Rodzicom tolerancja niedobrze się kojarzy...
W happeningu "Tolerancja w oczach dziecka", który odbył się wczoraj w Szkole Podstawowej nr 1, uczestniczyła tylko połowa uczniów. Dlaczego? - Zaprotestowali rodzice i wychowawcy, którym "tolerancja" skojarzyła się wyłącznie z niedawnym marszem homoseksualistów - komentują organizatorzy. O sprawie tej pisze krakowskie wydanie Gazety Wyborczej:
To mogła być wielka impreza dla dzieci z klas od pierwszej do trzeciej. Przyjechał teatrzyk z Glichowa, w którym występowali niepełnosprawni uczniowie, potem wszyscy wspólnie malowali symboliczne plakaty o drodze do drugiego człowieka. Były też cukierki, soczki i ulotki o konieczności organizowania w szkołach zajęć związanych z tolerancją. - Ludzie różnią się od siebie. Mają inny kolor włosów, oczu, skóry. Inaczej się ubierają. Są młodzi, starzy, niektórzy bardzo chorują. Wszystkim należy się szacunek. Właśnie to tłumaczyliśmy maluchom - opowiada Justyna Głuch, wolontariuszka z Towarzystwa Interwencji Kryzysowej.
TIK wygrało grant przyznawany przez Helsińską Fundację Praw Człowieka na prowadzenie w szkołach lekcji o tolerancji. Wybrało SP nr 1, bo szkoła sama zgłosiła taką chęć. Przez dwa tygodnie wolontariusze prowadzili zajęcia w siedmiu klasach. Akcja miała zakończyć się wielkim happeningiem.
Zaczęło się psuć na początku ubiegłego tygodnia. - Szkoła nagle zakomunikowała nam, że chce się wycofać - opowiada Wojtek Kordas z TIK. - Pani pedagog poinformowała nas, że dzwonią do niej rodzice z protestami. Początkowo chcieliśmy, żeby happening odbywał się na Rynku, a oni przestraszyli się, że zostanie skojarzony z tygodniem tolerancji organizowanymi przez gejów i lesbijki, o którym już wtedy w Krakowie było głośno. Nie pomogły tłumaczenia, że dzieci będą pilnowane przez 36 wolontariuszy, a miejsce malowania plakatów dodatkowo otoczone taśmą.
Ostatecznie zadecydowano, że impreza odbędzie się w szkole. Ale i tak nie przyszły na nią trzy klasy.
Wczoraj rano w podstawówce trudno było się dowiedzieć czegokolwiek na temat akcji. O tym, że w ogóle się odbywa, nie miała pojęcia ani pilnująca porządku woźna, ani nikt w świetlicy. Po kilku minutach błądzenia dotarliśmy do sali, gdzie występowały dzieci z Glichowa. Po skończonym przedstawieniu wszystkie poszły na drugie piętro malować plakaty. Połowę wiszącej tam tablicy informacyjnej zajmują treści religijne. Plakat "Uwierz, abyś i ty zmartwychwstał", informacje o nabożeństwach i mszach majowych". Jak te przesłania korespondują z niechęcią wychowawców i rodziców do akcji uczącej tolerancji wobec innych? Nauczyciele roznoszący uczniom farbki i wodę nie chcieli odpowiadać.
- To byłoby nieeleganckie, gdybym komentowała decyzję swoich kolegów - wykręciła się od rozmowy jedna z wychowawczyń.
To, że wielu rodzicom nie podobał się pomysł zorganizowania happeningu, potwierdzono w sekretariacie szkoły. - Owszem, były w tej sprawie telefony. Teraz wielu osobom takie imprezy kojarzą się tylko z piątkowym marszem - skomentowała jedna z sekretarek. Nie udało nam się wczoraj porozmawiać z wychowawczyniami klas, które podjęły decyzję o wycofaniu się z akcji. Obecna w szkole dyrektorka również nie miała czasu dla dziennikarzy. Ze wszystkimi pytaniami odesłała do szkolnego pedagoga.
- W happeningu wzięli udział ci, którzy wyrazili na to ochotę - powiedziała krótko Dorota Przybyło. Czy siedmio- i ośmiolatkowie naprawdę woleli siedzieć na lekcji, zamiast z kolegami malować plakaty? Tego już się nie dowiedzieliśmy, bo pani pedagog przerwała rozmowę, informując, że nie ma nic więcej do powiedzenia.
Towarzystwo Interwencji Kryzysowej ma zamiar opisać całą sytuację w raporcie z przebiegu akcji, który wysyła do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
(Gazeta Wyborcza)