Ta książka wywoła niemałe zaskoczenie, bowiem nie dostajemy opartej na faktach, pełnokrwistej opowieści o dojrzewaniu naznaczonym dramatem; nie dowiadujemy się też, jak funkcjonuje polskie środowisko LGBT, nie dostajemy galerii postaci, którymi szafuje telewizja z okazji kolejnych marszów równości. Mowa o „Brudnym różu”, debiucie Kingi Kosińskiej, niewielkiej książeczce o bardzo ważnym temacie. Jest to jedno z najbardziej odważnych i najmocniejszych wyznań ostatnich lat; szkoda tylko, że słabo napisanym. Dlaczego krytykuję już na samym wstępie? Ponieważ jest to jedyny, w tym przypadku tak naprawdę mało istotny, minus.
- Kuba Wojtaszczyk - Żeby przegonić namysł nad prostotą języka można wziąć pod uwagę podtytuł „Brudnego różu”, czyli „zapiski z życia, którego nie było”.
Książka jest pozbawionym szczegółowych dat pamiętnikiem, dziennikiem, strumieniem obdartych z krępacji emocji. Jest jeszcze wspominane „życie, którego nie było” – „Brudny róż” jest opowieścią o korekcie płci i o wszystkim tym z czym się ona wiąże: począwszy od problemów i dylematów z samym/samą sobą, przez rodzinę, przyjaciół, po raniące (eufemizm!) słowa i czyny społeczeństwa.
Kosińska ładuje czytelnika w sam środek akcji z osobą transpłciową w roli głównej: „Autobus był pełen ludzi, ale nikt nie usiadł obok mnie. Nie wiem, jak to wyglądało dla kogoś, kto patrzył z boku. Pewnie żałośnie. Gruba warstwa pudru, zbyt pomarańczowego, a pod nią zarost, choć przecież goliłam się rano przed wyjściem. I ta sztuczna wyniosłość maskująca ból”. Bum! I przed oczami przebiegają mi ludzie, z których w myślach zadrwiłem. Jednak Kosińska nie szuka poklasku, nie woła: współczujcie mi!; ona po prostu (wiem, że zabrzmi to koszmarnie) daje świadectwo. Co ważne jest to świadectwo zawsze w rodzaju żeńskim.
Rozpoczyna od dojrzewania, tylko, że do klasycznych pryszczy, mutacji, nadmiernej potliwości, Kosińska dodaje poszukiwanie własnej tożsamości. Była chłopcem, czuła się dziewczyną. Jednak dotarcie do tej prawdy nie było łatwe; zostało naznaczone nie tylko walką z zarostem i nadmiernym pudrowaniem twarzy, ale również ze społecznym tresowaniem. Autorka pisze: „Kiedy mówiłam, automatycznie podwyższałam głos, zdawałam sobie sprawę, że gestykuluję jak <
>. Nie umiałam nad tym zapanować. Koś zauważył, że chodzę jak <>. Wołali <>. To się rozkręcało. Ćwiczyłam męski chód i zaczęłam chodzić jak pokraka. Nic mi nie wychodziło. Czułam własną śmieszność”. Wyparcie siebie wzrastało z nagonką, do tego stopnia, że narratorka nie wiedziała już, czy może jednak jest hetero, a może homo. Na szczęście rodzice starali jej się pomóc.
Wybawieniem miała stać się korekta płci – w myśl, że to, co najbardziej przeszkadza znajduje się na zewnątrz. Jednak szykany pacjentów, lekarzy i personelu medycznego („Poranne mycie. Siostry pomagały pacjentkom, a jak przyszła moja kolej, to ta, która mnie goliła, postawiła obok mnie miskę i powiedziała, żebym się umyła sama”), a także sam fakt odbiegania wyglądu od wyobrażeń spychały Kingę w odmęty depresji.
Próby samobójcze nie powodowały katharsis, ale za to u innych niespodziewanie wymuszały ludzkie odruchy (sąsiad, który najpierw wyzywa bohaterkę, po próbie pomaga transportować dziewczynę z mieszkania). Czy faktycznie musi stać się coś tak bardzo namacalnego, znanego, wręcz w końcu „ludzkiego”, by można zaklasyfikować „innego/ inną” jako „swojego/ swoją”? Kosińska nie znajduje odpowiedzi. Czas spędza w szpitalach psychiatrycznych, nastawia się na kolejne drwiny, jednocześnie ze wszystkich sił (z różnym skutkiem) próbując utrzymać wiarę w to, że postąpiła słusznie, z własnym sumieniem. Co ciekawe im częściej Kinga „dostaje” od ludzi, tym bliżej jest Jezusa. Ukojenie znajduje w wierze, co dziwi – przecież Kościół (a może kościół?) wypiera osoby LGBT ze swojej orbity. Kosińska nie instytucjonalizuje religii, jednocześnie wyzbywa się jakiejkolwiek egzaltacji z modlitwy. Nie stawia się też w roli męczennicy, tylko stwierdza: „Ludziom się wydaje, że wierzący wymyślają sobie Boga w ucieczce przed samotnością. Ja w mojej samotności zaczęłam grzebać w sobie. Tam odnalazłam Jezusa, choć wcale go nie szukałam. Zrozumiałam, że jest częścią mnie”.
W momentach, w których czytelnik oskarża polskie prawo, nietolerancyjnych Polaków, polską służbę zdrowia, Kosińska wyłącznie pyta. To jest największa siła tej małej książki; na próżno szukać w niej zarzutów bohaterki wobec wszystkich tych, którzy w większy lub mniejszy sposób ją skrzywdzili. „Brudny róż” to też okazja do zastanowienia się na rolą i potrzebą „Innego”, a także mechanizmów go stwarzających. Kinga Kosińska wie, że praca nad obalaniem stereotypów nie ma końca. Jednak jest na nią gotowa.
Kinga Kosińska, „Brudny róż”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2015.
Dowiedziałem się o niej niedawno,jak poznałem Kingę w ,,Wierze i Tęczy "