Matematycznie na to patrząc: prawdopodobieństwo tego, że w dyskusji internetowej ktoś nazwie kogoś faszystą dąży do 1. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy obserwują zjawisko dokładniej. A nazwanie kogoś faszystą jest w zasadzie zakończeniem dyskusji. Teraz można już tylko milczeć albo używać wulgaryzmów, żeby wszystkich dokoła poobrażać. Prawdziwa dyskusja już się skończyła.Polska Sieć ma bogate doświadczenia w zakresie obrażania innych w komentarzach. Niechlubne i symboliczne miejsce zajmuje portal Onet.pl, który – jako najpopularniejszy w Polsce – stał się także ulubionym miejscem trolli. Wyrażenie „komentarz na Onecie” weszło nawet w pewien sposób do słownika potocznego, stając się synonimem wypowiedzi głupiej, pozbawionej sensu, klasy, smaku czy najmniejszych choćby przejawów inteligencji. Ale Onet.pl nie jest jedynym miejscem, gdzie realizujemy swoje niskie potrzeby. Na pierwszym lepszym portalu znaleźć można setki podobnych wypowiedzi. Jednym z ciekawszych przypadków są serwisy plotkarskie. Najmniejsza nawet informacja o celebrytach spotyka się z morzem szokująco głupich i obraźliwych słów. Także innastrona.pl nie jest w stanie ustrzec się przed osobami, które dyskusję sprowadzają do poziomu rynsztoka.
Skąd się wzięło chamstwo?Jak to się stało, że w świecie on-line tak chętnie wyżywamy się na innych? Badania dowodzą przecież, że 50 proc. osób, które na co dzień nie mają skłonności do agresji, w Internecie publikuje teksty świadczące o tym, że są zdolni co najmniej do morderstwa.
Sieć startowała jako struktura zupełnie nieanonimowa. Nie zapominajmy, że pierwsze maile wysyłali do siebie naukowcy, którzy testowali Internet i wierzyli, że za pomocą poczty elektronicznej uda się lepiej koordynować współpracę różnych ośrodków badawczych. Komercyjny Internet nie istniał. Jedynymi dostępnymi domenami mailowymi były te, które posiadały uczelnie i instytuty badawcze. Przed małpą zaś ciąg znaków zawierał nazwisko i imię osoby, która w danej uczelni pracowała. Wszystko było jasne – wiadomo było kto do kogo skąd pisze. Poza tym użytkowników Sieci było tak mało, że bez problemu można było ustalić tożsamość rozmówcy.
Potem wszystko się zmieniło. Pojawił się IRC, czaty ze zmiennymi nickami, serwisy mailowe, które nie wprowadziły ograniczeń co do nazw użytkowników… i się zaczęło. Wszyscy nagle pogubili się w tym, kto jest kim a Sieć stała się niemalże wzorowym przykładem tego, jak tworzone jest poczucie anonimowości wśród użytkowników.
Anonimowość kojarzy się zaś z bezkarnością. Jeśli nie wiadomo, kto odpowiada za dany czyn, wszyscy są niewinni. Oczywiście, że wrażenie to jest złudne, bo zostawiamy w Internecie dziesiątki sygnałów nt. tego kim jesteśmy i gdzie się znajdujemy. Najprostszy mechanizm liczący statystyki na stronie internetowej powie o internaucie nie tylko z jakiego miasta do nas klika, ale jakiego systemu operacyjnego używa, kto dostarcza mu Internet, jaką przeglądarką wszedł na naszą stronę, jaką ma rozdzielczość monitora i na jakiej stronie był zanim wszedł na naszą. Bardziej zaawansowane systemy pozwalają na dużo, dużo więcej. Anonimowość jest więc złudna. Ale jest. Gdzieś tam w nas drzemie przeświadczenie, że możemy w Sieci nagle się rozpłynąć – że zamknięcie okienka przeglądarki trwale odcina nas od tego, co robimy.
Hejterzy są wybredniHejty w Sieci mają jeszcze jedną przewagę, która łączy je z bronią dalekiego zasięgu. Tak jak trudniej jest zabić kogoś w walce twarzą w twarz a łatwiej rakietą dalekiego zasięgu, tak łatwiej wrzucić „na fejsa” obraźliwy komentarz niż powiedzieć to komuś prosto w twarz. Odległość od osoby, którą tak czy inaczej ranimy daje nam dystans, który buduje poczucie bezpieczeństwa. Wiemy, że obrzucony nie zareaguje, a jeśli nawet, to dużo później i w sposób, który może do nas nie dotrzeć. Nie czujemy się zagrożeni. Z filozoficznego punktu widzenia zajmował się tym m.in. Levinas, który mówił, że widok twarzy drugiego człowieka powoduje powstanie „obowiązku moralnego” wobec drugiej osoby. Obowiązek ten nie istnieje w Sieci.
Nie ma badań mówiących o tym, kto zajmuje się hejtowaniem w Sieci. Tak jak nie ma rzetelnych badań, które mówią, kto w ogóle z Internetu korzysta. Wydaje się, że niewiele jest osób, które zajmują się tylko i wyłącznie zamieszczaniem hejtów. To raczej pewna przypadłość, która może dopaść od czasu do czasu niemalże każdego/każdą z nas. W książce, która ma się niedługo ukazać – „Internetowa kultura obrażania?” – badacze szukają odpowiedzi na to, ile jest tak naprawdę hejterstwa on-line. Dr Krzysztof Krejtz, psycholog Internetu ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej i jeden ze współautorów publikacji stwierdza, że w przeprowadzonych badaniach w Internecie norma kultury jest przekraczana w mniej niż 1 procencie wszystkich wypowiedzi. Nie ma więc tego więcej niż w społeczeństwie.
Zaskakująco niski wynik? Wszyscy mamy wrażenie, że tych wypowiedzi jest dużo więcej. Najpewniej bierze się to stąd, że obraźliwe komentarze pojawiają się przy najbardziej poczytnych tematach. Kumulują się więc wokół tematów dotyczących gwiazd telewizyjnych, mniejszości narodowych, mniejszości seksualnych, poglądów politycznych i traum narodowych. Bardziej też przykuwają naszą uwagę niż komentarze pozytywne.
Tematyka komentarzy i komentowanych negatywnie wiadomości jest nie bez znaczenia. Większość z osób LGBT bardziej niż statystyczny Polak/statystyczna Polka zwraca uwagę na teksty poświęcone czy zahaczające o tematy „branżowe”. A tam hejtów jest więcej niż pod tekstami na temat nowej karmy dla psów czy przedłużających się negocjacji pokojowych na Bliskim Wschodzie. Możemy więc odnieść wrażenie, że negatywnych wypowiedzi jest dużo więcej niż 1 proc., o którym mówią badacze.
Gej gejowi nie odpuściMówi się, że hejterstwo to przypadłość typowo polska. Że gdy za granicą cieszą się, że Brad Pitt i Angelina Jolie przekazują kasę dla ofiar huraganu w USA i ratują życie innym, u nas anonimowi (bo jakżeby inaczej) komentatorzy podkreślają, że para kradnie dzieci na całym świecie a teraz szpanuje posiadaną kasą.
Jeśli rzeczywiście pisanie negatywnych komentarzy jest polską przypadłością, to można wyjść z założenia, że jest także przypadłością środowisk LGBT. Pod każdym tekstem, który pojawia się w portalach skierowanych do osób nieheteronormatywnych, ale i na blogach osób rozpoznawalnych pod każdym tekstem pojawiają się teksty, których w rzeczywistości pozawirtualnej raczej byśmy się wstydzili/wstydziły. „Życzliwi” komentatorzy nie skupiają się na treści informacji czy wpisu na blogu, a krytykują wygląd autora/autorki/bohatera/bohaterki czy też po prostu wylewają żółć, jaka im gdzieś ciąży.
O ile mogę przyjąć, że uchodzę za osobę kontrowersyjną i dlatego hejty pod moimi tekstami mnie nie dziwią, o tyle zaskakujące są tego typu wypowiedzi np. pod tekstami na temat – wydawałoby się, że lubianej przez wszystkich – Ani Grodzkiej. Pod jednym z wywiadów, jakie z posłanką opublikowała innastrona.pl jedna z komentujących osób trans wyraźnie i dobitnie podkreśliła, że nie życzy sobie, żeby osoba taka jak Grodzka ją reprezentowała.
Z tym „reprezentowaniem” mamy chyba rzeczywiście problem. To pozostałość z lat 90., gdy wyoutowanych osób LGBT było niewiele i przewijały się one przez wszystkie media. Tak właśnie Robert Biedroń został swego czasu „pierwszym gejem III RP” (cokolwiek w zasadzie miałoby to znaczyć). Wówczas w mediach traktowano środowiska LGBT jako monolit, zbiór osób bardzo podobnych do siebie, o zbliżonych poglądach i takich samych nawykach. Że dalekie jest to od prawdy, wszyscy dziś chyba wiedzą. Dlatego, gdy przedstawia się kogoś w trakcie dyskusji, jako przedstawiciela gejów, lesbijek, osób biseksualnych czy transpłciowych, budzi się w nas sprzeciw. Bo ani nikt takiej osobie nie dawał prawa do bycia reprezentantem/reprezentantką ani też i nigdy osoby te nie uzurpują sobie prawa do zajmowania tak zaszczytnej roli. Więc gdy wkurzy nas jakąś swoją wypowiedzią – zaczyna się hejterstwo.
Stanisław Mencwel z Corporate Profiles Consulting, firmy zajmującej się doradztwem strategicznym oraz analizami społecznymi i kulturowymi zauważa w „Newsweeku”, że takie ataki są także formą ataku na establishment. Atakujemy celebrytów, bo czujemy, że nie są wcale bardziej utalentowani czy lepiej wykształceni od nas, a jednak są traktowani lepiej. Podobnie z naszymi „przedstawicielami branżowymi” w mediach. Pojawiają się tam a przecież nie są wcale lepsi od nas. Sami/same jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że nas szansa zaistnienia – nawet tak głupiego i banalnego, jak pojawienie się w „Rozmowach w toku” czy „Pytaniu na śniadanie” – raczej nie spotka. Poczucie niesprawiedliwości pcha nas do tego, żeby dać upust swoim emocjom na Facebooku czy w komentarzach pod tekstami. Czujemy wówczas ulgę, bo możemy spróbować wybić kogoś z tego, co odbieramy subiektywnie jako nieuzasadnione samozadowolenie tych osób.
Nie oznacza to, oczywiście, że osobom publicznym czy działającym w sferze publicznej nie należy się czasem sprowadzenie na ziemię. Jesteśmy różni, ale równi – w tym banalnym haśle kryje się klucz do tego, by uznać, że komentarze (te nieprzychylne także!) są i powinny być mile widziane. I tak jak ja nie mam nic przeciwko rzeczowej dyskusji z osobami, które myślą inaczej niż ja i próbują swoje racje przedstawiać, tak najpewniej i inni/inne z chęcią podyskutują pod swoimi tekstami. Pod warunkiem, że będzie to dyskusja na poziomie. Najlepiej jeszcze – skupiona jakoś wokół tematu tekstu.
Innastrona.pl zapytała mnie jeszcze, jak sobie radzę z hejterami. Nie radzę sobie, nie czuję takiej potrzeby. Po prostu uczestniczę w wymianie komentarzy tylko wówczas, gdy dyskusja trzyma jakiś poziom. Gdy zaczyna się hejtowanie i obrażanie, wyłączam się i nie czytam dalej. Najzwyczajniej szkoda mi mojego czasu. Wiem, że to często nakręca hejterów, bo mogą powiedzieć, że dany autor/dana autorka boi się odpowiedzieć na ich komentarz albo nie wie co odpowiedzieć w świetle argumentów przytoczonych przez obrażającego/obrażającą. Ale nieuzasadniona mania wielkości hejterów nie jest już moim zmartwieniem.
PS. Mam też taką tezę, że teksty mojego autorstwa albo takie, w których pojawiają się moje wypowiedzi mają na innastrona.pl zawsze więcej „Nie podoba mi się” niż „Podoba mi się”. Jestem ciekawa, jak będzie tym razem.
Jej Perfekcyjność – osoba trans, socjolożka, medioznawca, doktoranta w Zakładzie Socjologii Kultury Instytutu Socjologii UW, działacz Samorządu Studentów UW, bloggerka, dziennikarz. Więcej na
facebook.com/JejPerfekcyjnosc
zobowiązuje to serwis do likwidacji wpisu łamiącego polskie prawo i zgłoszonego do moderacji
zgłaszajcie do moderacji - to jest remedium na ogromną ilość homofobicznych wpisów na różnych forach (wpisy te są sprzeczne z zasadami tych forów i często z polskim prawem)
A daj jakiegoś linka to ci paru podeśle :)
Podaję przykłady nie koniecznie z myślą o Tobie. Inni też to czytają ;) Chcę wyrażać się jasno, więc je podaję.
Podałam definicję "hejtera" jak ja ją rozumiem. Nie sądzę, by konkretne wypowiedzi w myśl mojej definicji było można definiować jako "szczere ale nie hejterskie". Jeśli komentarz jest ad rem i nie jest wulgarny, to raczej na pewno nie będzie hejtem.
Aż tak obawiasz się ocen innych, że potrzebujesz anonimowości, by móc szczerze wyrażać zdanie?
Podaję dane! Jeśli podpiszę się kiedyś "Marcin Górski", to rozpozna mnie zdecydowanie mniej osób niż jeśli podpiszę się "Jej Perfekcyjność". To jest moja dana osobowa. Tak samo jak mój wizerunek. A ten pojawia się przy każdej mojej wypowiedzi. Nieanonimowość polega też na tym, że zawsze pojawiam się pod tym samym imieniem i nazwiskiem.
:) Jest rozmowa ze mną na Onecie: http://facet.onet.pl/znani/kiedys-napisalem-na-pudel(...)kul.html
A tekstów nie ma większych. Mój doktorat jest o internecie (seks-czaty dokładniej, anonimowość ma tam duże znaczenie), ale to trzeba jeszcze z rok poczekać ;)
wywiad z Onetu gdzieś już kiedyś czytałem; ale temat doktoratu brzmi interesująco, jak będzie gdzieś kiedyś opublikowany to z chęcią poczytam :)
No racja. Brzmi bardzo fajnie, zupełnie mnie to wtedy nie dotyka. Tylko rzadko kiedy te błędy są tak oczywiste.
Najczęściej ludziom nie podoba się tło, bądź chcieli by zdjęć z innej strony czy perspektywy. W innym świetle.
Mówią że można to było zrobić inaczej. ( wg ich gustu )
Nie ma znaczenia czy chodzi o przykładowe prześwietlenie, czy też o kompozycję/perspektywę/tło. Dopóki ktoś krytykuje moją pracę, ma do tego prawo. Gdy zaczyna obrażać mnie, jako osobę, nie zgadzam się na to. Czym innym jest napisać "głupio zrobiłeś" a czym innym "jesteś głupi".
neguto:
I to jest rzeczowa krytyka. Ja z kolei nie zgadzam się z nią, bo uważam, że nie da rady poruszyć więcej aspektów a zarazem napisać tekst bardziej zwięzły. Te dwie rzeczy, moim zdaniem, się wykluczają w tym przypadku.
pruderyjny:
O nie, z tym się nie zgodzę. Nikt nie zasługuje na hejterstwo. Tak jak nikt nie zasługuje na bullying.
To tak jakbyś powiedział, że niektórych można poddawać bullyingowi, bo są głupi. Albo brzydcy. Albo źle ubrani.
Nikt na to nie zasługuje.
pruderyjny:
Nie, nie jest. Jeśli z czymś się nie zgadzam, mam prawo wyrazić opinię. Ale pod warunkiem, że piszę ad rem a nie ad personam i że nie obrażam innych ludzi. "Sukienka, którą masz na sobie jest nieładna" to co innego niż "W tej obrzydliwej sukience wyglądasz jeszcze gorzej niż na co dzień", prawda? "Nie sądzę, by homoseksualizm był chorobą" to co innego niż "Sam musisz się leczyć!", prawda?
pruderyjny:
Skoro masz jakieś zdanie, to czemu się go wstydzisz? A może wstydzisz się tego JAK to zdanie wyrażasz? Anonimowość pozwala na bezkarne bycie chamskim, niekulturalnym, niewrażliwym. Brak anonimowości nie ogranicza Twojej wolności wypowiedzi.
Nie będę się rozwodzić, bo szkoda mi czasu, ale zbyt wszystko upraszczasz; żyjesz w mylnym przekonaniu, że coś MUSI być albo czarne, albo białe, albo dobre, albo złe. I przykry jest dla mnie fakt, iż nie uważnie przeczytałaś mój komentarz, gdyż bardzo wyrazie podkreślam, jak ważna jest kultura w wypowiedziach, więc te przykłady były naprawdę zbędne. Poza tym "hejter" jest pojęciem względnym, gdyż dla jednych poniża innych, a dla innych szczerze się wypowiada na jakiś temat (oczywiście zakładając, iż nie mają miejsca żadne obelgi). A anonimowość pozwala nam wyrazić swoje całkowicie szczere i niezależne zdanie bez presji otoczenia i obawy, co inni o nas pomyślą. I szkoda, że będąc przeciwniczką anonimowości sama nie podajesz swoich danych osobowych :-|
No, c'mon! I tak jest przydługawy ;)
no właśnie IS chyba nie jest najlepszym miejscem dla takich tematów bo albo będzie "po łebkach" albo wyjdzie bug wie jaka publikacja którą mało kto przeczyta. A właśnie a propos, można gdzieś znaleźć twoje szersze publikacje w tym temacie, albo jakieś inne pozycje na ten temat?
ok, rozumiem; widzę że będę musiał sam poszperać :)
:) Jest rozmowa ze mną na Onecie: http://facet.onet.pl/znani/kiedys-napisalem-na-pudel(...)kul.html
A tekstów nie ma większych. Mój doktorat jest o internecie (seks-czaty dokładniej, anonimowość ma tam duże znaczenie), ale to trzeba jeszcze z rok poczekać ;)
qurczoslav:
"Dobry hejting" nie istnieje. Istnieje negatywna krytyka
A no to już chyba kwestia co pod tym hasłem rozumiemy. Jednolitej definicji raczej nie ma, więc chyba dla każdych rozważań będzie ona różnie kreowana. Rozumiem, że u Ciebie wygląda ona tak.
Wychodzę z założenia, że słowo "hejtowanie" pochodzi z angielskiego hate, czyli nienawiść. Nie ma "dobrej nienawiści" raczej, więc zakładam, że i hejtowanie nie może być dobre.
jejperfekcyjnosc:
"Dobry hejting" nie istnieje. Istnieje negatywna krytyka
A no to już chyba kwestia co pod tym hasłem rozumiemy. Jednolitej definicji raczej nie ma, więc chyba dla każdych rozważań będzie ona różnie kreowana. Rozumiem, że u Ciebie wygląda ona tak.