15 oraz 16 listopada w naszym kraju odbyły się dwa niezwykłe koncerty artysty, którego nie trzeba przedstawiać społeczności LGBT – Patricka Wolfa. Nie zabrakło i „branżowego” elementu na jednym z koncertów: polscy fani podarowali muzykowi tęczową flagę z napisem „Love knows no boundaries” – miłość nie zna granic.Patrick Wolf to postać z trochę innej epoki muzycznej: obdarzony głębokim, mało popowym głosem multiinstrumentalista (ostatnio zafascynowany harfą) dziś może zaskakiwać. Do tego ubiór rodem z klubu dziewiętnastowiecznych dandysów. Jednak pomimo tego mało komercyjnego wizerunku jego twórczość zyskuje sobie coraz szersze rzesze fanów. Wolf (a właściwie
Patrick Denis Apps) pojmuje muzykę i swoje koncerty w dość niezwykły, jak na nasze czasy, sposób: jako teatr, pole do popisu dla swoich szerokich, nie tylko muzycznych, umiejętności, mównicę polityczną, a nie tylko tanie, efekciarskie show.
Wolf odwiedził Polskę po raz pierwszy dopiero w
kwietniu tego roku - po prawie dziesięciu latach czynnej kariery i koncertowania – i tak mu się u nas spodobało, że postanowił przyjechać jeszcze raz (i jak zapowiadał, nie ostatni), tym razem na dwa koncerty. Poprzednim razem przywiózł ze sobą fantastyczny support w postaci
Rowdy’ego Superstara, czarnoskórego magika muzyki odzianego w brokatowy kostium oraz narzeczonego,
Williama Pollocka. To właśnie ogłoszenie
zaręczyn Patricka z Williamem i zapowiedź wstąpienia w związek partnerski w przyszłym roku sprowokowało akcję fanów przeprowadzoną w Warszawie, o której za chwilę...
Listopadowe występy muzyka w Polsce objęły tym razem nie tylko
Warszawę i klub Stodoła, w którym Wolf grał już w kwietniu, ale także
mały wrocławski klub Firlej. Frekwencja na koncertach dopisała, jednak obyło się bez tłumów i tłoku. Przed wydarzeniami odbyły się spotkania typu
meet&greet, będące dla 25 wybranych osób szansą na rozmowę z Wolfem w cztery oczy, autografy i wspólne zdjęcia. Patrick w bezpośrednim kontakcie okazał się niezwykle serdeczny i uśmiechnięty, nie sprawiał wrażenia znudzonej wielbicielami gwiazdy. Zapewniony, że ma w Polsce
duże grono fanów ze społeczności LGBTQ, bardzo się ucieszył. Krótka rozmowa, zdjęcie i pozostało już tylko oczekiwać na koncert…
Supportem obydwu występów była tym razem
Chinawoman. Pod tym pseudonimem występuje kanadyjska wokalistka rosyjskiego pochodzenia, która dzięki swojemu niezwykle niskiemu głosowi dopasowała się do queerowej aury koncertów Wolfa. Specyficzna muzyka artystki, pokusiłabym się o określenie „vintage”, wprowadziła nastrój zadymionych jazz klubów lat 20. i 30. XX wieku. Jej koncerty okazały się jednak odrobinę zbyt melancholijne, o czym pod koniec występów świadczyły zniecierpliwione szepty wśród publiczności, zwłaszcza we Wrocławiu, gdzie na małej przestrzeni pod sceną szybko zrobiło się duszno i gorąco.
W końcu jednak na scenę wszedł Patrick wraz ze swoim zespołem – równie barwnym jak on sam, złożonym ze skrzypaczki, saksofonistki, kontrabasisty i perkusisty. Sam zagrał na skrzypcach, harfie, pianinie, ukulele… Setlisty obydwu występów obfitowały w przeboje, nie zabrakło jednak niespodzianek, utworów granych rzadko, nietypowych aranżacji.
Wrocławski koncert rozpoczął się nastrojowym „Hard Times”, zupełnie różniącym się od albumowej, szybkiej wersji. W pamięć zapadły zwłaszcza takie utwory jak „Pigeon Song” - jedna ze starszych piosenek z piękną linią skrzypiec, „The Gypsy King”, czy „The Tinderbox”, którego pierwsze słowa Patrick wypowiedział w półmroku w niemal absolutnej ciszy. Nie zabrakło jednak największych hitów – jakkolwiek to określenie kuriozalnie brzmi w odniesieniu do artysty z kręgu muzyki zdecydowanie alternatywnej. Zabrzmiało więc „House”, „Bachelor” - przy którym Wolf zrzucił marynarkę ukazując lśniącą cekinami kamizelkę, czy „Tristan” z interesującą partią saksofonu. Publiczność poruszyły również optymistyczne, nastrajające do tańca „Get Lost”, czy szybkie elektroniczne „Together”. Przy okazji „Bermondsey Street”
w górę poleciały uzgodnione wśród fanów bańki mydlane, co rozluźniło atmosferę i dało piękny efekt wizualny. Na bis dostaliśmy między innymi „The City”, przy okazji którego Patrick próbował zawzięcie powiedzieć kilka słów po polsku.
Koncert warszawski poprzedziły intensywne przygotowania, niespodzianką miała być tym razem akcja z tęczową flagą, którą udało się zrealizować dzięki pomocy Prideshop.pl :) Fanowskie akcje nie zawsze są trafionym pomysłem, jednak ta niosła ze sobą przesłanie i dobrą energię. Początkowo
flaga była pomyślana jako forma życzeń na nową drogę życia dla Patricka i jego partnera. Pomysł jednak ewoluował i w efekcie w Warszawie powstał napis
„Love knows no boundaries” – „Miłość nie zna granic”, cytat z utworu
„Bermondsey Street”, traktującego o miłości bez względu na płeć, rasę czy wyznanie.
„Bermondsey street” było czternastą z kolei piosenką, przed akcją flagową było więc sporo czasu, by nacieszyć się koncertem. Po supporcie (kolejny udany występ Chinawoman, brawo!) Patrick pojawił się na scenie w naciągniętym na głowę dużym kapturze, co dodało tajemniczości pierwszej piosence – „Wind in the wires”, powolnemu, nastrojowemu utworowi. Następnie zagrano rytmiczne „Bluebells” - dobry numer na rozruszanie publiczności na start koncertu, oraz „House”, którego początek grany był przy przygaszonych światłach. Następnie dostaliśmy „The Libertine”, wyróżniający się oryginalnym duetem skrzypiec i ukulele oraz szybkim, rytmicznym końcem.
Podczas „The Days” Wolf po raz pierwszy na warszawskim koncercie zagrał na harfie. Było to swoistą zapowiedzią „Bermondsey Street”, które zaczyna się od charakterystycznego motywu granego na tym instrumencie.
Patrick dopiero po chwili zauważył tęczę – i momentalnie jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Zszedł ze sceny, odebrał flagę z naszych rąk i rozpostarł nad głową, co wywołało burzę oklasków. Po wykonaniu utworu powiedział jeszcze
kilka słów na temat równości i akceptacji - bez obaw o reakcję społeczeństwa. „Jeśli komukolwiek nie podoba się to, jaki jesteś, to jego problem, musi się z tym pogodzić – w końcu mamy XXI wiek” - zakończył.
Następnie „Vulture” – utwór z założenia erotyczny, zwłaszcza dzięki teledyskowi. Patrick postanowił widocznie podtrzymać taką atmosferę, wyraźnie kokietował tańcem zachwyconych fanów z pierwszych rzędów. Ostatni utwór przed przerwą to „Together”, na którym publiczność, a zwłaszcza ta część z nas, która była odpowiedzialna za flagę, trzymała się zgodnie za ręce…
Na bis dostaliśmy wyczekiwane, odśpiewane chóralnie przez publiczność „Magic Position” i już na sam koniec „The City” z długim saksofonowym solo. Jeszcze tylko wspólny ukłon zespołu przed publicznością… Koncert kończy się, wychodzimy, słyszę same pozytywne opinie. Było zachwycająco.
Listopadowe koncerty Patricka Wolfa w Polsce można podsumować cytatem z twórczości Chinawoman.
„It doesn’t matter what you create, if you have no fun” – jeśli nie ma radości, nie ma znaczenia co tworzysz…
A panom młodym Pollock-Apps życzymy szczęścia i czekamy na więcej ekscytujących występów w naszym kraju!
Weronika Maria Irmina - łodzianka, studentka międzynarodowych studiów kulturowych. Pasjonuje się podróżami, teorią gender i szeroko pojętą kulturą queer oraz działalnością obywatelską. W wolnym czasie realizuje się w rysunku i tworzeniu biżuterii.
I przepraszam niniejszym wszystkie osoby z tyłu, że przy 190 cm wzrostu stałem pod sceną. Sory ;p
"statni utwór przed przerwą to