywka jest korporacyjna. W grę wchodzą ogromne sumy pieniędzy. Myślę, że jest bardzo mało prawdopodobne, aby duży biznes zapukał do drzwi Kevina Spacey'ego, podczas gdy ten poziom negatywnego rozgłosu krąży wokół niego. Nie sądzę, by Disney lub duże amerykańskie studia podjęły takie ryzyko".
(red)