Kanadyjska kłótnia o kasę bez happy endu
Romantyczna historia rozpoczęła się w 1993 roku, kiedy to 77-letni kanadyjski milioner David Spencer poznał podczas party w swym luksusowym apartamencie w Vancouver 41-letniego przystojniaka, Gregory Walda. Starszy pan był od dłuższego czasu samotny, ponieważ jego partner, z którym spędził 25 lat wspólnego życia, zmarł. Gregory był przystojny i bez pracy, a ponadto opuścił żonę i cztery córki. Krótko mówiąc - milioner zakochał się po uszy. Mógł sobie pozwolić na ekstrawagancje, bowiem był dziedzicem znacznej fortuny, wypracowanej przez pokolenia Spencerów, właścicieli domów towarowych.
Dla Gregory Walda zaczął się cudowny okres w życiu. Otrzymał ofertę pozostania z Spencerem "do końca życia" i pensję wysokości 6600 dolarów miesięcznie. Na znak nierozerwalnego związku obaj nosili pierścionki. Sielanka trwała dwa lata. W 1995 roku, starszy pan stwierdził, że jego kochanek okrada go, podejmując znaczne sumy z konta, do którego dostąp miał poprzez karty kredytowe. Wywiązała się awantura, Spencer wyrzucił naciągacza na bruk a niedługo potem umarł.
Kiedy Gregory Wald dowiedział się, że nie dostanie ani grosza spadku, założył sprawę do sądu. Argumentował, że Spencer obiecywał mu "dożywotnie utrzymanie" i 150 tysięcy dolarów "w podarunku". Twierdził, że zapewnił swemu zgasłemu partnerowi "młodość, miłość i opiekę", zaś sprawa z kartami kredytowymi była tylko nieporozumieniem.
Na nic się to nie zdało. Sąd Najwyższy Kolumbii Brytyjskiej (prowincji Kanady) orzekł, że "bezsprzecznie panowie Wald i Spencer połączeni byli głębokim uczuciem". Ale - zmarły Spencer "w pełni władz umysłowych" podjął decyzję wyłączenia go z prawa do dziedziczenia... Spadek, wysokości 10 milionów dolarów kanadyjskich otrzymają różne instytucje zajmujące się propagowaniem sztuki.
Może ta historyjka da coś do myślenia hordom naciągaczy i poszukiwaczy "sponsorów", których w naszych szeregach nigdy nie brakowało?
Marek Romiszewski - Miami