Zjechać „Burleskę” nietrudno i polska prasa pewnie to zrobi. Ale można też wrzucić se na luz i stwierdzić – szczególnie po przeczytaniu wszystkich miażdżących recenzji tego filmu – że wcale nie jest aż tak zły. I wtedy zastanowić się, jaki sens ma przyłączanie się do chóru prześmiewców.Przepis na mainstreamowy hit kultury gejowskiej? Gatunek: musical. W jednej głównej roli - gejowska ikona. W drugiej - piosenkarka z szansami na status gejowskiej ikony w przyszłości. Do tego historia miłosna oraz gej na drugim planie. Treść? Hmmm...
Fabuła "Burleski" jest prosta i przewidywalna. Ali, młoda wieśniara z wielkim głosem, czyli debiutująca na dużym ekranie
Christina Aguilera, przybywa do Los Angeles. Ląduje w klubie z neoburleską jako kelnerka, chociaż wolałaby jako tancerka, a najlepiej jako wokalistka. Tess, jej szefowa, czyli powracająca na duży ekran po siedmiu latach
Cher, po wielu namowach zgadza się przesłuchać dziewczynę.
Talent wychodzi na jaw. Borykający się z problemami finansowymi klub powoli zaczyna zyskiwać nowych klientów. Ali daje czadu kolejnymi kawałkami, a po godzinach flirtuje z prostolinijnym Jackiem (
Cam Gigandet), barmanem, którego początkowo brała za geja, oraz przebiegłym Marcusem (Eric Dane), rekinem biznesu, który chce wykupić klub i postawić na jego miejscu apartamentowiec. Następuje seria perypetii. Jednocześnie Tess walczy z widmem bankructwa, na duchu podtrzymuje ją niezawodny przyjaciel i współpracownik gej – Sean (
Stanley Tucci). Tancerka Nikki (
Kristen Bell) przesadza z używkami, a tancerka Georgia (
Julianne Hough) zachodzi w niechcianą ciążę. W tle w pikantnych burleskowych występach udziela się prawdziwa lubieżna „ciota” Alexis (
Alan Cumming, biseksualny poza ekranem). Wszystkie wątki w końcu zaczną nieuchronnie zmierzać ku szczęśliwemu zakończeniu. Tak nieuchronnie, że czasem zahaczają o, albo i przekraczają, granicę śmieszności.
Numery muzyczne bronią się. Cher jest divą, jak należy - ma boskie otwarcie z „Welcome to burlesque” a potem moment refleksji przy „You haven’t seen the last of me” (Złoty Glob). Christina wykonuje aż 8 piosenek, w których stopniowo przechodzi od „niewiniątka” do „ostatniej zdziry”, co symbolizuje coraz ostrzejszy makijaż. Sprawdza się i w standardach ("Something's got a hold on me" Etty James), i w zadziornych numerach z erotycznymi podtekstami ("But I am a good girl"), i w balladach ("Bound to you" napisane specjalnie przez Się).
Stroje są skąpe i świecące, choreografia opiera się na wydatnych biustach, wypiętych pupach i dłuuuugich nogach odpowiednio wyzywających tancerek. Brak seksownych tancerzy (szkoda) muszą rekompensować aktorzy spoza burleskowej sceny: Cam Gigandet jest ładny w typie „chłopak z sąsiedztwa” (miga gołym tyłeczkiem), Eric Dane prezentuje styl jak z menatplay.com, a na trzecim planie - zabójczy brunet David Walton jako kochanek Seana.
Dialogi Cher i Stanleya Tucci pisał chyba inny scenarzysta niż dialogi Aguilery i Cama Gigandeta. Pierwsze
błyszczą humorem i ostrymi puentami, drugie
toną w banałach i ciągną się jak w telenoweli. Zresztą cały wątek miłosny jest tak staromodny i kiczowaty, że…aż bawi – niewiarygodne, ile można ględzić zanim pójdzie się do łóżka! Ale są też chwile „prawdziwie” dowcipne – na przykład, gdy Jack staje przed Ali nago i zasłaniając strategiczne miejsce paczką herbatników, pyta: „chcesz ciasteczko?”
„Burleska” nie jest ani wybitnym osiągnięciem, ani katastrofą. A nawet jeśli katastrofą bywa, to w kampowym stylu, co przecież niekoniecznie jest wadą - na moim seansie część publiczności bawiła się znakomicie, choć wybuchy śmiechu nie zawsze miały miejsce we „właściwych” momentach.
Film został przyjęty przez krytykę z mieszanymi uczuciami. Pisano o trafionym pomyśle obsadowym i o aktorstwie Aguilery powyżej (niewygórowanych) oczekiwań, o dobrze sfilmowanych numerach tanecznych (reżyser Steven Antin ma na koncie wiele muzycznych clipów)...ale i o schematycznym scenariuszu, któremu brak szerszego kontekstu, jaki posiadał np. słynny „Kabaret” oraz o piosenkach, które niezbyt wpadają w ucho. W sumie negatywy przeważyły - tylko trzydzieści siedem procent recenzji na opiniotwórczym portalu rottentomatoes.com było pozytywnych. Ale, co ciekawe, na flixster.com, gdzie na filmy głosują przede wszystkim kobiety - siedemdziesięciu dwóm procentom użytkowniczek "Burleska" się podobała. Klapy w kinach nie było: film kosztował 55 mln dolarów, a zarobił jak dotąd prawie 90 mln.
"Burleska" otrzymała 3 nominacje do Złotych Globów, w tym dla najlepszej komedii/musicalu, co przyjęto z wielkim zdziwieniem. Pojawiły się nawet teksty sugerujące, że spece od promocji przekupili dziennikarzy głosujących na Globy.
Kilka dni temu ogłoszono nominacje do Złotych Malin, czyli antyoscarów, nagród dla najgorszych filmów roku. Cher "zdobyła" nominację dla najgorszej aktorki drugoplanowej. Znalazła się w doborowym towarzystwie - obok dwóch innych ikon gejowskich -
Lizy Minnelli za kilkuminutowy, mocno gejowski (Liza udziela ślubu Stanfordowi i Anthony’emu i śpiewa „Single ladies”) epizod w "Seksie w wielkim mieście 2" i
Barbry Streisand ("Poznaj naszą rodzinkę").
Jeśli dodamy do tego, że niekwestionowaną królową Malin w całej ich 31-letniej historii jest
Madonna... , to nasuwa się pewna sugestia. Wprost sformułował ją Ben Scuglia, dziennikarz goldderby.com – portalu śledzącego nagrody amerykańskiego przemysłu muzycznego i filmowego. Wśród uprawnionych do głosowania na Oscary czy Maliny jest nieproporcjonalnie dużo "sztywnawych heteryków". Może dlatego np. oczywiste głupoty w hetero-kultowych filmach o Jamesie Bondzie nigdy nie doczekały się należytego obśmiania od Malin? (nie licząc – a jakże! - dwóch nominacji dla Madonny za epizodyczną rolę i piosenkę w "Śmierć nadejdzie jutro") Natomiast gejowskie hity ciut niższych lotów są skrzętnie wyłapywane:
Pierce Brosnan, owszem, dostał raz nominację do Maliny. Za co? Za "Mamma Mia!"! Bzdur z choćby serii "Amercian Pie" czy "Jackass" nie zauważono...
Więc skoro Jacek Szczerba, czołowy krytyk filmowy "Gazety Wyborczej", fan Bonda, potrafi opublikować sążnisty - i poważny! - artykuł o swoim idolu, to może nie ma się co żenować mieliznami scenariusza "Burleski"? Od sto razy gorszych mielizn w historiach agenta 007 przecież aż się roi i heterycy nie robią z tego problemu... Może więc wziąć z nich przykład i nie wstydzić się shitowej wersji kultury gejowskiej tak jak oni nie wstydzą się shitowej wersji kultury maczo?
Cher i Christina nie są w niczym gorsze od Bonda, Vina Diesela czy Schwarzeneggera!A na pewno mają od nich więcej poczucia humoru, również na własny temat. Na deser obie gwiazdy w cytatach z wywiadów udzielonych przy okazji
"Burleski"- Cher o tym, jak to robi, że w „Burlesce” wygląda tak olśniewająco:
Kochanie, ja sama nic nie robię, to 50 osób codziennie przez 2 godziny pracowało nad moim wyglądem - Christina o tym, czy dostała jakąś ważną radę od Cher podczas zdjęć do filmu:
Owszem, dostałam: "Nie martw się mężami, martw się o siebie - oni przychodzą i odchodzą, a ty zostajesz ze sobą, z Christiną" - Christina o tym, jak jej się pracowało z Camem Gigandetem:
Super, to było jak zabawa w kotka i myszkę. Ja byłam kotkiem. - Cher o tym, czy wciąż preferuje młodszych facetów:
Tak, z tym że teraz nawet starcy są młodsi ode mnie. - Cher o tym, czy kłóciła się na planie z Christiną:
Ja? Z Christiną? Nigdy! Natomiast były karczemne awantury między reżyserem a producentem. Chłopaki wrzeszczeli na siebie bez przerwy. Nawet nie wiem, czy po tym wszystkim oni nadal są razem.
Liczyłam na coś innego.
- Cher, która, biedaczka, nie może się uśmiechać z powodu zbyt ponaciąganej skóry na policzkach
- Aguilery, wystylizowanej na Hannę Montanę, psującej stawy i zdzierającej gardło na tle lampek, błyskotek i innych ozdób choinkowych
- Współlokatora Aguilery, puszczającego się z ową, nie bacząc na swoją narzeczoną. Plus za tyłek.
i o co tyle krzyku, panowie?
Jeśli ten film jest niczym gejowska fantazja, to chyba powinienem zacząć szukać męża wśród hetero, pzdr.