Kora zaprowadziła ich do pokoju i pokazała ułożone pod ścianami rzędy różnorodnych przedmiotów. Meble i większość naczyń kuchennych należały do właściciela mieszkania, ale i tak zebrało się tego sporo. W czwartek i piątek, po pracy, systematycznie wyciągała z szafek, szaf i regałów to wszystko, co należało do niej i do Ani. Branie po kolei do ręki rzeczy, z którymi wiązało się tak wiele wspomnień, było udręką. Niektóre przytulała do piersi i oblewała łzami, inne ciskała w gniewie do wielkiego, czarnego worka na śmieci. Gdyby wszystkie należały do niej, uciekłaby z mieszkania, zabierając w plecaku tylko najbardziej niezbędne ubrania. Jak Ania. Czuła pustkę...
Wstała i spojrzała przez okno. Widziała stojący przy krawężniku samochód. Karol narzucił na dach obydwa koce, położył na nich obrócony do góry nogami stolik, pootwierał drzwi i obwiązał wszystko na kształt wielkiego baleronu. Zużył kilometr sznurka i zrobił to tak zręcznie, że drzwi zamknęły się bez trudu. Dzień był suchy i ciepły. Stolik dotarł nietknięty, lekko tylko przykurzony, na Sadybę.
Karol postawił na środku pokoju dwie walizki i plecak. Kora zmieściła w nich wszystkie swoje rzeczy.
Rozpakuj się jak najszybciej - powiedział. - Dopiero wtedy poczujesz się u siebie.
Zabrzęczał dzwonek. Kora podeszła do domofonu.
- Jesteśmy - usłyszała na dole głos Karola.
Po chwili stali już w drzwiach, Karol i szarooki blondyn. Karol trochę wyższy, za to ten drugi szerszy w ramionach, z dużymi, różowymi dłońmi i włosami koloru helskiego piasku. Ściągnięte do tyłu, niesforne, sterczały na wszystkie strony pozostawiając pośrodku żałosną kitkę.
- Kora, Cykor - Karol dokonał prezentacji. - Co mamy nosić?
- Piewszoklaśna garsoniera - Cykor gwizdnął z podziwem. - Dlaczego nie chcesz tu dłużej mieszkać ?
- Nie stać mnie - poskarżyła się Kora.
- Czyli właściciel to krwiopijca. A ja bym tak pięknej pannie worek złota ofiarował, żeby tylko zechciała zostać.
Kora poczuła do Cykora przypływ sympatii.
- Przestań gadać tekstami z "Ogniem i mieczem" i weź się za robotę - zniecierpliwił się Karol.
- Duch ginie w narodzie - oznajmił Cykor. - Poeci skazani są na obcowanie z dorobkiewiczami. Co mamy nosić ?
Kora zaprowadziła ich do pokoju i pokazała ułożone pod ścianami rzędy różnorodnych przedmiotów. Meble i większość naczyń kuchennych należały do właściciela mieszkania, ale i tak zebrało się tego sporo. W czwartek i piątek, po pracy, systematycznie wyciągała z szafek, szaf i regałów to wszystko, co należało do niej i do Ani. Branie po kolei do ręki rzeczy, z którymi wiązało się tak wiele wspomnień, było udręką. Niektóre przytulała do piersi i oblewała łzami, inne ciskała w gniewie do wielkiego, czarnego worka na śmieci. Gdyby wszystkie należały do niej, uciekłaby z mieszkania, zabierając w plecaku tylko najbardziej niezbędne ubrania. Jak Ania. Czuła pustkę i zastanawiała się, czy przed napisaniem nieszczęsnej kartki serce Ani przepełniała taka sama czarna rozpacz.
Większość wspólnego majątku przyszła z Anią albo została kupiona za jej pieniądze. Kora była zawsze bardzo świadoma, że tylko w jednej trzeciej dokłada się do wspólnego gospodarstwa. Czuła, że jej obowiązkiem jest zabezpieczenie tego, czego Ania nie chciała lub nie była w stanie zabrać ze sobą. Z ciężkim sercem, pieczołowicie, porozkładała wszystko na dwa nierówne stosy, a potem poukładała pod ścianami.
- Tę mniejszą kupkę ...
- Kupek nie biorę do ręki - przerwał Cykor. - Z fekaliami nie chcę mieć nic do czynienia.
- On zawsze jest taki ? - Kora spojrzała na Karola.
- O wiele gorszy. Dzisiaj ma swój dobry dzień.
- ... tę mniejszą zapakujemy do walizek, a większą do kartonów. Gdzie są kartony ?
- Zostały w samochodzie - zameldował Cykor.
- Mówiłem ci, bęcwale, żebyś je zabrał ze sobą.
- Przez podwórze przechodziło dwóch pięknych młodzieńców - jęknął Cykor. - Zagapiłem się.
- Pędź ! - Karol rzucił mu kluczyki.
- Karol, pamiętasz, jak opowiadałam ci o stoliku ? - powiedziała, gdy Cykor zniknął za drzwiami.
- To ten ? - pokazał ręką.
- Tak - potwierdziła Kora. - Uzgodniłam z właścicielem, że mogę go tutaj zostawić na przechowanie.
Ania kupiła owalny secesyjny stolik herbaciany na pchlim targu, za jakieś horrendalne pieniądze. "Musimy mieć w mieszkaniu chociaż jeden własny mebel, na szczęście", powiedziała. "Lepiej, jak będzie to coś ładnego". Grały na nim w pasjansa, urządzały kolacje przy świecach i niedzielne śniadania w łóżku.
- To piękny mebel - powiedział Karol, obejrzawszy go dokładnie. - Nie możesz go zostawić. Nie wiadomo, kto będzie tu po tobie mieszkał. Zniszczą go albo ukradną.
- Przecież jest zbyt duży, żeby zmieścił się do samochodu, nieprawda ?
- Coś wymyślę. Widziałem gdzieś tutaj koce.
- Należą do właściciela mieszkania.
- Nie szkodzi. Zwrócimy je.
Do mieszkania wpadł z hałasem Cykor. W ramionach trzymał stertę kartonów.
- Co tak długo ? - skarcił go Karol. - Znowu jacyś młodzieńcy ?
- Tym razem starsza pani. Żądała, żebym przestawił samochód z podwórza na ulicę. Chciała wiedzieć ...
- Bierz się do pakowania - przerwał mu Karol. - Weź koce - zwrócił się do Kory - i chodź ze mną do samochodu. Już wiem, co mam zrobić.
Chwycił stolik i ostrożnie ruszył w kierunku drzwi.
Patrzyła zafascynowana na różnorodność domów Sadyby. Nie zauważyła, kiedy zajechali na miejsce. To był trzeci dom po lewej stronie ulicy, duży, cały w odcieniach szarości. Stojące przed nim strzeliste świerki czyniły go mniejszym, niż był w rzeczywistości. Ciemnoszary dach przyczaił się na budynku. Wysuwał szerokie okapy ponad krępe płaszczyzny ścian i spływał w dół rynnami na kształt drapieżnego kota, lamparta, rozłożonego leniwie na gałęzi baobabu. Okalająca dom zieleń nadawała szarej boazerii ścian lekko błękitny odcień. Krótka, prosta ścieżka z betonowej kostki prowadziła ku schodkom sześciokątnego ganku, wsuniętego pod dom ręką zręcznego architekta; wydawało się, że trzy ukryte wierzchołki sześciokąta połączą się z trzema widocznymi po otwarciu drzwi.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Karol zatrzymując samochód.
Kora patrzyła zauroczona. Nigdy jeszcze nie mieszkała w czymś tak pięknym.
- No chodź - ponaglił ją. - Co się gapisz, jak cielę na malowane wrota.
Kora obraziła się na pięć sekund. Potem pognała za nim przez otwartą furtkę.
Pod daszkiem osłaniającym wejście tłoczyły się smukłe okna wykuszu; przez szybę jednego z nich Kora zobaczyła kuchenny stolik i cztery krzesła. Nie zdążyła zaobserwować niczego więcej, bo Karol porwał ją nagle z nóg i nucąc marsz weselny Mendelsohna niósł przez ganek, próg i mnóstwo schodów, na półpiętro i przez otwarte drzwi, do dużego pokoju z oknem na ulicę. Zaprotestowała raz dla formy, zarzuciła mu ręce na szyję, przytuliła się do jego policzka i patrzyła na otwierające się królestwo. Jego dobry humor i błazenady Cykora odgoniły od niej czarne myśli. Czuła się tak bezpiecznie w jego ramionach, jak na rękach ojca lub jednego z braci, gdy nieśli ją po dobranocce do jej łóżeczka i ukochanego pluszowego misia Filemona.
Karol postawił ją na ziemi.
- To twój pokój - pokazał wokół gestem ręki.
- Filemon !- pisnęła.
Pod przeciwległą do okna ścianą rozpierał się na łóżku pluszowy miś. Pokazała go Karolowi, gdy szli przez Nowy Świat dwa dni po pierwszym spotkaniu w "Edenie". Był dwa razy większy od prawdziwego Filemona, ale podobny z barwy i kształtu. Prawdziwy Filemon nigdy nie wyściubił nosa poza mieszkanie jej rodziców w Wałczu. Uklękła przed łóżkiem i czule pogłaskała misia.
- Będziesz Filemonem Drugim Wspaniałym - obiecała.
Wstała i spojrzała przez okno. Widziała stojący przy krawężniku samochód. Karol narzucił na dach obydwa koce, położył na nich obrócony do góry nogami stolik, pootwierał drzwi i obwiązał wszystko na kształt wielkiego baleronu. Zużył kilometr sznurka i zrobił to tak zręcznie, że drzwi zamknęły się bez trudu. Dzień był suchy i ciepły. Stolik dotarł nietknięty, lekko tylko przykurzony, na Sadybę.
Karol postawił na środku pokoju dwie walizki i plecak. Kora zmieściła w nich wszystkie swoje rzeczy.
- Rozpakuj się jak najszybciej - powiedział. - Dopiero wtedy poczujesz się u siebie. Rozładuję ten cholerny stolik i jadę po Cykora. Przywieziemy resztę gratów.
- Dziękuję za Filemona.
Mruknął coś niezrozumiałego. Za chwilę zobaczyła go przez okno, jak wielkimi nożycami zajadle atakował sznurek.
- Tak szybko ? - zdziwiła się Kora.
Karol spojrzał na zegarek.
- Normalnie. Dwadzieścia minut jazdy w każdą stronę. Kilka minut na miejscu. Wszystko było już spakowane.
- Tak, ale sześć napakowanych kartonów. To trzy razy w górę i w dół.
- Może dla ciebie, pchełko. Złapaliśmy każdy po trzy i do samochodu. Przedtem sprawdziliśmy całe mieszkanie. Światła pogaszone, okna zamknięte, gaz zakręcony, z żadnego kranu nie kapie. Drzwi wejściowe zamknięte na wszystkie zamki.
- Dziękuję. Kochani jesteście. Gdzie Cykor ?
- Dotlenia się w ogrodzie.
- Dlaczego go tak nazywacie ?
- Strasznie się boi, że złapie ejdsa. Nigdy się nie kocha bez zabezpieczeń. Zakłada ...
Wyciągnęła w jego kierunku obydwie dłonie, wnętrzem do przodu, jakby chciała go odepchnąć.
- Nie chcę wiedzieć.
- Przeciwnie, umierasz z ciekawości, jak to robią geje. Z wszystkimi pikantnymi szczegółami. A krygujesz się na Matkę Teresę.
- Jesteś okropny. Wykąpię się i idę spać. To był ciężki dzień.
- Nie za wcześnie? - Karol spojrzał na zegarek. - Dopiero szósta.
- Słusznie. Poczytam przed zaśnięciem.
- Jak się umówiłaś z właścicielem?
- Powiedział, żebym zadzwoniła, jak będę gotowa.
- Zrób to zaraz. Umów się z nim na jutro. Podwiozę cię. Tylko nie za wcześnie. Cykor zostaje na noc. Nie wstaniemy przed dziesiątą.
- Umówię się na poniedziałek. To przecież niedaleko od mojego szpitala. Przejdę po raz ostatni drogą, którą chodziłam przez dwa lata.
Posmutniała. Karol patrzył na nią kpiąco.
- Sentymentalna.
- Żebyś wiedział. A ty jesteś bez serca. Idę się kąpać.
Razem ze spływającą po skórze wodą znużenie opuszczało jej ciało. Nie była zmęczona przeprowadzką. Karol i Cykor zrobili wszystko za nią. Wyczerpało ją napięcie i bieganina ostatnich dni.
Czesała mokre włosy przed lustrem, gdy usłyszała trzeszczenie schodów. Ktoś wchodził na półpiętro.
- Kora ? - zabrzmiało pod drzwiami łazienki. Karol.
- Czeszę się.
- Ja też się cieszę, że się cieszysz. Grunt to optymizm. Napijesz się grzanego wina ?
Gdy skończyła się śmiać, zasłoniła się ręcznikiem i uchyliła drzwi. Karol przestępował smętnie z nogi na nogę. Był boso, bez koszuli, w szarych dresowych spodniach. W korytarzu unosił się rozkoszny zapach cynamonu i goździków.
- Czemu rżysz do lustra ? - spytał. - Z własnego odbicia ?
- Radość życia. Z czego to wino ?
- No ... z wina.
- Wiem, kołku, że nie z wody. Nie wyglądasz na Jezusa. Pytam się o dodatki. Czuję cynamon i goździki. Co jeszcze do niego dajesz ?
- Dwie pomarańcze pokrojone w grube plastry, jedna cytryna - cienkie plastry, cukier i dopalacz.
- Brzmi dobrze. Tylko ten dopalacz ...
- Nieobowiązkowy. Ale daje kopa.
- Zaraz zejdę.
Usłyszała, jak zbiega po schodach i przemknęła do swojego pokoju. W łazience zasłoniła się przed nim ręcznikiem, choć nie była naga. Miała na sobie komplet z przejrzystego muślinu, krótką koszulkę i figi. Kupiła je, żeby podobać się Ani. Teraz chciała czuć się wykwintnie i sexy, w świeżej pościeli, na progu nowego etapu w życiu. Karol był opiekuńczy i szarmancki, Cykor usłużny i lekko zwariowany. Obydwaj traktowali ją jak księżniczkę. To był powrót do najwspanialszych wspomnień dzieciństwa. Rozpieszczający ją starsi bracia, śmiech, bezpieczeństwo. Chwilo, trwaj !
Nie chciała się przebierać. W nogach łóżka leżał zapasowy koc. Zawinęła się w niego i udrapowała, jak togę. Na zewnątrz wystawały tylko prawa ręka i głowa. Wewnątrz było ciepło i przytulnie.
- Jestem Ateną - powiedziała na głos. Koc natychmiast zamienił się w przetykaną złotem szatę.
Wyszła z pokoju i stanęła na krawędzi pogrążonych w półmroku schodów. Karol akurat wchodził na górę.
- Stój, śmiertelny - krzyknęła Kora. - Oddaj hołd ...
Zamierzała spłynąć dostojnie w dół. Zrobiła krok do przodu. Potem mknęli po schodach w dół na nagich plecach Karola. Ktoś krzyczał. Wylądowali pośrodku korytarza.
Korze nic się nie stało. Upadła na Karola i ciągle była owinięta tym cholernym kocem, który zaplątał się jej między nogami. Nie poruszała się ze strachu, że przysporzy Karolowi bólu. Leżał pod nią i stękał. Cykor wybiegł z kuchni i stał nad nimi.
- Och, fuuj ! Mógłbyś to robić gdzie indziej, wstrętny biseksie. Wracam do domu.
- Ściągnij ją ze mnie - stęknął Karol. - Nie mogę pozbierać kości.
Cykor chwycił Korę i postawił pod ścianą. Wyglądała i czuła się, jak mumia. Ostrożnie zaczęła wyłuskiwać się z koca.
Jęcząc, Karol obrócił się na brzuch. Cykor gwizdnął.
- Paskudnie to wygląda, przyjacielu. Masz nauczkę. Nie trzeba było zaczynać baletów beze mnie. Tu boli ? - palcem wskazującym dźgnął Karola pod łopatką.
- Auuu !
- Trzeba zdezynfekować.
Pobiegł do kuchni i za chwilę wrócił z butelką spirytusu i wacikami.
- Auuu ! - zawył znowu Karol. - Strasznie piecze. Coś ty wziął ? Spirytus ? Zwariowałeś ?
- Musi boleć, kochasiu. Inaczej nie wyzdrowiejesz.
Kora doszła do wniosku, że nie czas na fałszywą skromność. Cykor najwidoczniej lubił czuć kopa i nie żałował sobie dopalacza, cokolwiek by to nie było. Zamiast pomóc, odprawiał nad Karolem sadystyczny rytuał. Zrzuciła koc.
- Odsuń się - rozkazała Cykorowi. - Zapal światło.
Cykor wpatrywał się, jak urzeczony, w muślinowy komplecik Kory.
- Ależ pyszne fru-fru. Pożyczysz mi na dzisiejszą noc, prawda?
- Zapal światło ! - krzyknęła ze złością.
Posłuchał. Kora obejrzała uważnie plecy Karola. Dużo zadrapań, z niektórych sączyła się krew. Starta skóra na łopatce podeszła limfą i krwią. W rankach było sporo ciemnych drobin. Obejrzała się dookoła. Korytarz nie był bardzo brudny. Ani czysty.
- Nie ruszaj się - nakazała. Pobiegła do swojego pokoju i wróciła z apteczką. Szybko i delikatnie oczyściła i zdezynfekowała uszkodzone partie skóry.
- Możesz wstać. Będziesz musiał spać na brzuchu, biedulku - powiedziała ze współczuciem. Pogłaskała go po włosach i karku. - A ty nic nie mów ! - krzyknęła na Cykora.
Cykor otwierał właśnie usta, ale zaraz je zamknął. Kora sięgnęła po leżący na podłodze koc.
- Nie, o nie ! - jęknął Karol. Żadnego chodzenia w kocach. Zabraniam. To zbyt niebezpieczne. Cykor, przynieś moją flanelową koszulę.
Cykor pogalopował na górę. Wrócił ze stertą koszul.
- Przyniosłem wszystkie - wysapał.
Kora wybrała bordowo-żółtą kratę. Koszula sięgała jej do kolan. Podwinęła rękawy.
- Gdzie to wino ?- zapytała.
Dopalaczem był spirytus. Ten sam, którym Cykor katował Karola. Kora siedziała z podkulonymi nogami w fotelu i sączyła czwartą szklaneczkę wina. A może piątą? Dwie ostatnie z dopalaczem. Ziewała często, ale wcale nie miała ochoty pójść na górę. Poważnie rozważała zwinięcie się w kłębek i ułożenie do snu w fotelu. Z wieży płynęły delikatne dźwięki Mozarta. Karol i Cykor już jakiś czas temu przestali opowiadać te wszystkie nieprawdopodobne historie, od których prawie się posiusiała ze śmiechu. Zajęli się sobą. Ich pieszczoty stawały się coraz śmielsze. Jej obecność wcale im nie przeszkadzała. A może to właśnie ich kręciło ?
Nie wiadomo skąd tuż przed nią wyrosła twarz Cykora.
- On się klei - oznajmił przenikliwym szeptem. - Nie można tego zmyć ?
- To Betadina w spreju - powiedziała sennie. Dezynfekuje i tworzy warstwę ochronną. Nie możesz go tam dotykać.
- A tak ? - pokazał jej ręce w rękawiczkach chirurgicznych.
Przypomniała sobie, co Karol mówił o panicznej obawie Cykora przed AIDS. Uśmiechnęła się.
- Też nie. Na pewno już nie są sterylne. Poczekaj do jutra.
- Kora - to był głos Karola. Szeptał ciszej niż Cykor, prosto w jej ucho. Czuła jego ciepły oddech. - Jestem niepełnosprawny. Nie mogę oddawać się żadnym perwersjom. Do wszystkich potrzebne są zdrowe plecy.
- Przykro mi, biedulku - powiedziała całkiem poważnie. - Nie chciałam spaść na ciebie ze schodów.
Poczuła ostrą woń trawki. Cykor palił i wydmuchiwał dym w jej kierunku.
- Pociągnij - usłyszała szept Karola.
Posłusznie wyciągnęła rękę po skręta. Już po pierwszej porcji dymu poczuła zawrót głowy. Po drugiej i trzeciej świat zaczął wirować. To było coś mocniejszego, niż trawka. Pokój rozsypał się i wsiąkł w podłogę. Na miejsce ścian pojawiły się bajecznie kolorowe plamy światła. Jedna z nich przeobraziła się w twarz Ani. Usta złożyły się do pocałunku ...
Kora obudziła się, gdy było już całkiem jasno. Mało tego. Za oknem pięknie świeciło słońce, a z ulicy dobiegały głosy i kroki. Spojrzała na zegarek. Była za pięć dziesiąta.
- O Boże - jęknęła. - Moja niedziela.
Obiecywała sobie, że będzie rozkoszować się domem i ogrodem przez całą niedzielę. Wczoraj, przygnębiona przeprowadzką, nie umiała się cieszyć. Wyskoczyła z łóżka i pobiegła na dół. Drzwi na taras były otwarte. Karol siedział tuż za nimi, na rozkładanym drewnianym krześle. Patrzył przed siebie.
Ogród otoczony był wysokim, gęstym, starannie przyciętym żywopłotem z mirabelek. Ponad nim górowały tylko korony drzew i dachy sąsiadujących domów. Z trawnika, jak wyspy z oceanu, wyłaniały się grupy kwiatów, krzewów i karłowatych drzewek. Kwiatów było najwięcej. Na każdej z wysp kwitły jedna lub dwie kępy. Niektóre wyspy miały ich więcej - trzy, cztery, nawet pięć. Przeważały kolory biały i niebieski, wspaniale kontrastujące z gasnącą jesienną zielenią i pojawiającymi się na liściach tonami złota i czerwieni.
Wysp było dziewięć. Ułożone pieczołowicie z ziemi i kamieni, każdy element precyzyjnie zaplanowany i osadzony. Ścieżka z żółtych kamiennych płyt wiła się pomiędzy nimi, za każdym zakrętem odsłaniając inne kompozycje, kształty i barwy.
Nad przytulonym do domu tarasem rozpierały się ciemne belki pergoli oplecione rudziejącym już dzikim winem. Pomiędzy pięciopalczastymi liśćmi wisiała mozaika błękitnych kawałków nieba. Na kamiennej podłodze cień tańczył ze światłem przy każdym powiewie.
- Gdy wpatrujesz się w nie dostatecznie długo - odezwał się Karol - widzisz je wszystkie dziewięć.
- Ja widzę tylko sześć.
- Patrzysz dopiero kilka minut. Twój umysł nie zdążył się otworzyć.
- Jutro zabiorę się do japońskiej medytacji. Na dzisiaj wystarczy to, co widzę. Bez otwierania umysłu. Twój ogród jest dostatecznie piękny, jak na zwykły, niedzielny ranek. Kto go zbudował ?
- Ojciec. To replika fragmentu japońskiego ogrodu Nara, z 7-ego wieku naszej ery.
- Twój ojciec to wrażliwy i delikatny człowiek.
- Mylisz się. To samolubny i małostkowy skurwiel. Nigdy nie kochał nikogo i niczego. Z wyjątkiem tych pieprzonych kamieni.
Korze zrobiło się przykro. Szybko zmieniła temat.
- Jak twoje plecy ?
Wstał i zdjął koszulę. Prawie wszystkie ranki ładnie pozasychały. Tylko starta skóra na łopatce była wilgotna i zaczerwieniona. Nad nerkami, na kręgosłupie i karku wykwitły wielkie sińce.
- Kąpałeś się - stwierdziła oskarżycielskim tonem.
- Nie mówiłaś, że nie wolno.
- Zapomniałam. Popsikam cię jeszcze Betadiną. Do wieczora na łopatce też wytworzy się strup. Boli ?
- Tylko wtedy, gdy się śmieję.
Spojrzała na niego podejrzliwie. Patrzył na nią trochę kpiąco, jak zwykle.
- Dobrze ci się chodzi w mojej koszuli ? - spytał.
- Pysznie. Jest ciepła i wygodna. Ale już chyba niezbyt świeża. Przespałam w niej całą noc.
- Weź inną. Położyłem kilka w twoim pokoju.
Weszła do domu. Za progiem obróciła się i spytała:
- Co było w tych skrętach ?
- Sam nie wiem. Cykor je czymś wzmacnia. A co? Źle się czujesz? Jakieś koszmary?
- Nie, przeciwnie ...
- Widzieliśmy. Najpierw obcałowałaś powietrze wokół siebie. Potem jęczałaś. I to chyba nie z bólu.
Zaczerwieniła się po czubeczki uszu. Nic nie powiedziała i pobiegła na górę.
Zeszła na dół kwadrans później, wykąpana, w ubraniu do Tai Chi i boso. Włożyła płytę do wieży. Na tarasie muzykę ledwie było słychać, ale i tak znała ją na pamięć. Ćwiczyła patrząc na wyspy. Widziała je wszystkie dziewięć. Oddychała głęboko. Miała wrażenie, że unosi się ponad powierzchnią tarasu, nie czuła stopami chłodu kamiennych płyt. Harmonia ogrodu połączyła się z harmonią jej ciała i umysłu.
Gdy skończyła, poczuła się, jak nowo narodzona. "Tak", pomyślała z satysfakcją, "nowa Kora, rozbudzona z długiego, koszmarnego snu."
Karol zniknął z tarasu, więc weszła do domu i wyłączyła muzykę. Na stoliku pod oknem zauważyła teczkę do rysunków. Pomyślała, że to nieładnie szperać w cudzych rzeczach. W środku były trzy kartki. Popatrzyła na nie z niedowierzaniem. To była ona, Kora, bez cienia wątpliwości. Jakby oglądała własną twarz w lustrze. Spała z głową złożoną na poręczy fotela. Nie było tła, nawet fotel zarysowany był delikatnymi pociągnięciami ołówka tylko tam, gdzie stykał się z jej ciałem. Zamknięte oczy, nos, półotwarte usta, koniuszek ucha wynurzający się spośród rozsypanych w nieładzie włosów, delikatny zarys szyi. Wszystko inne zakrywał materiał w kratę, ale jakimś cudem artysta wyczarował kreską i cieniem kształty ramion, zarys biodra i nóg. Ciała nie było widać, a jednak czuło się, że tam jest, ciepłe, poruszające się lekko w rytm oddechu. Jedną rękę trzymała pod głową, na szerokiej poręczy fotela. Z rękawa wychylał się rozczulająco mały fragment dłoni.
Patrzyła na siebie długo, potem spojrzała szybko na drugą i trzecią kartkę. Rozłożyła je na stoliku. Wszystkie rysunki przedstawiały ją w tej samej pozycji. Na drugim była naga, na trzecim w koszulce i figach z muślinu. Jeden rzut oka upewnił ją, że były to fantazje malarza na temat jej ciała, a nie portrety z natury. Na obydwóch widać było fragmenty materiału w kratę, ulotnego teraz i przejrzystego, ale w dalszym ciągu otulającego ją od stóp po szyję. Kontury ciała zarysowane były grubszą kreską, pod gładką skórą leżały rozluźnione snem mięśnie. Była piękna. Artysta obdarzył jej ciało perfekcją, uczynił je nierzeczywistym, jak erotyczny sen.
Patrzyła na rysunki porażona talentem twórcy i wdzięczna, że zechciał uczynić ją obiektem swej wizji. Westchnęła.
- Piękne, nieprawdaż ?
Podskoczyła. Karol stał tuż za nią. Podszedł cicho jak kot.
- To Cykor, prawda ? - pokazała na rysunki.
- Skąd wiesz, że to nie ja ?
Wzruszyła ramionami. Pomyślała, że powinna mu powiedzieć coś miłego.
- Sądzę, że jesteś tak samo utalentowany, jak on, ale twoje talenty są innej natury.
Spojrzał na nią z uznaniem.
- To bardzo dyplomatyczna odpowiedź. Tak, to Cykor.
- Gdzie on jest ?
- Poszedł do siebie. Mieszka niedaleko stąd.
- Dlaczego nie mieszkacie tutaj, razem. Przecież dobrze wam ze sobą.
- Zamordowałbym go po tygodniu. Cykor jest nieobliczalny. Prawdziwy artysta. Wczoraj rwał się do ciebie z nożycami. Chciał pociąć koszulę. Mówił, że musi narysować twój akt. Inaczej umrze. Nie pozwoliłem mu.
- Dziękuję, że mnie obroniłeś - powiedziała dziwnie bez przekonania.
- Broniłem koszuli.
- Dobrze zrobiłeś - powiedziała, tknięta nagłą myślą. - Gdybyś mu pozwolił rysować z natury, nie stworzył by czegoś tak pięknego.
- Tak - rzekł Karol w zamyśleniu - przeszedł samego siebie. - Ty nigdy nie jesz ?- ocknął się. - Wczoraj nie chciałaś kolacji, dzisiaj obywasz się bez śniadania.
- Umieram z głodu.
Na pierwszej patelni Karol posadził cztery jajka. Rozbijał skorupki delikatnie i wylewał zawartość tuż nad rozgrzaną powierzchnią. Na drugiej podsmażył na maśle cztery wielkie, różowe płaty szynki. Połączone na talerzach danie wyglądało i pachniało wybornie, a smakowało jeszcze lepiej. Kora zjadła jedno jajko i cały, przyrumieniony, pokryty złotymi kroplami masła plaster szynki. Po chwili wahania wyjęła z opakowania płatek chrupkiego pieczywa, przełamała go na pół i pokryła warstewką dżemu. Przez chwilę nie wiedziała, co zrobić z drugą połówką. Karol chwycił ją w palce i wrzucił do ust. Właśnie wycierał talerz kawałkami bułki z resztek żółtka i masła. Poszedł do kuchni i wrócił z dwoma kromkami pszennego chleba i półmiskiem cienko pokrojonego salami. Włożył chleb do tostera.
- Masz apetyt - uśmiechnęła się Kora.
- Tobie jakoś nie dopisuje.
- Co ty ! Objadłam się jak bąk. Nie jem tyle na śniadanie.
- A ile ?
- Piję czarną kawę. W przypływach rozpasania wrzucam do niej kostkę cukru.
- I ...
- ... wychodzę do pracy.
Karol wyjął z tostera dwie przyrumienione kromki i obłożył je grubo plasterkami salami. Spojrzał na nią ze współczuciem.
- Pracujesz głodna.
- Nie. Jak czuję głód, to o jedenastej kupuję w bufecie drożdżówkę i piję kawę.
- Jak czuję głód ? To znaczy, że nie odczuwasz go codziennie?
- Ależ skąd. Jak nie jestem głodna, piję tylko kawę.
- Z cukrem ? Śmietanką ?
- Co ty. Byłabym gruba, jak beczka.
- A obiad ? - drążył Karol. Wbił zęby w drugą kromkę z salami.
- Jem w stołówce szpitalnej. Gotują bardzo dobre obiady. I obfite. Zupa, drugie danie, deser.
- Zjadasz trzydaniowy obiad ?
W głosie Karola brzmiało niedowierzanie. Sięgnął po chrupkie pieczywo i dżem.
- Przecież bym pękła. Jem zupę albo drugie danie.
Karol pokiwał głową z miną "Mogłem się tego domyśleć".
- A deser ?
- Deserów nie jem, bo byłabym gruba jak beczka.
- Podwieczorek ? Kolacja ? - podpytywał z nadzieją w głosie.
- Jem obfite kolacje - zapewniła go pospiesznie Kora, patrząc, jak opycha się nerwowo chrupkami z dżemem.
- To znaczy ? - popatrzył na nią podejrzliwie.
- Na przykład tosta z marmoladą pomarańczową i jabłko. Uwielbiam pomarańczową marmoladę.
- Dogadzasz sobie - mruknął, wyskrobując resztki dżemu ze słoika. Po chrupkim pieczywie pozostało tylko wspomnienie.
- Tak, lubię sobie podjeść. Po takiej wieczornej wyżerce rano nie jestem głodna. Gdybym jadła śniadanie ...
- Wiem. Byłabyś gruba jak beczka.
Po śniadaniu Kora przygotowała marynatę do mięsa. Zalała nią grube plastry karkówki i wstawiła do lodówki. Inną marynatą, z samych ziół i kilku kropel oliwy, posmarowała pierś kurczęcia. W salaterce zrobiła gęsty sos czosnkowy. Karol przyglądał się z zainteresowaniem.
- Gdzie się tego nauczyłaś ?
- Od mamy i Oli, mojej bratowej. Z Anią robiłyśmy posiłki w domu. Dużo eksperymentuję. Lubię pracę w kuchni.
Wyszli na spacer. Karol pokazał jej, którędy dojść do przystanków autobusów. Zwiedzili okolicę. Resztę dnia spędzili w ogrodzie i na tarasie. Kora obserwowała życie w przylegającym do tarasu stawie. Przechadzała się po kamiennej ścieżce odkrywając coraz to nowe kompozycje roślin i kwiatów. Czytała. Wygrzewała się w słońcu. Było jej dobrze.
Było późne popołudnie, gdy zjawił się Cykor. Karol akurat rozpalał grilla.
- Lubisz przychodzić na gotowe - zauważył zgryźliwie.
- Gdzie Kora ?
- Odprawia misterium w swoim pokoju. Robi się na bóstwo.
- Na bóstwo ? Zaprosiłeś jakieś dziewczyny ?
- Dla ciebie, gruboskórny synu szewca. Powiedziała, że w towarzystwie artysty nie może wyglądać, jak prowincjonalna kwoka.
- Jaka to mądra kobieta - rozczulił się Cykor.
- Już jestem - Kora weszła z domu na taras.
Miała na sobie prostą, krótką sukienkę, doskonale skrojoną, uwydatniającą bez ostentacji jej piersi i biodra. Złamana biel podkreślała brzoskwiniowy odcień skóry. Na twarz położyła delikatny makijaż. Włosy podpięła wysoko, żeby odsłonić szyję i uszy.
Cykor wydał z siebie serię gwizdów o różnorodnych tonacjach. Kora podziękowała uśmiechem.
- Widziała twoje zbereźne rysunki - przerwał im Karol.
- Które ?
- Te z wczorajszego wieczoru.
- Nie są zbereźne - zaperzył się Cykor.
- Chodź - Kora pociągnęła go za rękaw. - Musisz mi coś wyjaśnić.
Rysunki leżały na stoliku pod oknem, tam gdzie je zostawiła.
- Jak to jest, że gej potrafi tak pięknie narysować kobietę ?
- Piękno nie ma płci.
- Pokażesz mi swoje inne rysunki ?
- Nie mam ich tutaj.
- No ... kiedyś ... przyniesiesz je ?
Wymamrotał coś, czego nie zrozumiała i ruszył ku drzwiom.
- Poczekaj - złapała go za rękę. - Przepraszam. Nie chciałam być wścibska.
- Nie ma sprawy.
- Mogę coś dla ciebie zrobić ?
- ???
- Twoja kitka. Wygląda, jak rozdziobany przez wróble chochoł.
Grill udał się wspaniale. Kora nie jadła karkówki, ale Karol i Cykor zapewniali, że jest pyszna. Cykor użył nawet słowa "zniewalająca". Musiała im smakować, bo nie zostawili ani kawałeczka. Jej szaszłyk z piersi kurczęcia też był wyśmienity.
Karol otworzył specjalnie dla niej butelkę chilijskiego Chardonnay. On i Cykor pili piwo. Wino było wartkie, niecierpliwe, o lekko orzechowym posmaku. Pasowało doskonale do białego mięsa i ziół marynaty.
Cykor poszedł po gitarę. Kora wykorzystała jego nieobecność i wypytała Karola o jego twórczość.
- Cykor rysuje gejowską pornografię. Na indywidualne zamówienia. Dostaje szczegółowe instrukcje, co ma przedstawić. Rysunki są bardzo ... wyraziste. Z tego żyje. Nie powiedział ci tego ?
- Chyba się wstydził.
- Kryguje się, jak stara ciota.
Korze zrobiło się przykro. Była pewna, że Cykor autentycznie się wstydził. Obawiał się, że pornografia umniejszy w jej oczach piękno jego wczorajszego dzieła. Wcale nie miała mu za złe rysowania gejowskiej miłości, nawet jeśli obrazki były obsceniczne. Żadna praca nie hańbi, prawda ?
"Piękno nie ma płci", powiedział. Pochlebił jej. Nie uważała się nigdy za piękną. Przesunęła palcem po wargach. Są stanowczo za wąskie. Może by wstrzyknąć w nie sylikon, jak Angelina Jolie ?
Zza domu usłyszeli dźwięk gitary. To Cykor śpiewał im serenadę.
Na tarasie zrobiło się chłodno. Kora zarzuciła na ramiona chustę, potem nie pasujący do sukienki sweter. Miała zlodowaciałe stopy. Dłonie, żeby je trochę rozgrzać, schowała pod pachami. Ale za nic nie ruszyłaby się teraz z tarasu. Nad pergolą paliły się lampy. Palczaste liście dzikiego wina pełzały cieniem po ich twarzach, zastygały na strunach gitary, otulały jej ciało czarno-złotym kobiercem.
Cykor śpiewał sprośne piosenki obozowe i ckliwe miłosne ballady. Miał jasny, miękki głos. Kora pomyślała, że gdyby obydwoje byli hetero, zakochałaby się w nim bez pamięci.
Karol przyniósł z kuchni dzban grzanego wina. Pachniało tak samo rozkosznie, jak wczoraj. Parzyło wargi i rozgrzało ją znacznie lepiej niż sweter. W przerwach pomiędzy piosenkami Cykor pociągał skręta.
- Niestety, muszę was opuścić - Karol wstał i przeciągnął się. - Mam coś do załatwienia.
- Kiedy wrócisz ? - Kora podniosła na niego wzrok znad wyjątkowo ciekawego cienia na rękawie. Wyglądał i tańczył, jak rozgwiazda w filmie Walta Disneya.
- Prawdziwa kobieta. Wszystko musi wiedzieć. Na razie.
Po wyjściu Karola Cykor odwrócił głowę i złapał w dwa palce kitkę.
- Zobacz. Trzyma się.
- Chodź do mnie, to nauczę cię, co masz robić.
Tłumaczyła mu cierpliwie, jak ma zaczesywać włosy, gdzie wkładać spinki i jakich gumek używać.
- Chyba je zetnę - westchnął. - To jest strasznie skomplikowane.
- Nie rób tego - przestraszyła się. - Lepiej przychodź do mnie.
Cykor przeciągnął kostką po strunach gitary i zaśpiewał:
Leci pies przez pole, ogonem wywija
Pewnie nieżonaty, szczęśliwa bestyja
Dana, dana, dana, dana, dana, dana,
Pewnie nieżonaty, szczęśliwa bestyja
Leci pies przez pole, ogon ma spuszczony
Pewnie już żonaty, albo zaręczony
- Dana, dana, dana ... - podjęli chórem. Cykor szczerzył się i co chwila puszczał do niej oko. Kora śmiała się w głos, do niego, z zabawnych słów piosenki, z radości życia.
Leci pies przez pole, nie ma już ogona
Pewnie mu odgryzła kochająca żona
Dana, dana, dana ...
Wiedziała, że na swój sposób Cykor stara się ją pocieszyć i była mu za to wdzięczna. Sączyła wino, nie sięgała po skręty. Zastanawiała się, co jej przyniesie jutro, ale nie lękała się już przyszłości.
Opowiadanie nadesłane na konkurs literacki Tęczowego Pióra 2004, zorganizowany przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Gejów i Lesbijek na rzecz Kultury - ILGCN.
Autorka podpisała się godłem Kora