Felieton
Wygrana austriackiej drag queen nadal zadziwia Europę, ale głównie w jej wschodniej części stała się sprawą na tyle obsesyjną, że producenci golarek zacierają ręce na myśl o dużym zysku. W szoku zapewne są i Austriacy, ale nie ze względu na postać Conchity Wurst (artystka była w kraju znana i lubiana jeszcze przed udziałem w konkursie, jej wygraną pochwalił sam prezydent kraju), ale na fakt, że ostatni raz tak ogromny sukces eurowizyjny odnieśli w… 1966 roku! Najbardziej zbulwersowani sprawą wydają się być jednak – tu niespodzianka! – Polacy, którzy nie dość, że przez kilka minut musieli patrzeć na „babę z brodą”, to jeszcze w finale zostali ograbieni przez jurorów ze 100 punktów.
Eurowizja – co roku ogłaszana ostoją kiczu – stała się „głównym nurtem kultury” (słowa te w programie „Kropka nad i” ku zdziwieniu prowadzącej wypowiedziała posłanka Wróbel), a przede wszystkim zaskakującym elementem kampanii przed zbliżającymi się wyborami. Trudno bowiem myśleć o gospodarce, finansach i rozwoju, kiedy międzynarodowy festiwal muzyczny wygrał gender. I choć Europejczycy z Zachodu już kilkanaście lat temu złapali trochę dystansu do Eurowizji, w Polsce temat potraktowano śmiertelnie poważnie. Sytuację tę do serca wziął sobie szczególnie Tomasz Adamek, który pofatygował się do Europejskiej Unii Nadawców z listem krytykującym regulamin Konkursu Piosenki Eurowizji. Widocznie tematyka ta – obok przemysłu na Śląsku i obrony Kościoła – jest obiektem szczególnych zainteresowań kandydata do Europarlamentu.
Zarzuty „uhomoseksualnienia” Eurowizji wysuwają również tegoroczni reprezentanci Polski. Pomimo iż Donatan jest (jak twierdzi) „w miarę tolerancyjny dla gejów i lesbijek”, szczególnie lesbijek, to nie chce, by mniejszość czuła się jak większość. Jednocześnie jest przekonany, że słaba ocena jurorów (przypomnijmy – ekipy jurorskie z Europy gorzej oceniły jedynie 3 piosenki) to efekt dyskryminacji koncepcji występu skierowanego do osób heteroseksualnych. Tak oto Eurowizja stała się kolejnym elementem zarządzanym przez światowe homolobby, a piosenka „My Słowianie”, która jeszcze kilka miesięcy temu była obiektem krytyki i wielu żartów zdobyła miano naczelnego dobra narodowego. Gdyby jednak faktycznie wyznacznikiem sukcesu było odnoszenie się do homoseksualności, to dlaczego Islandczycy w kolorowych strojach śpiewający o tolerancji skończyli rywalizację dopiero na 15. miejscu, a Macedonka szumnie nazywająca swoją propozycję „ukłonem w stronę środowisk LGBT” nie awansowała nawet do finału?
W tym chaosie jakoś nikt nie zauważył, że Eurowizję wygrała nie tylko „kobieta z brodą”, ale też piosenka „Rise Like a Phoenix” – jeden z niewielu utworów, w którym zamiast komputera można było usłyszeć instrumenty i który z pewnością zabrzmiałby jeszcze lepiej przy akompaniamencie orkiestry (regulamin Eurowizji nie dopuszcza jednak takiej możliwości). Wygrał też skromny występ, któremu niepotrzebne były ani spektakularny show, ani dodatkowe wsparcie wokalne, ani wyszukane efekty specjalne. Wygrała wreszcie autentyczność, prawda i otwartość towarzyszące artystce przez cały pobyt w Kopenhadze. Zapewne jeszcze więcej czynników złożyło się na pierwsze miejsce zarówno w głosowaniu widzów, jak i jurorów, ale przecież łatwiej jest tłumaczyć swoje porażki brakiem brody.
Nasze Słowianki zaprezentowały głównie piersi pani od ubijania masła i gdyby o to chodziło - nie miałyby sobie równych.
Co do wspomnianego kandydata do Europarlamentu: chwyta się czego tylko może, żeby zdobyć poparcie - wszak nic tak nie jednoczy jak wspólna niechęć. Banalne, ale co innego ma do zaoferowania bokser?
Muszę poszukać sobie tego listu. Ciekawe czy zaczyna się od słów: Droga Ełropejska Unio Nadafców, jestem urażony... :)
Jestem jedną z osób, którym nie podobał się polski występ. Dlaczego? Dlatego, że był to "tani" występ, z niedwuznacznymi gestami (odsłanianie ud pod spódniczkami, ubijanie masła, pranie tak by przyciągnąć jak najwięcej spojrzeń). Tak, zdecydowanie przyjemniej było patrzeć na Conchitę, niż na tą żałość, którą odstawiały Polki. Nachalne eksponowanie atrybutów płciowych jest żenujące. Jedyny "nieubrany" facet był w australijskim występie. A ten występ był świetny bo widać było że w prześmiewczy sposób odwołuje się do stereotypów, a nie je utwierdza.
Dodatkowe oburzenie (przynajmniej w moim przypadku) wynika z faktu, że według zasad punktowania jeszcze sprzed 5 lat zajęlibyśmy 5. miejsce i to można by rzeczywiście uznac za wybór Europy.
Najwyższe noty (2) dostaliśmy gdy występ był oceniany tylko przez jury. Ale wygodnie o tym zapomnieć, prawda? Anna Maria Jopek, też opierając się na głosach jury, zajęła 11 miejsce. Cyców nie musiała do tego pokazywać. Skoro zasady są jakie są, to polscy artyści muszą brać pod uwagę znaczenie opinii profesjonalnego jury, którego cycami się nie zawojuje.
Ja osobiście nigdy naszej piosenki nie lubiłem, nie lubię i z pewnością nie polubię. Wokal Cleo jest w moim mniemaniu, łagodnie mówiąc, męczący. Nie zmienia to jednak faktu, że to była reprezentacja Polski, która śpiewała w większości po polsku i pokazała trochę polskiej kultury. I za to rzeczywiście plus, bo na tle reszty krajów zdecydowanie się wyróżnialiśmy.
Czarnogórzec Cetković w ogóle nie śpiewał po angielsku. Włoska artystka odnosiła się i do kultury i śpiewała po włosku i też nie zajęła wysokiego miejsca.
No a tak na zakończenie. Jeżeli ktoś mi próbuje wmówic, że w przypadku Konczity wygrała autentycznośc, to odsyłam do ujęc, kiedy to przyznawano Austrii 12 punktów. Jej wzorowe aktorskie niemalże omdlenia przyprawiały mnie o mdłości i nic na to nie poradzę, ale w moim mniemaniu miało to tyle wspólnego z autentycznością, co Eurowizja z kunsztem muzycznym.
A mnie te ujęcia ujęły. ;) Nie wiem czy reżyserowane czy nie "omg, to się dzieje naprawdę!" pracowały na plus dla Conchity. Za tą skromność, choćby pozowaną.
No dobrze, dwunastki dostaliśmy z 4 krajów, ale to daje punktów 48. Z głosów widzów uzyskalibyśmy jednak prawie 4 razy więcej głosów, więc coś mi się wierzyc nie chce, że jedynie Polonia na wyspach ma tu swój wkład.
Dodatkowe oburzenie (przynajmniej w moim przypadku) wynika z faktu, że według zasad punktowania jeszcze sprzed 5 lat zajęlibyśmy 5. miejsce i to można by rzeczywiście uznac za wybór Europy.
Tylko, że te 5 lat temu i wcześniej to wyborem Europy Polska zajmowała miejsca w ogonie - nie głosowała na nas ani brać słowiańska, ani nikt inny jeśli nie liczyć Polaków na emigracji. W związku z tym powszechny krzyk się podniósł w Polsce, że koniecznie trzeba zmienić zasady, żeby nie było, że sąsiedzi głosują na sąsiadów i żeby wybór był bardziej bezstronny i profesjonalny. To właśnie Polacy najgłośniej domagali się wprowadzenia jury! No to teraz jury nas olały i znowu jest źle :-) Nota bene, w głosowaniu telewidzów dwunastki dostaliśmy w tym roku od Wielkiej Brytanii, Irlandii, Norwegii i Holandii (i może jeszcze kogoś). Tak się przypadkowo składa, że to tam najwięcej wyjechało Polaków i nie wydaje mi się, że to zaprzyjaźnieni z nimi miejscowi tak masowo słali te smski :-)
Klasy niestety brakowało osobom, które zaczęły węszyć spiski lub komentować że dziewczyny poruszały się jakby wyszły niedawno z burdelu...