(...) W tej chwili chciał umrzeć. Ta obsesyjna myśl nie dawała mu spokoju, odcinała go od życia toczącego się obok, niejako poza nim. Ta myśl drążyła mu mózg jak termit uparcie wgryzajacy się w belki drewnianej chaty i niszczący wszystko, co napotka na swej drodze.
Przechylił się nad górnym brzegiem barierki, niebezpiecznie balansując na krawędzi życia i śmierci...
Dzień był pochmurny. Stalowo szare niebo wisiało nisko nad ziemią, przywodząc na myśl surrealistyczną pierzynę. Raz poraz pojedyncza kropla urywała się z majestatycznie wyniosłych kłębów i mknęła w dół, trafiając w przypadkowo napotkany obiekt z siłą, o którą nikt nie podejrzewałby kropli deszczu.
Zanosiło się na burzę, a w każdym razie na niezłą ulewę. Miejskie szare gołębie, przeczuwające nadciągającą nawałnicę, przycupnęły na wyszczerbionych gzymsach pod dachami budynków. Ich niepokojące gruchanie niosło się echem po okolicy. Na wpół dzikie koty skryły się w zatęchłych piwnicach. Nawet muchy zaprzestały swych lotów. Tylko jaskółki zdawały się czerpać radość z zaistniałych warunków i brykały po niebie - teraz do ich wyłącznej dyspozycji.
Ryszard włóczył się bez celu, nie zważając na pogodę. Nie zwracał uwagi na przechodniów pędzących przed siebie, miotających się w tę i z powrotem, walczących z nieubłaganym upływem czasu nieuchronnie przybliżającym deszcz. Robiło się coraz chłodniej. Srebrzysty słupek rtęci w termometrze stojącym przy deptaku gwałtownie opadał w dół.
Zatrzymał się w połowie mostu przerzuconego nad głębokim kanałem spinającym dwie wielkie rzeki, które złośliwie omijały miasto. Pod stopami czuł wyraźne drgania wywołane nadmiernym ruchem samochodowym. Konstrukcja ze stali i betonu zdawała się jęczeć w geście protestu pod ciężarem nie do zniesienia.
Oparł dłonie na lodowato zimnej szarej barierce - tak samo szarej jak cała otaczająca rzeczywistość - i spojrzał w dół wprost w spienioną kipiel przelewającą się w dzikim nurcie kanału. Gwałtowny podmuch wiatru zmierzwił mu włosy i wcisnął się pod cienką bawełnianą koszulę, wywołując efekt zwany potocznie gęsią skórką. Ale dla Ryszarda nie miało to najmniejszego znaczenia. Z masochistycznym zacięciem wystawiał ciało na zimne powietrze, jakby to w jakiś sposób mogło zwiększyć jego psychiczną udrękę.
W tej chwili chciał umrzeć. Ta obsesyjna myśl nie dawała mu spokoju, odcinała go od życia toczącego się obok, niejako poza nim. Ta myśl drążyła mu mózg jak termit uparcie wgryzajacy się w belki drewnianej chaty i niszczący wszystko, co napotka na swej drodze.
Przechylił się nad górnym brzegiem barierki, niebezpiecznie balansując na krawędzi życia i śmierci.
- Teraz, albo nigdy - pomyślał.
Przechylił się jeszcze bardziej i... zabrakło mu odwagi. Cały drżący odwrócił wzrok od rwącej, czarnej toni. Czuł do siebie pogardę i obrzydzenie. Jego poukładane życie nagle rozsypało się niczym domek z kart, a on nie potrafił nawet go zakończyć, przerwać ciągu upokarzających zdarzeń. Autodestrukcja jawiła mu się jako jedyne, rozsądne rozwiązanie.
Z nieba lunęła ściana wody. Deszcz siekł niemiłosiernie, dziurawiąc liście drzew, drąc je na strzępy, boleśnie tłukąc twarz. Małe kratki ściekowe nie nadążały z odbiorem hektolitrów wody. Ulice w mgnieniu oka zamieniły się w wartkie potoki unoszące w swoich odmętach rozmaite odpadki - spuściznę cywilizacji.
Przemoczona koszula szczelnie oblepiła tors Ryszarda, a spodnie przywarły do ud jak czarny kombinezon płetwonurka. Ale jakież to mogło mieć znaczenie? Teraz już nic się nie liczylo. Nic nie będzie takie jak dawniej. Jak przed dwiema godzinami.
Zmęczone nogi zaniosły go do pustego mieszkania. Tutaj wszystko przypominało mu Jego - niedokładnie zasunięta firanka, gwizdek od czajnika samotnie leżący na kuchennym stole, kostka masła z dziurą wydrążoną pośrodku i ogromna, beżowo biała świnka morska patrząca czarnymi ślepkami zza pleksiglasowej szyby akwarium.
- Zostalismy sami, Bob - westchnął do gryzonia.
Zapadł się w klubowym, wytartym fotelu. Bezwładne ręce zwisały po bokach oparć. Przeżywał na nowo to, co już nie powróci: wspólne posiłki, wspólne marzenia, podobne dążenia, szczęśliwe chwile, cudowne sprzeczki i różnice poglądów. Wszystko to składało się w jednolitą całość dąjącą poczucie bezpieczeństwa, poczucie jedności i rodzinnej więzi. A teraz nic z tego, wszystko przepadło, przestało istnieć.
Jego niewidzący wzrok błądził po otaczających przedmiotach. Przeskakiwał to tu, to tam, zatrzymując się tylko na chwilę, ułamek sekundy i podążał dalej. Myśli odpłynęły w niebyt. Pogrążył się w dziwnym odrętwieniu przypominającym letarg. Był to stan, który psychoanalityk nazwałby ucieczką przed światem i samym sobą, a człowiek charakteryzujący się empatią nazwałby to obroną przeciążonego mózgu przed popadnięciem w szaleństwo.
Kiedy się ocknął, była już późna noc. Czas niepostrzeżenie przepłynął obok jak bezszelestne widmo zaginionego żaglowca "Rosalie", który nagle pojawił się znikąd na Morzu Sargassowym.
Niechętnie wstał z fotela. Ścierpnięte plecy zatrzeszczały złowrogo. Poczłapał do łazienki i spojrzał w lustro. Patrzył na wymiętą, zmęczoną twarz obcego człowieka. Gęsta szczecina wyrastająca z policzków przypominała pszeniczne ściernisko powstałe na skutek przejścia po nim tępej kosy. Nie umył się i nie ogolił, bo i tak nie miał dla kogo. Nie istniał nikt, komu mogłoby to przeszkadzać.
Wrócił do pokoju i w ubraniu położył się na niepościelonym łóżku. Zewsząd otaczała go wszechogarniająca pustka równie bezdenna jak oceaniczna głębia. Tyle tylko, że w tej pustce nie przepływał plankton ani inne niesamowite stwory. Jej nie rozświetlały elektryczne ryby.
Samotność jest jednym z najgorszych wynalazków, którymi obdarował nas Bóg. Nikt nie jest na tyle złym czy niegodziwym człowiekiem, aby skazywać go na samotność. I nikt, kto jej nie doświadczył, nigdy nie dowie się czym ona w istocie jest.
Poranna konfrontacja z lustrem wprawiła Ryszarda w jeszcze bardziej podły nastrój.
- Weź się w garść. Życie toczy się dalej - rzekł do pomarszczonego typa patrzącego nań ze szklanej tafli. Jego czoło przeorały głębokie bruzdy, pod oczami wyrosły sine worki, krótkie włosy sterczały we wszystkie strony.
Zajrzał do lodówki i nic w niej nie znalazł, jednak nie kwapił się do wyjścia z domu. Do najbliższego sklepu miał zaledwie pięćdziesiąt metrów, ale to naraziłoby go na spotkanie z ludźmi, a tego właśnie nie chciał. Oni wszyscy mają jakieś rodziny, osoby bliskie, dla których mogą żyć. On od wczorajszego popołudnia nie miał nikogo. Nie miał też ochoty spoglądać na cudze szczęście. Pozostał w domu. Jeden dzień czy dwa bez jedzenia nie mogły mu wyrządzić większej szkody.
Noc rozpostarła swe czarne pazury i drapieżnie wdarła się do mieszkania. Nie niosła ze sobą ukojenia ani snu. Niosła bezsenność i ból. Ból tak namacalny i ostry jak powierzchnia tarki do jarzyn, tak gorzki jak koncentrat soku z piołunu i tak dotkliwy jak śmierć pierworodnego syna.
Ryszard leżał w wygniecionej pościeli, bezmyślnie gapiąc się w szare cienie zalegające sufit. Gorycz ściskała mu krtań. Mimo dręczącej go bezsennosci, w końcu zasnął.
Obudził się bladym świtem, nieco za wcześnie. Wsunął nogi w kapcie i włączył radio stojące na nocnym stoliku.
- Jeżeli słuchacie mnie teraz, to znaczy, że należycie do gatunku ludzi skowronków - mówił spiker. - Jest godzina czwarta czterdzieści pięć, szesnasty dzień maja.
Szesnasty dzień maja? To niemożliwe - pomyślał Ryszard.
Jego czas biegł inaczej niż na całym globie. Stracił jedenaście miesięcy z życia i nawet tego nie zauważył. Ale jak to się mogło stać? Przecież musiał chodzić do pracy, jeść, płacić rachunki. Nic z tego nie pamiętał. Wydawało mu się, że minęło dopiero kilkanaście dni od... Od... Nieważne. Gdzieś obok przeleciały cztery pory roku, a teraz nastąpiło przebudzenie.
Spojrzał w stronę akwarium. Nie było go tam, gdzie powinno być. Gdzie się podziało? Nie wiedział. Nie miał pojęcia co z nim zrobił. Być może podarował komuś Boba, a może biedaczek umarł. Nic sobie nie przypominał.
- Dziś w Miami na Florydzie zapadnie wyrok w sprawie Nasira Dżamala, który w sierpniu ubiegłego roku sterroryzował załogę DC - 10 i zastrzelił pięciu pasażerów... - Z głośnika sączył się senny, hipnotyczny głos spikera.
- I ja nic o tym nie wiem? - szepnął Ryszard. - Czego jeszcze się dowiem?
Jakby na życzenie głos płynący z radia pogłębił nieco jego wiedzę.
- Trwa usuwanie skutków lawiny błota, która osunęła się na wioskę w centrum Panamy. Liczba ofiar wzrosła do trzydziestu jeden osób. Masowo umierają foki i ptaki u południowych wybrzeży Alaski po katastrofie tankowca, która miała miejsce w zeszłym miesiącu w pobliżu Anchorage. Tajemnica meteorytu tunguskiego rozwiązana, tak przynajmniej twierdzi profesor Prokofiew z moskiewskiego uniwersytetu. Szczegóły po piosence.
- Jasny gwint! Tyle się wydarzyło...
Szybko się ogolił, umył i pobiegł do kiosku po poranne gazety. Ze sporym szeleszczącym plikiem pod pachą poszedł do pracy. Tam, w zaciszu typowym dla biura, miał zamiar nadrobić stracony czas.
Po południu szedł przez ten sam most, na którym zatrzymał się prawie rok temu. Dobrze, że wtedy tego nie zrobił. O Boże, jak dobrze, że coś go wtedy powstrzymało. I wszystko jedno czym to było - tchórzostwem, przeznaczeniem, palcem bożym - dziękował za interwencję.
Bezwiednie skręcił w odpowiednią uliczkę. Ominął kilka sklepów i stanął przed drzwiami baru dla takich jak on. Kiedyś lubił tu przychodzić. Ciekawe, czy to miejsce zachowało swój dawny charakter i specyficzny klimat? Wszedł do środka.
Liczne towarzystwo od razu go zauważyło. Pełno tu było starych znajomych, którzy z chęcią widzieli Ryszarda w swoim gronie. Natychmiast się do nich przyłączył. Popijali jasne z pianką, wspominali dawne dzieje, chwilami śmiejąc się do łez. Tak beztrosko nie czuł się od niepamiętnych czasów.
Późnym wieczorem oko Ryszarda zatrzymało się na przystojnym małolacie. Był to jeden z tych, którzy dla kilku groszy lub paru głębszych potrafili oddać się komuś na całą noc. Siedział na ławce pod ścianą, udając obojętność wobec otoczenia, jednak zdradzały go dłonie. One nie wyrażały obojętności. Palce nerwowo kręciły młynka, prostowały się i zamykały, dyskretnie wycierały pot w nogawki spodni. Tak, te rączusie na coś czekały i nie było to oczekiwanie na partnera do partyjki szachów.
- Przepraszam, ale muszę już iść - Ryszard pożegnał się z kolegami.
Przy drzwiach zatrzymał się na chwilę i kiwnął głową w kierunku chłopaczka. Sygnał został odebrany prawidłowo. Teraz wystarczyło wyjść za róg i poczekać.
Zjawił się po dwóch minutach. Dobrze zbudowany siedemnastolatek o jasnych włosach w kolorze lnu.
Nie chciał obcego prowadzić do siebie, więc musieli zadowolić się tym, co miało do zaoferowania miasto. Przespacerowali się kilkoma ulicami, aż zaszli do niewielkiego jodłowego lasku odgradzającego starą zabudowę od nowoczesnego osiedla z betonu. Niskie drzewa zapewniały dyskrecję, chroniły przed wścibskimi spojrzeniami przypadkowych przechodniów. Noc była ciepła i rozgwieżdżona.
Obudził się rześki i wypoczęty. Życie znowu nabierało kolorów. Czuł się wyzwolony. Anonimowy seks podziałał jak magiczne lekarstwo. W łazience zlustrował swoje oblicze. Tu i tam nałoży się maseczkę kosmetyczną, troszkę kremu ujędrniającego i twarz będzie jak nowa.
Wczesnowieczorna krzątanina w kuchni poprawiła mu nastrój. Szykował smakowite kanapki z ogromną precyzją i zaangażowaniem. Równiutko układał na chlebie plasterki kiełbasy,sera i pomidora. Szkoda tylko, że te arcydzieła rąk ludzkich zaraz znikną. Nie spiesząc się, zabrał się za jedzenie. Gdy skończył, ubrał się w lekką kurtkę i wyszedł z domu.
Powietrze zastygło w bezruchu. Bezwietrzna pogoda sprawiła, że wszystko zdawało się trwać w nieruchomych, komicznych pozach jak postacie uwiecznione na obrazach malowanych przez jakiegoś artystę maniaka. Jedynie księżyc przesuwający się po ciemniejącym niebie świadczył o tym, że istnieje ruch, przemijanie i ciągłość; nic nie stoi w miejscu mimo iż z pozoru tak mogłoby się wydawać.
Do parku miał piętnaście minut piechotą. Gdy tam dotarł, zmrok wziął już w swoje posiadanie całą okolicę. Wąskie ścieżki rozbiegały się we wszystkie strony, niknąc w ciemnościach potęgowanych przez gęste zarośla. Ryszard szedł jedną z nich. Ręce splótł z tyłu, krokom nadał obojętne, niespieszne tempo, jakby wybrał się na niewinny spacer. Jednak nie była to przechadzka mająca na celu przewentylowanie płuc lub zwiększenie ich objętości. Nie wynikała też z troski o kondycję. Czujny wzrok skryty za zasłoną półprzymkniętych powiek wypatrywał męskich dziwek lub osób takich jak on, spragnionych seksu. No i wypatrzył.
Tradycją się stały codzienne wypady w plener. Jeśli się wie gdzie szukać przygodnych znajomości, zawsze się znajdzie. A Ryszard nie był nowicjuszem w tej dziedzinie. Biegał po parkach, dworcach a nawet po miejskich toaletach, byle tylko zaszaleć. Swój czas dzielił na pracę i seksszaleństwa. Jadł w przelocie. Ktoś postronny mógłby powiedzieć, że się stoczył, popadł ze skrajności w skrajność. Ale on tak nie uważał. Sądził, że życie srodze dało mu w kość i teraz brał od niego tyle przyjemności, ile tylko się dało.
Tego dnia coroczne badania okresowe nie należały do najprzyjemniejszych. Z wynikami analiz w ręce Ryszard wszedł do gabinetu w przyzakładowej przychodni lekarskiej.
Pokój urządzony był koszmarnie. Bezduszne, szarozielone kafelki pokrywały ściany od podłogi po sufit. Nasuwało to skojarzenia z prosektorium. Brakowało tylko lodówek i mruczących agregatów chłodniczych. Pod oknem stało skromne biurko, a przestrzeń między nim i drzwiami była nienaturalnie pusta. Światło sączące się z jarzeniówki dodawało skórze lekarza uroku jakim może się poszczycić zleżały, nieświeży trup.
Internista rzucił okiem na wyniki badań. Od tych małych świstków wypełnionych medycznym bełkotem zależała przyszlość zawodowa Ryszarda.
- Nie podoba mi się pańska krew. - Brwi lekarza zbiegły się, przyjmując groźny wyraz.
- To znaczy?
- Limfocyty. Ma pan tak niską zawartość limfocytów, że drobne przeziębienie może się zamienić w zapalenie płuc prowadzące do... - Lekarz nie chciał od razu dramatyzować na temat śmierci, więc ujął to nieco delikatniej. - Groźnych powikłań.
- Dalej nie rozumiem.
- Powiem inaczej: pański układ odpornościowy się rozsypał. Żeby dowiedzieć się, co tak naprawdę się stało, musimy poddać pana szczegółowym badaniom.
- A praca?
- Na razie bezpieczniej będzie posiedzieć w domu i nie wystawiać się na działanie zarazków.
Zwolnienie lekarskie miało trwać dwa tygodnie. Dokładnie tyle, ile laboratorium potrzebowało na wnikliwe przestudiowanie pobranych próbek.
Nie czuł się chory. No, może troszeczkę przemęczony, ale to można wytłumaczyć bujnym trybem życia. Te czternaście dni odpoczynku z pewnością pozwoli na regenerację sił i powrót do pracy.
- Nie mam dla pana dobrych wiadomości - oznajmił doktor zapatrzony w wyniki analiz leżące na biurku.
- Nie narzekam na zdrowie, czuję się dobrze. Co jest nie tak? - zapytał Ryszard bez niepokoju.
- Niech pan usiądzie.
Natychmiast pojawiły się wizje raka trawiącego go od środka z przerażającą prędkością. Nic mądrzejszego nie przychodziło mu do głowy. A może to białaczka?
- Ale, co mi jest? Niech pan mi to wreszcie powie! Mam prawo wiedzieć.
- Słyszał pan kiedyś o AIDS?
- Tak, obiło mi się o uszy.
- Jest to bardzo poważna choroba polegająca na znacznym obniżeniu odporności organizmu na drobnoustroje chorobotwórcze. Właściwie chory nie ma żadnej odporności i zapada na każdą chorobę, która go dopadnie.
- Tak, wiem. Ale, co to ma wspólnego ze mną?
- Ma pan AIDS.
- AIDS? - Ryszard powtórzył jak echo.
- Przykro mi.
- Umrę?
- Tak.
- Kiedy?
- To zależy od pańskiego organizmu. Jedni pacjenci odchodzą w ciągu roku, inni w ciągu kilku lat. Wszystko zależy od przebiegu choroby i indywidualnych cech pacjenta.
- A leki?
- Są bardzo drogie i mało skuteczne. Jedynie opóźniają to, co i tak ma się stać.
Był wstrząśnięty.
Nie chciał umierać. Miał dopiero trzydzieści pięć lat i całe życie przed sobą. Mimo, że był młodym i silnym człowiekiem, czuł na karku lodowaty powiew śmierci. Piętno nieuchronnego końca wprawiało go w złość. Dlaczego ja? - pytał siebie poraz setny. - Dlaczego nie ktoś inny?
Wyrok śmierci. Ale z tym wyrokiem nie musi chodzić sam. Raźniej jest umierać w kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu... I z pełną świadomością swoich czynów skierował kroki w stronę parku.
Aleksandra Stępień
Aleksandra Stępień zakończyła pracę nad powieścią obyczajową p. t. "Paranoja". Autorka poszukuje sponosora, który byłby gotów wesprzeć wydanie debiutanckiej powieści. Zainteresowanych prosimy o kontakt mejlowy:
i czy można ją gdzieś dostać ?
http://www.mybook.pl/6/0/bid/32
Przerazliwy belkot naszpikowany elkektycznymi wstawkami, zupelnie nie pasujacymi do charakteru tekstu.
Ponadto temat cokowliek wyeksploatowany, tak, ze az banalny.
A moze by tak w innym ujeciu, albo troche uproscic slownictwo - o kwestiach prostych opowiedziec w slowach prostych nie dodajac bzdurnych ozdobnikow?
Oddajac sprawiedliwosc, czytalem tez gorsze teksty...
no coz... bardzo fajnie sie czyta... chetnie kupilbym ksiazke, ale czytalbym wtedy kiedy mialbym ochote sie podolowac... albo jakbym mial ciezki jesienny dzien ;)