Rozmowa z Tomaszem Bączkowskim, Prezesem Fundacji Równości, i Marcinem Pietrasem, dyrektorem programowym Festiwalu Równości 2008, w rozmowie luźnej acz służbowej, podsumowującej przygotowania do festiwalu filmowego.
Rozmowa z Tomaszem Bączkowskim, Prezesem Fundacji Równości, i Marcinem Pietrasem, dyrektorem programowym Festiwalu Równości 2008, w rozmowie luźnej acz służbowej, podsumowującej przygotowania do festiwalu filmowego.
Co się stało z SubWersją?
To znaczy?
Festiwal zrezygnował z tej nazwy...
No tak. To był dylemat. Po pierwszych spotkaniach i nakreśleniu planów na następną trzylatkę okazało się po prostu, że ta nazwa już nie pasuje. Miała podkreślać niszowość, elitarność, podskórność, a obieramy kierunek poniekąd przeciwny: otwartość, wielorakość, w porywach komercja. Te dwa światy do siebie nie przystają.
Co się w takim razie zmieniło?
Przede wszystkim repertuar. Właściwie nie mamy offu i dokumentu, o którym sam pisałem z Berlina, że był w tym roku nadreprezentowany. Wiele z tamtych premier jest naprawdę bardzo dobra, ale one i tak pojawiają się na przeglądach LGBT i nie tylko. Dobremu dokumentowi łatwiej się przebić do powszechnej, nie tylko branżowej świadomości.
Mówi się wręcz, że dokumenty przejmują rolę fabuły, robią się 'kinowe' i są często od nich lepsze w opowiadaniu.
Najlepszym przykładem/ Królowa Raquela/ - w Berlinie zdobyła nagrodę Teddy jako fabuła i z tego co wiem, zostanie z kilkoma innymi tytułami - /Football Under Cover/, /Be Like Others - /pokazana jesienią podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego. /Jihad for Love /właśnie wchodzi do kin amerykańskich, u nas zawitał już na Planet DocReview. Naprawdę warto je zobaczyć, tam najlepiej widać aktualny i dramatyczny wymiar homoseksualizmu.
No tak, sam fakt, że inscenizowany dokument zwycięża w kategorii fabuły, mówi za siebie. Ale to znaczy, że z naszą koncepcją kina fabularnego jednak idziemy pod prąd i ustawiamy się w niszy...
I tak, i nie. Właśnie po to ją eksplorujemy, żeby przestała być niszą. Do polskich kin trafiają tylko tytuły z nazwiskami w obsadzie, a nie łudźmy się, uniwersalnych arcydzieł pokroju /Brokeback Mountain/ nie doczekamy częściej, niż raz na dekadę. Wielu innych produkcji w kinach nie ma i nie będzie, nie dlatego, że są złe, ile raczej przeznaczone są na inny rynek, bardziej 'użytkowy': do kablówek albo od razu na DVD.
Masz na myśli wszystkie te paratelwizyjne produkcje w stylu /Eating out/, obecne także na wielu festiwalach LGBT?
Mnóstwo jest takich małych, niezależnych tytułów. /Boy Culture/, który pokazujemy. Albo uroczy /Ethan Green/. Nasze kina zalewa tak potworna ilość masowej konfekcji, że nawet banalna gejowska komedyjka mogłaby się okazać na przyzwoitym poziomie. Tyle, że właśnie - jest gejowska. I tania. I nie ma gwiazd. Na Zachodzie tę lukę wypełnia DVD i telewizja LOGO.
Właśnie, a propos telewizji: nawet ostoja latających cycków, Playboy, złamał się i zaczyna nadawać dla gejów. My możemy tylko wzdychać, czemu nie u nas i kiedy. No właśnie: czemu...?
Bo nie istnieje rynek. Playboy jako ostoja heteronormatywności jest doskonałym przykładem, że na Zachodzie to homoseksualny klient dyktuje warunki. Za duże pieniądze przechodzą nadawcom koło nosa. W Polsce geje i lesbijki wciąż nie są postrzegani jako grupa, do której warto się zwrócić, tylko jako zjawisko, podbijające bębenek sensacji i wskaźniki oglądalności. Zwykły film o perypetiach miłosnych Niny nikomu nic nie podniesie, już lepiej puścić kolejną miałką 'historię prawdziwą' o molestowanej żonie. Pod tym względem w Polsce do przodu wysforowała się literatura, robi się jej sporo. Ale już /Rainbow Collection /na DVD, z hukiem inaugurowana pod koniec 2007, roku utknęła na jednym tytule, i nic nie zapowiada ciągu dalszego.
Chyba problem trochę w tym, że my sami, chowani na filmach ściąganych z internetu, nie jesteśmy do końca świadomi swojej siły nabywczej.
Ale też często nie zdajemy sobie sprawy z bogactwa oferty, która pozostaje poza naszym zasięgiem. Pozory dostępności w internecie są mylące, bo jeszcze trzeba wiedzieć czego szukać, a najlepiej, żeby było z polskimi napisami. To ogromny zmarnowany potencjał dla obu stron. Tego typu refleksja pojawia się powoli u decydentów rozrywki, polskie tv już nie tylko pokazują /Braci i siostrzy/ czy /Willa i Grace /ale myślą o /Queer as Folk/, póki co bez rewolucyjnych decyzji...
To byłby kamień milowy. Wszyscy znamy już obie wersje na pamięć, a dziewczyny swój /L Word/. Wyemitowane w TV miałyby inną siłę rażenia, badania pokazują, że są lubiane przez kobiety, zostaje przełamana bariera obcości i wieczne domysły: 'jak oni właściwie żyją', nie mówiąc już o 'jak TO robią'...
Kto wie, może emisja miniserii BBC /Linia piękna/ (niestety nie udało się nam w tym roku jej sprowadzić) zrobiła by w oswajaniu widzów, rynku i nas samych więcej, niż niejedna drętwa dyskusja ideologicznych przeciwników, obrzucających się abstrakcyjnymi argumentami.
Skoro o /Linii piękna /mowa, wróćmy do Festiwalu. Nie ma tego serialu, ani /Queer as Folk/, ani /Willa i Grace/...
Wobec imprezy z telewizją w nazwie to brzmi prawie jak zarzut. Okazało się, że rozmowy z telewizjami są wyjątkowo trudne. Od koncernu Disneya łatwo się odbić piłeczką nawet po długich tygodniach monitów. Z firmami obecnymi w Polsce wcale nie jest łatwiej. Jesteśmy o pewną wiedzę mądrzejsi i o telewizyjny repertuar na przyszłe lata zaczynamy walczyć już teraz.
Czyli porażka?
W żadnym wypadku. Mamy animacje: /Queer Ducka/, /Ricka i Steve'a/, których pokazywać będziemy za darmo w foyer kina Luna, mamy piękny /Letni dzień/, a dla spragnionych /QAF/ pozostaje /Boy Culture/, analogie w stylistyce są ewidentne. Procentowo w skali kilkunastu fabuł to niezły wynik. No i - jak mówiliśmy - wiele z pozostałych produkcji i tak trafia głównie na ekrany telewizorów. Z drugiej strony osobiście uważam, że lepiej pokazać ze trzy świeże i ciekawe fabuły, niż kilka odcinków serialu, który i tak jest doskonale znany.
Odkryłem, że kilka z festiwalowych filmów też już krąży po sieci...
Fakt. Ale należę do staromodnego gatunku widza, który uważa, że filmy nakręcone dla kina w kinie powinny być oglądane. A niektóre szczególnie. Nikt mi nie wmówi, że pięknie zainscenizowana i sfotografowana /Gimnastyczka/ najlepiej prezentuje się z divixa, nawet w 30-calowym telewizorze. Albo /Bez żalu/.
No dobrze. To w takim razie z czego dyrektor programowy filmowego Festiwalu Równości jest najbardziej zadowolony?
Że udało się zmontować przyzwoity, międzynarodowy zestaw filmów o różnym ciężarze gatunkowym, które zna już publiczność festiwali LGBT na całym świecie. Chcieliśmy pokazać, że o homoseksualizmie można w kinie mówić nie tylko w kontekście problemów, tragedii i wyalienowania, ale także w sposób radosny i oczywisty, a przy tym niegłupi. Gusta są różne, niektóre celują w zgrywy typu /Another Gay Movie/. Nie poszliśmy może aż tak daleko, ale wierzę, że każdemu trzeba dać coś do jago potrzeb. Do śmiechu, do płaczu, do refleksji i poważnego namysłu.
Co mnie uderzyło, to że nie są to filmy, którymi się walczy ani szokuje. Ale wszystkie opowiadają ludzkie historie, a to także potężna broń bo - jak mówi reklama - oswaja emocje i pokazuje, że wszyscy jesteśmy równi. Jak na Dni Równości przystało :D
Wiele z tych filmów celuje w każdego widza, także heteroseksualnego, odwołuje się do doświadczeń uniwersalnych. /Brokeback Mountain/ zdarza się raz na dekadę, ale nasze filmy dokonują podobnego zabiegu. 42-letnia bohaterka /Gimnastyczki/ mówi to samo, co niegdyś Ennis: /nie jestem homoseksualna. Ja po prostu zakochałam się w kobiecie/.
To tak na koniec: skoro jest dobrze, to czego możemy sobie jeszcze życzyć?
Żeby Festiwal zbliżył się do najlepszych imprez tego typu w Europie i na świecie. Żeby stał się świętem z tygodniowym, codziennym programem kilkudziesięciu tytułów, na które warto choćby wziąć urlop.
Może niekoniecznie uda się to osiągnąć już na EuroPride 2010, ale będziemy się starali.