Można odnieść wrażenie, że w Polsce jedynie wśród twórców i twórczyń literatury istnieje homoseksualizm. Nie miejsce, żeby się zastanawiać dlaczego tak się dzieje, faktem jest jednak, że znani polscy geje i lesbijki to niemal wyłączenie pisarze i pisarki. Po Izabeli Filipiak, Bartoszu Żurawieckim, Michale Witkowskim i kilku innych nazwiskach, sporą popularność zdobył Jacek Dehnel, który także nie ukrywa swojego homoseksualizmu, jednocześnie prezentując podejście, które wydaje się dość problematyczne...
- Krzysztof Tomasik -
Można odnieść wrażenie, że w Polsce jedynie wśród twórców i twórczyń literatury istnieje homoseksualizm. Nie miejsce, żeby się zastanawiać dlaczego tak się dzieje, faktem jest jednak, że znani polscy geje i lesbijki to niemal wyłączenie pisarze i pisarki. Po Izabeli Filipiak, Bartoszu Żurawieckim, Michale Witkowskim i kilku innych nazwiskach, sporą popularność zdobył Jacek Dehnel, który także nie ukrywa swojego homoseksualizmu, jednocześnie prezentując podejście, które wydaje się dość problematyczne.
Jeszcze nie przebrzmiały echa nagrodzonej Paszportem Polityki "Lali" (wkrótce ma się ukazać tłumaczenie niemieckie), a na rynku pojawiła się już kolejna książka Dehnela - "Rynek w Smyrnie". Jest to zbiór opowiadań z lat 1999-2002 "poruszających i przewrotnych, z których wyłania się obraz świata zaczarowanego, utkanego ze szczegółów pozornie nieistotnych - drobnych gestów, zapachów, smaków i barw" - jak pisze o książce wydawca. Niemal natychmiast po ukazaniu, "Rynek w Smyrnie" doczekał się sporej recenzji w "Gazecie Wyborczej" i kilku pomniejszych omówień, co jest najlepszym świadectwem, że mamy do czynienia z autorem uznawanym za ważnego.
Mimo młodego wieku (rocznik 1980) Dehnel jak mało kto wydaje się przygotowany na sukces. Zadebiutował w 1999 roku zbiorem opowiadań "Kolekcja", na swoim koncie ma też kilka tomików wierszy. Momentem przełomowym było otrzymanie Nagrody Kościelskich w 2005 r. za poezję właśnie, a zaraz potem wraz z ukazaniem się powieści "Lala" przyszła popularność medialna, której zwieńczeniem okazał się Paszport Polityki przyznany w kategorii "literatura" za rok 2006. Zeszło się to w czasie ze współprowadzeniem w telewizji publicznej programu kulturalnego "Łosskot".
Trzeba przyznać, że Dehnel zapracował na swoje przysłowiowe "pięć minut", które właśnie trwa, co nie zmienia faktu, że miał też sporo szczęścia. Tak się bowiem składa, że "Lala" to chyba najbardziej przereklamowana powieść ubiegłego roku. Pomysł by z osobistej perspektywy opisać fascynujące życie własnej babci był wart zainteresowania i autentycznie wzruszający, problem w tym, że bohaterka została tu przycięta do pewnego schematu, który polega na próbie uwiedzenia wszystkich. Tytułowa Lala została więc skrojona na potrzeby czytelnika XXI wieku i jest do bólu słuszna. Przykład? Dziś, kiedy w głównym nurcie nie wypada już być antysemitą, babcia okazuje się oczywiście filosemitką walczącą z gettem ławkowym, podczas, gdy inne kwestie nieprzerobione przez polskie społeczeństwo w ogóle się nie pojawiają, choćby homoseksualizm. Można mieć jednak pewność, że jeśli za dwadzieścia lat wyjdzie poprawiona wersja książki główna bohaterka okaże się wielką przyjaciółką gejów i lesbijek.
Ta chęć podobania się wszystkim połączona z niewiarygodną wręcz pretensjonalnością wydaje się największym problemem Dehnela. Nie tylko jego twórczości, ale też wystąpień publicznych. Bardzo dobrze widać to w programie "Łosskot", który od września 2006 r. emitowany jest w pierwszym programie telewizji. Z założenia miał to być zapewne program w którym w sposób przystępny, ale efektowny jednocześnie, mówić się będzie o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych. Dehnel jako trochę niedzisiejszy poeta i wielbiciel muzyki klasycznej stanowi przeciwwagę dla Macieja Chmiela i Tymona Tymańskiego, ale niewiele z tego wynika. W efekcie co tydzień otrzymujemy zapis podróży trzech kolesi, którzy spotykają się z jakimiś ludźmi, oglądają jakieś filmy, słuchają muzyki, a potem o tym rozmawiają, próżno jednak szukać głębszej myśli, a cały dandysowy sztafaż Dehnela w postaci surduta, cylindra i laseczki okazuje się jedynie nic nie znaczącym kostiumem.
A jak to wygląda w praktyce opisał w swoim felietonie Bartosz Żurawiecki podsumowując polską oprawę tegorocznego wręczania Oscarów: "Tam, w Los Angeles, superprodukcje za miliony dolarów, u nas 'Plebania' w trzęsących się dekoracjach. Obsada też była wzorcowo telenowelowa: kaznodzieja Kłopotowski, kobieta w ciąży (czy aby ślubnej?) Szydłowska, prymusik Dehnel, łobuz Tymański, zaspany Dyzio Chmiel, sąsiad, Pan Śmiałkowski i milcząca, długonoga gosposia. Prezenterom w LA ktoś napisał dialogi, naszym gwiazdom niestety nie, więc coś tam pletli jak księża na ambonie. A im dalej w noc, tym coraz bardziej nie stawało im animuszu i pomysłów na blubranie. Kaznodzieja domagał się, by kino meksykańskie rozliczyło 'zbrodnie komunizmu', prymus popisywał się znajomością nazwisk i tytułów w oryginalnym brzmieniu, a Dyzio przysypiał w czapce. Od czasu do czasu ktoś huknął na gosposię, by doniosła popcorn. Łobuz Tymański buńczucznie orzekł na wizji, że trzeba być liberałem do samego końca, po czym cmoknął feministkę Szydłowską w rękę. A to Polska exactly!"
Jednak obecność Dehnela mediach to nie tylko nieszczęsny "Łosskot", przede wszystkim występuje w związku z własną twórczością literacką, nie wszystkim jednak było dane dostąpić zaszczytu rozmowy z pisarzem. W szóstym numerze "Repliki" ukazała się notka: "'Replika' prosiła Dehnela o wywiad, ale odmówił. 'Z zasady nie udzielam wywiadów pismom gejowskim' - powiedział." Być gejem i "z zasady" nie udzielać wywiadów pismom gejowskim to doprawdy ciekawe podejście, możliwe chyba tylko w Polsce. Z braku laku trzeba więc sięgnąć do innych źródeł, może tam znajduje się jakieś wyjaśnienie tego stanu rzeczy.
W wywiadzie udzielonym "Polityce" (27.01.2007) Dehnel mówi: "Wiele postulatów środowisk gejowskich (takich jak legalizacja związków czy karanie homofobicznych zachowań w praktyce, a nie tylko w teorii) uważam za słuszne, ba, podstawowe, i popieram rozmaite inicjatywy (marsze, zbieranie podpisów), które kiedyś może doprowadzą ich wcielenia w życiu. Ale równocześnie myślę sobie, że taka walka ma skutki uboczne, bo musi wyrabiać (czy raczej utrwalać) myślenie dychotomiczne - geje i reszta świata, matryca i odstępcy. I, myślę sobie dalej, jest też inny głos, który tamten wspomaga, taki mianowicie: 'Jestem gejem i nie ma potrzeby przesadnego wspominania o tym - bo to normalne. Koniec. Kropka'. Więc ja przedstawiam mojego chłopaka jako mojego chłopaka nie dlatego, że chcę się pochwalić naszą orientacją (bo to jak chwalić się kolorem tęczówki), ale dlatego, ze gdybym przyszedł gdzieś z dziewczyną, to tez bym ją przedstawił jako moją dziewczynę. Mam nadzieję, że to też będzie skuteczne. W inny sposób, ale będzie."
Wydawałoby się, że powyższa wypowiedź jest słuszna i dość racjonalna, w końcu w gruncie rzeczy chodzi przecież o to, aby się nie ukrywać. Problem w tym, że Dehnel wychodzi z fałszywych założeń. Mówienie, że angażowanie się w pro-równościowe akcje służy "utrwalaniu dychotomii" jest chybione, bo owe akcje, marsze i parady służą czemuś wbrew przeciwnemu - zniesieniu podziałów i poszerzenia tzw. normy także o orientacje inne niż heteroseksualna. Dodatkowo mówiąc, że nie ma potrzeby "przesadnego wspominania" o swoim gejostwie, Dehnel nie tylko zaczyna się posługiwać językiem prawicy, w którym "przesadnym" afiszowaniem jest już każde powiedzenie o sobie, ale także sugeruje, że gdzieś są w Polsce osoby publiczne, które ową przesadną potrzebę mówienia o swoim homoseksualizmie realizują. W rzeczywistości dorobiliśmy się zaledwie kilku znanych postaci, które zdecydowały się na coming out, ale o żadnym epatowaniu opowieściami z życia intymnego nie ma mowy, to ciągle domena heteroseksualistów udzielających wywiadów "Gali" czy "Vivie!".
A na czym polega różnica w przestrzeni publicznej dla osób homo- i heteroseksualnych najlepiej udowodniła ceremonia wręczania Paszportów Polityki. Odbierający nagrodę w kategorii "film" Sławomir Fabicki dziękował ze sceny swojej żonie, którą zapewnił, że ją kocha. Dehnel także dziękował różnym osobom, w tym Piotrowi, ukrytemu między innymi imionami. Niezorientowana w życiu prywatnym pisarza publiczność nie miała szansy zorientować się, że chodziło o jego chłopaka. Tak to obecnie wygląda, niepotrzebny podział na homo i hetero zostanie zniesiony, gdy obaj laureaci będą mogli tak samo artykułować swoją radość i cieszyć się nią ze swoimi partnerami. Na razie to tylko jedna orientacja ma do wykorzystania cały wachlarz spontanicznych zachowań, a druga musi kombinować co może ujawnić, a co musi ukryć. Dopóki tak będzie, dopóty strategia Dehnela wyrażająca się w zdaniu: "Jestem gejem i nie mam przesadnego wspominania o tym - bo to normalne" będzie jedynie wcieleniem najzwyczajniejszego kołtuństwa.
oto on - fookbooku zalozylem
http://www.facebook.com/profile.php?id=1471256735&ref=se(...)6&ref=ts
8-)