Wywiad z twórcą filmu Happy Together
Chcesz się dowiedzieć jak powstał film o gejach, który równie dobrze mógłby opowiadać o parze heteroseksualnej? W wywiadzie Wong Kar-Wai opowiada o pracy nad `Happy Together`, dlaczego nie robi dubli i co zobaczył w lampie kupionej na targu w Buenos Aires.
Z Wongiem Kar-Waiem rozmawiają Michel Ciment i Hubert Niogret
M.C.: Pierwsze spostrzeżenie - film odznacza się podwójną oryginalnością: filmowiec z Hongkongu postanawia kręcić w Buenos Aires (muzyczny lejtmotiv stanowi tango) i podejmuje tematykę relacji homoseksualnej w najbardziej bezpośredni sposób, bez `estetytyzującej` czy wulgarnej stylizacji.
W.K.: Przed przystąpieniem do kręcenia pomyślałem, że jeżeli historia będzie się działa w Buenos Aires, to będzie to również film o tym mieście. Po przyjeździe przekonałem się, że nie o to mi chodzi. I nie jest to też film gejowski. Chciałem opowiedzieć historię miłości dwóch mężczyzn. Jestem wielkim miłośnikiem powieści Manuela Puiga, a jedna z nich nosi tytuł `Buenos Aires Affair`. Tytuł mi się podobał i nasunął mi pomysł, żeby zrobić film w tym mieście, które leży na antypodach Hongkongu. Później, w trakcie realizacji "Happy Together", oddaliłem się stopniowo od mojego początkowego zamiaru i w końcu przeniosłem jakby Hongkong do Buenos Aires.
M.C.: Film daje bardzo oryginalne spojrzenie na Buenos Aires, bardzo dalekie od turystycznego stereotypu.
W.K.: Może wy tak to odczuwacie, ale jestem pewien, że argentyńscy widzowie będą mieli do mnie żal, że nie pokazałem w wystarczającym stopniu ich miasta. Ale nie taki był mój zamiar: chciałem odmalować świat, w jakim żyją ci dwaj mężczyźni i który ogranicza się do pokoju, gdzie mieszkają. Wybierając miejsca do zdjęć, kierowałem się światłami, zapachami, odwiedzanych zakątków. Kręciłem w La Boca, to najbardziej niebezpieczna dzielnica. Wszyscy się trochę baliśmy. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem, że te miejsca przypominają mi Kowloon, tę część Hongkongu, z którą najłatwiej mi się utożsamić. Kręciło się mnóstwo podejrzanych typów, łącznie z gangsterami. Znam ten rodzaj ludzi i cieszyłem się, że mogę tam kręcić. Przybliżało mnie to do świata, w którym żyję, gdyż poza tym atmosfera miasta była dla mnie całkowicie obca. Buenos jest trochę odwrotnością Hongkongu, co zresztą pokazuję w filmie. Chciałem też filmować z większą szybkością, miasto miało dla mnie za wolny rytm.
M.C.: Nie jest pan pierwszym heteroseksualnym filmowcem, które podejmuje tematykę homoseksualną. Ale, jak Stephen Frears, unika pan zarówno sentymentalizmu jak i prowokacji, którą często spotyka się w filmach gejowskich. W gruncie rzeczy pokazuje pan parę homoseksualną jak parę heteroseksualną.
W.K.: To powód, dla którego rozpoczynam film sekwencją na temat miłości fizycznej. Traktuję ją w sposób bardzo bezpośredni, bardzo dosadny, aby pokazać, że stanowi to część ich życia, jak wspólne spożywanie posiłków czy pranie. Nie interesował mnie romantyzm. Bawi mnie myśl, że jeżeli jakiś widz się spóźni i straci pierwsze sceny, będzie mógł pomyśleć, że historia mówi o dwóch braciach. Podczas kręcenia często zadawałem pytanie Chrostopherowi Doyle'owi - mojemu operatorowi - i Williamowi Changowi - montażyście: `Czy to jest film gejowski?`. Ale patrząc na gotowe dzieło, pomyślałem, że to po prostu historia miłosna.
M.C.: Czy dużo pan improwizował na planie?
W.K: To dziwna historia. Przed wyjazdem do Buenos Aires miałem 20-stronicowy szkic i mówiłem sobie, że po raz pierwszy jestem tak bardzo pewien tego, co chce zrobić. Byłem przekonany, że mam w ręku bardzo dramatyczną historię. Lai Yiu-Fai (Tony Leung) wyjeżdża do Buenos Aires na wieść, że zabito tam jego ojca. Zaczyna szukać kogoś, kogo kochał w Argentynie. Tym kimś miał być mężczyzna, Ho Pe-Wing (Leslie Cheung). Potem zdałem sobie sprawę, że w tym szkicu jest za dużo wątków: śledztwo, życie ojca, problemy Tony'ego w Hongkongu, relacje z kochankiem po 10 latach. Wydało mi się to zbyt skomplikowane, zwłaszcza że miałem tylko miesiąc na kręcenie, bo Leslie musiał wracać, aby dać koncert w Hongkongu. Na dodatek mieliśmy problemy z produkcją, bo trafiliśmy akurat na okres strajków związków zawodowych. Czasu było coraz mniej i postanowiłem skonstruować możliwie prostą fabułę, jakiś film drogi.
M.C.: Może to jest film drogi, ale za to w jednym pokoju.
W.K.: A nawet w kuchni! Tak czy owak, zmieniając radykalnie fabułę, znalazłem się bez scenariusza z prawdziwego zdarzenia. Doszło do tego, że pisałem sceny w przeddzień kręcenia, a potem nawet na planie.
M.C.: Czego się pan dowiedział o Buenos Aires, robiąc tam film?
W.K.: Z początku starałem się zrozumieć miasto i jego mieszkańców. Ale szybko zorientowałem się, że nie mam czasu na zagłębianie się tysiącach szczegółów. Łatwo daję się rozpraszać: kiedy widzę popielniczkę, mam ochotę ją sfilmować. Musiałem się skoncentrować na konkretnych scenach, zwłaszcza że jestem zarówno scenarzystą i reżyserem, jak i producentem, więc na mojej głowie było ściągnięcie z Hongkongu 30-osobowej ekipy. Mieszkaliśmy wszyscy w tym samym hotelu, siedzieliśmy sobie na głowie i wykańczało nas to nerwowo.
M.C.: Czy motyw wodospadu Iguacú był od początku przewidziany w scenariuszu?
W.K.: Nasz scenograf (i zarazem montażysta) William Chang, znalazł na pchlim targu w San Elmo, we włoskiej dzielnicy, lampę z abażurem, na którym wyrysowany był wodospad. Kupił dwie takie lampy, jedna powędrowała do mojego pokoju. Przyglądając się obrazkowi, zobaczyłem dwoje ludzieńków patrzących na wodospad. Wydało mi się to piękną historią, którą warto było włączyć do mojego filmu. Podróż nad wodospad dała naszym bohaterom jakiś wspólny cel. To pomogło w zbudowaniu fabuły.
M.C.: Skąd pomysł umieszczenia w filmie muzyki Astora Piazzolii?
W.K.: Przypadkiem. Nie znałem wcześniej jego twórczości. Tuż przed lotem do Argentyny kupiłem kilka kompaktów z jego muzyką. Dla mnie to coś więcej niż tango, to pewien rytm, pewna namiętność. Wierzę głęboko w przypadek. Czasem nie wiem, dlaczego robię takie czy inne ujęcie. To jest jak łamigłówka, której porządku nie znam, ale której części pomału się układają. Sadzę, że to bardzo chiński sposób myślenia.
M.C.: Czy naświetla pan dużo taśmy w stosunku do tego, co ostatecznie wchodzi do filmu?
W.K.: Moja metoda polega na tym, że każdy fragment numeruję, nie wiedząc jeszcze ani jak będą powiązane, ani jaka będzie ich kolejność. W trakcie montażu testuję różne kombinacje. Jeśli chodzi o `Happy Together` to na dwa tygodnie przed festiwalem w Cannes wciąż siedziałem w montażowni i wycinałem zbędne fragmenty. Ta historia nie wymaga długiego filmu. Pracując w ten sposób, oczywiście zużywam dużo taśmy. Ale jest też tego inny powód. Nie robimy dubli. Chcę, żeby kamera była w ciągłym ruchu, by uchwycić momenty prawdziwe, trochę jak w filmie dokumentalnym.
M.C.: Jak Tony Leung i Leslie Cheung zareagowali na wieść, że będą grali homoseksualistów?
W.K.: Leslie czuł się bardzo swobodnie w tej roli. W filmie był bardzo podobny do Lesliego, jakiego znam prywatnie. Tony jest zupełnie inny. To aktor subtelny i bardzo skupiony. Początkowo uważał, że mój pomysł, by zrobić z niego kochanka Lesliego, to gag. Zdjęcia rozpoczęliśmy od sceny miłosnej. Najpierw odmówił, tak bardzo był zaszokowany, a w każdym razie chciał mieć na sobie slipy! W ciągu następnych 3 dni był tak wstrząśnięty, że nie odzywał się ani słowem. Siedział nieruchomo w kącie, całkowicie załamany i zadawał sobie pytanie, jak zdoła to wytłumaczyć swojej matce. Reakcja Lesliego była zupełnie inna. Powiedział: `Chcesz opowiedzieć historię miłości dwóch mężczyzn? Zobaczę, jak daleko się posuniesz`. Myślę, że jego postawa bardzo pomogła Tony'emu.
Szczegółowy opis filmu:
http://les.queer.pl/film/h/h04.htm
Opracowanie na podstawie materiałów dystrybutora, firmy Gutek Film.
X_Muza, Les Queer PL