Gdy jeszcze rok temu odwiedziłam jeden z klubów, nazwijmy to - dla heteryków, od początku miałam wrażenie, że wstąpiłam przez przypadek do nowocześniejszej odmiany burdelu, czy też świątyni seksu. Jak bowiem można nazwać miejsce, gdzie przypadkowo tańczący ze mną koleś po 5 minutach próbuje wpakować mi rękę do spodni -
„A ty co, brajla chcesz studiować? Jakoś nie przypominam sobie, żebym tam wygoliła swoje imię” – odpowiedziałam. Był to ostatni raz, gdy zajrzałam do tego typu miejsca. Na długo przed tą nieudaną wizytą wolałam chodzić do klubów dla homo. Nie tylko ze względu na orientację - w heteryckich klubach nigdy bowiem nie znalazłam osoby, z którą można zwyczajnie porozmawiać, chociażby o sztuce. To nie do pomyślenia - laska przychodzi do klubu i chce gadać o Da Vincim zamiast sprawdzać siłę nacisku dwóch ciał na ścianki kabiny wc. Od tego czasu sporo się jednak zmieniło, nie w klubach homo, w Was drogie Panie…
Bluzka nie jest potrzebnaSobotni wieczór postanowiłam poświęcić całkowicie rozrywce, udałam się więc ze znajomymi do jednego z warszawskich klubów dla lesbijek i gejów. Miła rozmowa, jedno piwko, drugie piwko, rozmowy. O 22 postanowiłam:
„dość gadania, idziemy tańczyć”. Gdy wszyscy tańcząc śpiewali jakąś piosenkę Lady Gagi, usłyszałam:
„A wy jesteście razem?”. Moim oczom ukazała się kobieta, której ciało chciało najwyraźniej pokazać piękną lekcję przyciągania ziemskiego. Kiedy już powiedziałam, że znajomy to gej, a ja lesbijka nieznajoma wydała z siebie
„ojejej, ale kurde, ale naprawdę?”. Poczułam się tak, jak gdyby włożenie głowy pod czytnik w supermarkecie było lepszym dowodem, niż moje słowa. No cóż -
„Tak, owszem, jestem lesbijką - niewiarygodne co? Znajomi ci nie uwierzą jak im powiesz” - wylała się ze mnie ironia. Znajomy postanowił
„zostawić nas same”. Moja rozmówczyni nie załapała jednak, że moje odwrócenie się plecami oznacza, że ja również wolę zostać sama. Zamiast tego objęła mnie i pytając o moje imię, uraczyła mnie jednocześnie zapachem wody toaletowej
w cenie 8 zł o zapachu piwa. Moje imię wydało się jej czymś jeszcze bardziej niebywałym, niż wcześniejsza informacja o mojej orientacji. Gdyby zapytała mnie o rozmiar buta z pewnością padłaby z wrażenia. Zamiast tego jednak usłyszałam
„A czemu Ty chodzisz tak wydekoltowana?” - i z troską podniosła dekolt mojej koszulki do góry. Pomyślałam, że może jednak jest to mimo wszystko porządna osoba i zaczynając gadkę, że to zwykły standardowy dekolt koszulki na ramiączkach usłyszałam jednak
„Ja bym cię widziała chętniej bez tej bluzki”. To było na tyle, odeszłam na bok bez słowa i zobaczyłam jak jej ręce zaplatają się wokół kolejnej, stojącej wcześniej przede mną, dziewczyny. Pomyślałam, że jeżeli tak obejmować będzie każdą i pytać ją o imię to ewidentnie grozi jej zawał. Biedne dziewczę…
Debeściarskie kobietyKolejną panią, która zainteresowała się moją osobą, była ok. 45-50 letnia kobietka z alkoholowymi wypiekami na twarzy. Ta jednak nie próbowała mnie już obściskiwać, zamiast tego tym razem dla odmiany swoje imię powtarzać musiałam za każdym razem gdy mnie widziała. Po 10 min
„znajomości” Pani proponowała mi
„po jednym” przy stoliku jej znajomych, na co nawet nie zdążyłam odpowiedzieć bo kobitka poleciała na scenę położyć się i machać w górę nóżkami, a ja jako dobra dusza próbowałam ją stamtąd ściągnąć, gdy druga z jej koleżanek, tańcząca na stole, podawała mi rękę aby pomóc jej zejść. Gorąca 45-50 zajęła się moimi znajomymi, którzy bynajmniej nie byli zadowoleni z łapania jej w ramiona z krzesła, na które wchodziła. W tym czasie koleżanka zajmująca wcześniej stół wciągnęła mnie za rękę na scenę. Tam z kolei mogłam dowiedzieć się jakie ma
„debeściarskie kumpele”, kiedy jedna z nich opuszcza Polskę, a nawet to, że ja również jestem
„debeściarska”. Potem zaczęło się przedstawianie po kolei wszystkich debeściarskich koleżanek mojej skromnej debeściarskiej osobie. Ogólnie było debeściarsko - po takiej ilości debeściarskich wrażeń musiałam iść na kolejne piwo.
O 3 w nocy myjąc ręce po wyjściu z toalety, usypanej szkłem z rozbitej szklanki od piwa, usłyszałam, że mam
„piękne dłonie, takie akurat do masażu”. Oczywiście od razu usłyszałam również wytyczne tegoż masażu, który idealnie wpasowałby się w piersi na fioletowej kanapie w domu owej znawczyni. Zarówno kanapa jak i tym bardziej piersi należałyby oczywiście do niej. Przydało się kolejne piwo… ok. 5 nad ranem w głowie zrodziło mi się podsumowanie -
gdzie są te porządne babki?Tyś nie hotel robotniczy…Chciałabym teraz napisać - Szanowne Panie, nie musicie na dzień dobry proponować swych seksualnych usług - ja wiem, wiem - muzyka, alkohol, klimat i te sprawy. Jeżeli jednak będę zainteresowana sama dam znać. O Da Vincim to my sobie na pewno nie pogadamy, jeżeli już samo moje imię będzie wywoływało reakcje takie, niczym sklepienie kaplicy Sykstyńskiej. Czy ja się czepiam? Tak - hormony mi skaczą, ósemka się wyżyna i w kościach skrzypi bo pogoda się zmienia - jestem dziś upierdliwa jednym słowem, i tymże też usprawiedliwiam swoja prośbę, aby ze swej cennej kobiecości nie robić hotelu robotniczego. W ten sobotni wieczór (aby nie zakończyć tego niczym pisemnej wersji portalu demotywatory.pl) widziałam również wiele kobiet, które potrafiły się bawić zupełnie normalnie. Niebywałe prawda? Sobotni wieczór nie musi być udany dopiero wówczas, gdy skończy się przygodą w kiblu z nieznajomą przy jednoczesnym dzieleniu się swymi alkoholowymi
„odświeżaczami do ust”. Wierzcie mi na słowo…
Anna Krystowczyk - Miłośniczka starych filmów, jazzu i fotografii. Skryta kochanka Zdzisława Beksińskiego, marząca o wyjeździe do Indii.
Kiedyś autorka bloga, w którym pół żartem - pół serio ujmowała bieżące i minione sprawy z życia LGBT.
W sumie za każdym razem gdy pojawiałam się w klubach dla homo/hetero mogłam zaobserwować takie sytuacje- ach, jedna wielka rozpusta x3 dla spragnionych wrażeń i przygód raj na ziemi :]
Ps. myslalas o pisaniu ksiazki?:D:D
Moje spostrzeżenia, które - wydaje mi się - można przenieść na bardziej ogólny poziom: Z kulturą wysoką, czyli elitarną, nigdy nie było tak, że była ona powszechnie dyskutowana, ponieważ nie była każdemu dostępna. Dlatego możliwość rozmawiania o Da Vincim mieli tylko stosunkowo nieliczni, którym umożliwiały to: przywilej pobierania edukacji, materialne zaplecze, miejsce i kontekst urodzenia, zdolności intelektualne, czas życia i jego warunki, charakter rodziny i jej środowiska (rodziny robotnicze, wiejskie a arystokracja, intelektualiści). Z tego powodu knajp, w których prowadziło się wysublimowane dyskusje było zawsze mniej i ludzi w nich bawiących było mniej. Do dziś granice pomiędzy grupami społecznymi uległy przemieszczeniom i pozornie do kultury wyższej dostęp ma więcej ludzi. Ale zasadniczo kontekst życia, warunki i możliwości decydują o tym, kto może znaleźć się w elitarnym gronie. Struktura społeczna pozwala na to w dalszym ciągu tylko nielicznym.
Poza tym kultura mainstreamowa, i cały spektakl społeczny tego systemu (jak to określał Debord w Społeczeństwie spektaklu) sprowadza wszelką kulturę duchową do poziomu towaru, zysku i kiczu. Wystarczy obejrzeć telewizję publiczną - już nie wspominając o komercyjnych kanałach - programy na vivie, mtv czy forfuntv, aby przekonać się do czego ogranicza się główny nurt. Imprezy masowe, duże koncerty, juwenalia mają podobny charakter. Edukacja podstawowa, średnia, a często nawet wyższa nie uczy krytycznego spojrzenia na mechanizmy społeczne, manipulacje medialne, treści i informacje, którymi wszyscy są zewsząd bombardowani. Kultura klubowa ogranicza się w dużej mierze również do zysku z alku czy koncertu i nie mobilizuje raczej do spotykania się i dzielenia przemyśleniami czy snucia wysublimowanych wątków w rozmowach. Kluby nie dają impulsów, nie prowokują, nie mobilizują do twórczego wyrażania się, do rozmów.
Na temat kultury w Poznaniu polecam tekst Lecha Merglera "kultura - a co to za biznes?" w publica.pl oraz programy bell hooks na youtube.
A na samo rozluźnienie obyczajów w karnawałowej atmosferze nie można chyba spojrzeć jednoznacznie. Trudno w gorącej atmosferze parkietu, przy wszechogarniającym zapachu spoconych ciał, dymu papierosowego i woni imbirowego trunku spowijających i otulających ludzi, porwanych przez wir tańca i niesionych rozgrzanym przez alkohol podnieceniem, wymagać objawień Marii Panny w ich twarzach. W żadnym wypadku nie mam na myśli typowego w wielu knajpach parkietowego podrywu "na psa", gdzie jakiś nagrzany gościu zachodzi dziewczynę od tyłu i próbuje ślinić się jej na szyję czy łapać za tyłek - to jest żena.
Najważniejsze, że komuś chce się refleksyjnie uczestniczyć np. w takiej łikendowej bibce i opisywać swoje wrażenia. Jest to niezbędna iskra, by wywołać pożar dyskusji.
postrawiam!
Nie neguję Twojego doświadczenia. Byłoby to nielogiczne. Jest Twoje, nie moje. Mnie zdarzało się rozmawiać o muzyce, filmach, coming outach i... owszem o du*** maryni też.
Nie podoba mi się artykuł. Może lekki i łatwy ale przewidywalny do bólu. Wpisuje się w pojawiający się od czasu do czasu nurt z tezami, które już podałam. A propos kobiecości to mam taki ulubiony wątek na kobiety-kobietom ;)
smutne i niestety prawdziwe.
pozdrawiam normalnie bawiace sie na imprezach kobiety :)
Co do samego tekstu, jak dla mnie b. dobry, przyjemnie się czyta, co więcej-pochłania ;)
Wprawione pióro autorki..Czekam na nowe artykuły.!:)
Pozdrawiam serdecznie, M.