Strona główna Aktualności Społeczność
Profile Grupy Przewodnik Wydarzenia Wsparcie
Ogłoszenia
Towarzyskie Pokoje i mieszkania Praca Ogłoszenia drobne Edukacja Pozostałe Dodaj
Queeroteka
Książki Filmy i seriale Quizy Patronat Queer.pl
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Kontakt Reklama Regulamin
Queer.pl Portal osób LGBT+
Menu
Logowanie Rejestracja
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Wtorek, 09.03.2004 00:00

Obiekt do zdobycia

Podziel się Tweetnij Skomentuj (8)
Podziel się Tweetnij Skomentuj (8)

Student, asystent i wypadek samochodowy...

Adam był homoseksualistą. Racjonalna strona jego osobowości wiedziała aż nadto dobrze, że nie powinno mieć to najmniejszego wpływu na poczucie własnej wartości, czy chociażby łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi. Jednak gdyby wszystko w życiu było tak proste i racjonalne, gdyby każde zdarzenie dało się opisać wzorami, podstawić dane i obliczyć wynik, znać z wyprzedzeniem konsekwencje... Niestety, Adam wiedział, że w realiach otaczającej go rzeczywistości nie można na to liczyć...

Adam Kowalski, zapinając guziki swojej kraciastej koszuli, z ponurą miną wpatrywał się w szary i deszczowy krajobraz za oknem. Nie znosił poniedziałkowych poranków, ale jeszcze bardziej nie znosił, kiedy padało. Zbliżał się czerwiec, lecz pogoda zdawała się zupełnie ignorować wszelkie prawa natury, usilnie nie dopuszczając do swojej wiadomości, że wczesna wiosna skończyła się jakieś parę miesięcy temu. Westchnął. Najchętniej zostałby dziś w domu. Nie miał ochoty na spotkanie ze światem zewnętrznym. Perspektywa ośmiogodzinnego pobytu na uczelni, w tym kilku godzin zajęć ze studentami, nie wprawiała go w oszałamiające zadowolenie. Nie to, żeby nie lubił swojej posady asystenta na politechnice białostockiej. To nie tak. Praca naukowa zawsze dawała mu ogromną przyjemność, pozwalała oderwać się od szarej rzeczywistości. Co więcej, była to jedyna sfera życia Adama, w której osiągał on sukcesy i jedno z niewielu źródeł, z których mógł czerpać satysfakcję. Zupełne przeciwieństwo stanowiło natomiast życie towarzyskie, gdzie mężczyzna ponosił sukcesywnie klęskę za klęską...

Adam był homoseksualistą. Racjonalna strona jego osobowości wiedziała aż nadto dobrze, że nie powinno mieć to najmniejszego wpływu na poczucie własnej wartości, czy chociażby łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi. Jednak gdyby wszystko w życiu było tak proste i racjonalne, gdyby każde zdarzenie dało się opisać wzorami, podstawić dane i obliczyć wynik, znać z wyprzedzeniem konsekwencje... Niestety, Adam wiedział, że w realiach otaczającej go rzeczywistości nie można na to liczyć. Szczególnie ludzie byli nieprzewidywalni i wyłamujący się spod jakichkolwiek reguł. Dlatego też młody asystent wolał całkowicie poświęcić się racjonalnej abstrakcji - matematyce, aniżeli żyć zagmatwaną "pełnią życia". Kiedyś, owszem, był pełen ideałów i entuzjazmu, lecz wtedy tylko zbierał od rzeczywistego świata bolesne razy. Za bardzo zwykł ufać ludziom, za mocno wierzył w akceptację i tolerancję, za wielką żywił nadzieję, że w życiu zwykłego, polskiego, homoseksualnego chłopaka może pojawić się prawdziwa i szczera miłość. Zastosował więc technikę zapobiegawczo-unikową i pieczołowicie trzymał się raz obranej trajektorii. Nie mógł powiedzieć, że był przez to szczęśliwy, jednak nie stwierdził też, aby od czasu tak obranej strategii życiowej wydarzyło się coś, o czym wolałby raczej zapomnieć. Osłonił się twardym i szczelnym pancerzem obojętności, który przede wszystkim nie wpuszczał niczego do wewnątrz, ale też nie przepuszczał niczego na zewnątrz. Dosyć skutecznie wmówił sobie, że zupełnie niepotrzebnie tak bardzo dążył do miłości. Przecież nic takiego nie istnieje. A raczej nie istnieje dla kogoś tak przeciętnego jak on. Wszystko to bzdury i zgubny wpływ kolorowych filmów i romantycznych książek, jakich Adam unikał teraz jak ognia. Obecnie w jego życiu panował jako taki spokój. Co prawda towarzyszyła mu też niezaprzeczalna i stale obecna tęsknota za czymś, a może raczej za kimś... Trudno. Bardziej znaczący, bo wręcz namacalny, mankament posiadania pancerza stanowiło to, iż nawiązywanie kontaktów z ludźmi pozostawało utrudnione i nie przychodziło młodemu mężczyźnie łatwo.

Cichy brzdęk elektrycznego czajnika wyrwał Kowalskiego z zadumania. Adam zalał gorącą wodą kawę, a jej przyjemny zapach rozniósł się po niewielkim mieszkaniu. Popijając ciepły płyn, pakował potrzebne mu dokumenty i po chwili był gotowy do drogi. Prawie nigdy nie jadł śniadania w domu, gdyż z rana nie mógł zazwyczaj nic przełknąć. Za to kawa stanowiła dla mężczyzny poranny rytuał.
Wychodząc, zatrzymał się jeszcze przed lustrem i poprawił proste, jasnobrązowe włosy, wpadające mu do oczu. Przyjrzał się uważniej swojemu odbiciu i westchnął cicho. Jego wygląd bynajmniej nie ułatwiał kontaktów ze studentami. Adam był mężczyzną drobnym - szczupłym i niskim. Na domiar złego miał chłopięcą i delikatną twarz, zupełnie nie pasującą do dwudziestosześcioletniego faceta. Wszystko to sprawiało, że ludzie, z którymi się stykał, często odejmowali mu parę lat i tak też go traktowali. Studenci, szczególnie ci młodsi i mniej poważni, mieli zatem tendencję do lekkiego pobłażania sobie na zajęciach Adama. Co krnąbrniejsi niemalże przeszkadzali mu w prowadzeniu ćwiczeń, a asystent nadal nie potrafił sobie z tym dobrze radzić, chociaż właśnie kończył drugi rok pracy.
Na początku swojej kariery na politechnice Kowalski myślał, że nawiązując przyjacielskie stosunki ze studentami, zyska ich sympatię. Niestety, młodzi ludzie zupełnie nie docenili tego gestu i wszelkie wysiłki Adama, by utrzymać porządek, skazane były na niepowodzenie. Asystent przyjął więc inną strategię: utrzymać dystans i nie pozwalać studentom na zbytnią poufałość. To oraz wrodzona nieśmiałość, którą za wszelką cenę starał się ukryć, sprawiły, że miał opinię osoby oschłej i zgryźliwej. Wcale też nie uzyskał dzięki temu większego posłuchu. Jedyny skutek był taki, że studenci go teraz nie lubili i czasami otwarcie okazywali mu swoją niechęć. Nic więc dziwnego, że mężczyzna niespecjalnie pałał sympatią do tego konkretnego aspektu swojej pracy, gdzie musiał występować przed ponad trzydziestoosobowym gronem słuchaczy.
Na parkingu przed blokiem czekał na mężczyznę wysłużony fiat 126p w kolorze zgniłej zieleni. To było wszystko, na co mógł sobie pozwolić początkujący asystent na politechnice białostockiej. Adam z niesmakiem zauważył, że z każdym dniem na jego aucie pojawia się coraz więcej rdzawych plamek. Mówiąc ściślej, samochód wyglądał koszmarnie. Ale przynajmniej jeździł... na razie.
Kowalski uśmiechnął się krzywo, gdy wyobraził sobie siebie samego - drobnego gościa w kraciastej koszuli i szarej marynarce - wsiadającego do szpetnego "maluszka".
"I kto by mnie zechciał?" - zaświtało mu w głowie. - "No tak, co najwyżej jakiś zboczony dziwak albo taki sam nieudacznik jak ja."
Zielony maluch zazgrzytał, zakaszlał, ale zapalił i z wolna potoczył się wąską, upstrzoną pokaźnymi dziurami uliczką.
"Dziękuję bardzo" - myślał dalej Adam, mijając szare, podniszczone bloki swojego osiedla i kierując się w stronę politechniki. - "Wolę być sam, niż znowu trafić na jakiegoś drania z internetowego ogłoszenia matrymonialnego."

Pod jedną z licznych sal budynku należącego do politechniki kłębiło się mnóstwo osób. Panował tam spory gwar, gdyż właśnie trzecia grupa ćwiczeniowa pierwszego roku informatyki oczekiwała na zajęcia z analizy matematycznej. Za chwilę miały zostać ogłoszone wyniki drugiego i zarazem ostatniego kolokwium w kończącym się semestrze. Młodzi ludzie byli podenerwowani, gdyż przedmiot ten bynajmniej nie należał do najłatwiejszych. Co więcej, prowadzący zajęcia asystent miał opinię osoby wymagającej, nieustępliwej i dość sztywno trzymającej się wszelkich zasad.
Studenci, jak to studenci, wykorzystywali przerwę, aby podyskutować na tematy mniej lub bardziej związane z możliwymi wynikami kolokwium. Tu i ówdzie padały również mniej lub bardziej cenzuralne określenia...
Jasna cholera, jeśli nie dostanę za to durne koło 40 punktów, mogę się pożegnać z zaliczeniem ćwiczeń! - zakrzyknął wysoki, blondwłosy chłopak, otoczony przez grupkę znajomych. - Niech to szlag!
Jasne, Marcel, już ja to widzę... - odrzekł z powątpiewaniem kolega blondyna. - Tak w ogóle to szczerzę wątpię, żeby ta sztuka udała się komukolwiek. Kowal znowu dowalił takie zadania... On chyba czerpie z tego jakąś sadystyczną przyjemność.
Wszyscy stojący w grupce westchnęli z rezygnacją.
Czy on, cholera, myśli, że nie mamy nic innego do roboty, tylko całymi dniami siedzimy i rozkoszujemy się obliczaniem objętości kul n-wymiarowych? - warknęła jedna ze zdegustowanych studentek. - Kowalski to normalnie zbok!
Blondyn uśmiechnął się nieznacznie, słysząc ten komentarz.
Oj... dajcie mu spokój - powiedział, starając się przybrać niewinną minę. - Fakt jest faktem niezaprzeczalnym, że na początku roku nieźle imprezowaliśmy i nikt specjalnie nie przejmował się analizą. Narobiliśmy sobie zaległości ze skutkiem takim, że ja przykładowo totalnie zawaliłem u Kowala drugi semestr. Ale sam facet jest według mnie... całkiem w porządku.
Otaczający chłopaka przyjaciele wymienili się trochę drwiącymi, aczkolwiek przyjaznymi uśmieszkami.
Rany... chyba nie chcesz powiedzieć, że ten dziwaczny facet wpadł ci w oko? - zapytał jeden z chłopaków, lekko szturchając blondyna łokciem.
Marcel spuścił wzrok, udając zażenowanie. Jasne kosmyki długich do ramion włosów zsunęły mu się nieznacznie na twarz. Znowu żarty z jego preferencji? I dobrze.
No... - powiedział cicho, starając się nie roześmiać. - Przecież pan Adam jest całkiem miły...
Cała grupka wybuchnęła gromkim śmiechem, klepiąc Marcela po plecach i głaszcząc go po głowie.
Prawda była taka, że chłopak uważał, iż jego homoseksualne preferencje wyróżniają go w pewien sposób z tłumu i nie starał się na siłę skrywać swojej odmienności. Nie był jednak głupi. Wielokrotnie spotkał się z przejawami homofobii i rozumiał, że nadmierne rzucanie się ludziom w oczy ze swoją innością może spowodować kłopoty. Najważniejsze, by we wszystkim zachować złoty środek i niczym specjalnie się nie przejmować. Marcel nie miał zatem obiekcji, by bliżsi znajomi prędzej czy później dowiedzieli się. Zapewne to właśnie jego egzotyczność sprawiała, że przyciągał do siebie ludzi z magiczną wręcz siłą. Do tego był pewny siebie i towarzyski, a przede wszystkim niesamowicie przystojny. Miał też pieniądze. Na studia jeździł własnym samochodem, ubierał się w najmodniejsze, markowe ciuchy. Fakt, lubił się popisywać; czasami nawet za bardzo zadzierał nosa, ale i tak panie za nim szalały. Z facetami potrafił również dobrze się dogadywać. Nie ukrywał przed nimi niczego, był "na luzie", lecz zawsze uważał, by nie czuli się przy nim skrępowani. Jeśli chodziło o partnerów, to mógłby ich zmieniać choćby codziennie. Znał mnóstwo homoseksualistów; często jeździł do stolicy, by tam bawić się w "specjalistycznych" klubach, a i w Białymstoku, dzięki internetowi, poznał mnóstwo interesujących chłopaków, którzy byliby w stanie zrobić dla niego dosłownie wszystko. Wcale to jednak nie znaczy, że i on chciałby zaoferować komuś coś więcej niż noc lub dwie. W doborze kochanków był bardzo kapryśny i wybredny. Nie miał i na razie nie zamierzał mieć stałego partnera.
Śmiechy trwały jeszcze przez chwilę. Marcel z zadowoleniem stwierdził, że po raz kolejny udało mu się powiedzieć coś, co zyskało aprobatę towarzystwa. Chłopak miał świadomość, że jest jedną z najpopularniejszych i najbardziej lubianych osób w grupie. Wszyscy z ponad trzydziestoosobowego grona studentów darzyli go sympatią i liczyli się z jego zdaniem.
Wkrótce pojawił się asystent i wpuścił młodzież do sali. Jak zwykle obdarzył grupę swoim osobliwym, na wpół nieśmiałym i trochę kwaśnym uśmiechem.
Marcel, usadowiwszy się na swoim miejscu, przyglądał się Kowalskiemu. To, co powiedział o nim kolegom, nie całkiem mijało się z prawdą. Uważał, że mężczyzna jako ćwiczeniowiec zachowywał się całkiem w porządku i nie robił nic, co pozwalałoby kolegom z grupy wypowiadać się o nim tak niepochlebnie. Fakt, Kowal był człowiekiem bardzo sztywnym i zasadniczym. Na zajęciach wyjaśniał i wymagał sporo. Takie podejście nie zjednywało sympatii studentów. Niemniej jednak Marcel miał pewność, że jeżeli ktoś chciał dobrze zaliczać kolokwia, mógł tego dokonać. Zwłaszcza, że asystent nie sprawdzał znajomości zagadnień, których wcześniej nie omówił. Wystarczyło po prostu uczyć się systematycznie. Niby nic wielkiego, a jednak student miał z tym nie lada problem. Chociaż był on chłopakiem zdolnym, stale miał kłopoty z nauką, w szczególności u wymagającego Kowala. Zresztą komu chciałoby się myśleć o całkach i pochodnych złożonych na pierwszym roku studiów, kiedy poznawało się mnóstwo nowych ludzi, a imprezy odbywały się bezustannie?
"Najgorzej, że facet nie wygląda na takiego, co by potrafił to zrozumieć. A ściślej rzecz ujmując, to wygląda na wprost przeciwnie" - pomyślał z ironią student.
To, co chłopak sądził o Kowalskim jako ćwiczeniowcu, nie przeszkadzało mu jednak kpić z niego, gdy tylko nadarzyła się okazja. A zdarzało się to dosyć często. Jak można darzyć szacunkiem kogoś, kto dzień w dzień ubiera się w jakieś archaiczne, szare marynarki i dawno już niemodne dżinsy? Jak traktować poważnie asystenta, który wygląda dziecinniej niż jego studenci i na dodatek w ogóle nie ma siły przebicia? Z tych właśnie powodów Kowalski był niezmiennie obiektem żartów całej grupy, a zwłaszcza Marcela, który lubił robić na kumplach wrażenie i być zawsze w centrum uwagi. To między innymi dlatego często jawnie lekceważył asystenta i celowo przeszkadzał mu w prowadzeniu ćwiczeń, aby tym samym dostarczyć znajomym odrobinę rozrywki, a jednocześnie podnieść swoją pozycję w towarzystwie.
Blondyn, chcąc nie chcąc, oderwał się od swoich myśli, gdyż "Kowal" zaczął właśnie odczytywać oceny za kolokwia. Z poczuciem lekkiego niepokoju czekał na moment, w którym padnie jego nazwisko.
Marcel Damian Lubomirski! - usłyszał wreszcie i wstrzymał oddech. Asystent, nie podnosząc wzroku znad sterty kartek, oznajmił beznamiętnie:
Siedemnaście.
"Siedemnaście ? Siedemnaście punktów na pięćdziesiąt?" - Marcel doznał szoku. Wiedział, że nie napisał najlepiej, ale że aż tak? - Rozejrzał się po sali. Fakt, że innym też nie poszło zbyt dobrze, jednak chłopak był jednym z nielicznych, którzy nie zaliczyli zarówno tego, jak i poprzedniego kolokwium. Sprawa wyglądała naprawdę paskudnie.
Jeśli ktoś z państwa nie uzyskał odpowiedniej liczby punktów, żeby zaliczyć ćwiczenia... ale proszę o ciszę! - asystent starał się przekrzyczeć wzburzony tłum. - Wtedy...
A ile punktów potrzeba na zaliczenie? - wtrącił ktoś ze studentów.
Pięćdziesiąt jeden - poinformował usłużnie Adam i starał się kontynuować. - Wtedy, tak jak już mówiłem wcześniej...
A może by tak obniżyć trochę pułap? - znowu padło pytanie.
Asystent westchnął i pokiwał przecząco głową.
Proszę państwa, przecież ustalaliśmy warunki na początku semestru i każdy dobrze wiedział, że jeżeli...
A jeśli komuś będzie brakowało jeden czy dwa punkty?
I tak dyskusja ciągnęła się jeszcze długo. Studenci zajadle targowali się o punktację, a "Kowal" bronił się jak mógł, nie chcąc pójść na żadne ustępstwa, powołując się na wcześniejsze ustalenia. Marcel nawet tego nie słuchał. Siedemnaście punktów za to kolokwium, jedenaście za poprzednie... fatalna sprawa. Tak więc wiedział, że nawet jeżeli komuś uda się wyprosić zaliczenie pomimo braku punktu czy dwóch, w co zresztą szczerze wątpił, to jego - Marcela - i tak to nie obejmie. Kolokwium poprawkowe z całego semestru ma już jak w banku.
"Trudno, jakoś to będzie" - pomyślał, jednak humor znacznie mu się pogorszył.

Marcel chodził jak struty przez cały dzień. Jakby nie patrzeć, dość mocno przejął się swoją naukową porażką. Zwłaszcza, że poprawkowe zaliczenie, obejmujące materiał z całego semestru, miało się odbyć już za dwa tygodnie.
"Ciekawe, jak mam to, do cholery, zaliczyć?!" - myślał, niemalże biegnąc do wyjścia. Cieszył się, że to już koniec zajęć. Miał dość całej tej politechniki i chciał jak najszybciej znaleźć się poza jej murami. - "To po prostu nie jest możliwe! Nawet nie pamiętam już, co było na początku semestru. Nie mam o analizie pieprzonego pojęcia!" - przełknął głośno ślinę. - "Ciekawe, co powiedzą starsi, jeśli obleję pierwszy rok studiów i wywalą mnie na zbity pysk z uczelni?"
Wtem z ponurych myśli wyrwało go solidne klepnięcie w ramię. Marcel aż podskoczył z zaskoczenia.
Ej, Precel! - To był Wojtas, kumpel z innej grupy. - Gdzie tak lecisz? Ledwo cię, kurczę, dogoniłem! Co słychać? Skończyłeś już zajęcia, bo zbieram ekipę na browar. Masz chęć?
Nie, dzięki. - Marcel uśmiechnął się smutno. - Nie jestem dziś w nastroju. Zresztą i tak przecież prowadzę.
Rozumiem. Aha, powiedz jeszcze czy Kowal też oddał dziś u was koła?
No...
Wojtas obrzucił go uważnym spojrzeniem i - wnioskując z miny kolegi - zapytał już tylko czysto retorycznie.
I jak analiza?
Wtopa - jęknął Marcel.
Nie za dobrze... Czyli szykuje się poprawa?
Siłą rzeczy.
Ech... zobaczysz, jeszcze będzie pięknie. - Wojtas znowu klepnął Marcela w plecy tak, że aż tamten poleciał lekko do przodu. - A nie podrzuciłbyś nas chociaż do "Stajni"?
Jasne. Dla ciebie wszystko.
Spoko! - Wojtas obrócił się i wrzasnął, niemalże prosto w ucho Marcela, do stojącego nieopodal towarzystwa. - Luuuuuuudzie! Precel udostępnia limuzynę!

Jak na skromne białostockie możliwości rodzice Marcela - oboje dentyści - należeli do ludzi zamożnych. Jednak sprawy zawodowe zajmowały im tak wiele czasu, że syn prawie w ogóle nie widywał ich w domu. Może właśnie w ramach rekompensaty za ciągłą nieobecność w życiu jedynaka, Państwo Lubomirscy starali się spełniać niemalże każdą jego zachciankę. Na przykład tego dnia ojciec pożyczył mu swoją nowiutką, srebrną hondę "jazz". Właśnie do niej pakowali się teraz jego kumple.
Towarzystwo, które Marcel zobowiązał się podrzucić do pubu, jechało właśnie świętować zaliczoną analizę. Wszyscy byli w doskonałych humorach, śmiali się i błaznowali. Chłopak udawał, że cieszy się szczęściem kumpli, jednak nie mógł pozbyć się narastającego uczucia zazdrości. Zupełnie nie miał ochoty uczestniczyć w rozmowie ani chociażby słuchać odgłosów triumfu w momencie, gdy jego własna przyszłość na uczelni była zagrożona. Ruszając, podkręcił maksymalnie dźwięk w samochodowym odtwarzaczu i zatopił się w ponurych rozmyślaniach. Wyjeżdżał właśnie z parkingu przy politechnice na ulicę Wiejską, gdy rozległ się głuchy łomot, a honda "jazz" zatrzymała się gwałtownie, utkwiwszy w boku innego auta, któremu Marcel nie ustąpił pierwszeństwa.
Chłopak w pierwszej chwili zupełnie nie uświadomił sobie, co właśnie zaszło. Siedział sztywno w fotelu kierowcy i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w nieciekawy obraz malujący się przed przednią szybą. Wesołe rozmowy z tyłu samochodu momentalnie ucichły i teraz tylko głośna muzyka sączyła się z sześciu samochodowych głośników. Siedzący na przednim siedzeniu Wojtas wyłączył odtwarzacz.
O w mordę jeża... - szepnął. - Właśnie przywaliłeś w malucha Kowala.

Dochodziła szesnasta i Adam był już naprawdę zmęczony, a raczej znużony papierkową robotą. Do tego chciało mu się jeść. Tak więc, kiedy tylko zegar oznajmił koniec pracy, spakował do walizki częściowo sprawdzone kolokwia i inne dokumenty, pożegnał się z asystentami, z którymi dzielił pokój i pospieszył na parking.
Wreszcie przestało padać i znacznie się ociepliło, a zza zalegających jeszcze na niebie szarych, deszczowych chmur prześwitywały jasne promienie słoneczne. W powietrzu, nawet w centrum miasta, unosił się świeży zapach zieleni.
Młody asystent nie miał najmniejszej ochoty wracać do pustego, małego mieszkanka w bloku przy ulicy Antoniukowskiej. Postanowił więc skierować swoje auto w stronę niewielkiego baru na Rynku Kościuszki. Lokal, chociaż niezbyt elegancki i strasznie ciasny, słynął z naprawdę dobrego, a przy tym niedrogiego jadła. Mężczyzna nie zdążył jednak ujechać daleko, gdy kątem oka ujrzał samochód wyjeżdżający wprost na niego z innego dojazdu do politechniki. Natychmiast z całych sił nadusił hamulec, starając się jednocześnie przejechać na sąsiedni pas ruchu. Niestety, nie zdołał uniknąć niebezpieczeństwa. Usłyszał tylko głuche uderzenie i w tym samym momencie autem silnie szarpnęło. Adam poczuł, jak niesiony siłą uderzenia maluch sunie bezwładnie w bok. W końcu małe auto z jękiem zatrzymało się w poprzek dwóch pasów jezdni. Na szczęście był to ten odcinek ulicy Wiejskiej, który znajdował się pomiędzy dwoma dużymi skrzyżowaniami i miał trzy pasy jezdni przeznaczone dla każdego kierunku ruchu. Inne pojazdy zdołały wyminąć wypadek, zjeżdżając na trzeci pas.
Adam zerknął szybko na samochód sprawcy wypadku. Było w nim mnóstwo pasażerów, jednak wyglądało na to, iż nikt nie ucierpiał. Na szczęście oba auta nie jechały zbyt szybko.
"Założę się, że to studenci politechniki" - pomyślał ze złością asystent, słysząc głośną muzykę, dochodzącą z ich auta. - "A dokładniej jacyś aroganccy, imbecylowaci i szpanerscy gówniarze."
Za miejscem wypadku zaczął się tworzyć spory korek.
"Trzeba jak najprędzej zjechać samochodami na bok" - myślał dalej Adam. Wtem ujrzał, jak ze srebrnego, eleganckiego samochodu wysiada sprawca wypadku - niesamowicie przystojny chłopak. Kowalski od razu zwrócił uwagę na jego modny strój - wycierane dżinsy i elegancką, dopasowaną, czarną koszulę - do tego ciemne okulary, niczym z filmu "Matrix". Dodatkowo młodzieniec był wysoki i niezwykle zgrabny. Miał też jasne blond włosy, z tyłu nieco dłuższe, a z przodu wystopniowane, które efektownie kontrastowały z ciemnozłotą cerą. Adam zauważył, że chłopak wygląda co najmniej jak gwiazda filmowa lub model, który zszedł właśnie z planu zdjęciowego. I w tym momencie przypomniało mu się - to był jego student, pierwszy rok informatyki, rozgadany piękniś, wokół którego kręciło się zawsze mnóstwo ludzi. Koło kogoś takiego nie można było po prostu przejść obojętnie, więc już na początku roku Adam zwrócił na niego uwagę, lecz oczywiście nie śmiał nawet pomyśleć, że ów niesamowicie przystojny chłopak mógłby obdarzyć go jakąś szczególną atencją.
Panie magistrze, jasna cholera, strasznie przepraszam! - wykrzyknął student, co gwałtownie wyrwało asystenta z zamyślenia. - Zagapiłem się i nie zauważyłem pańskiego samochodu. Jest mi tak niezmiernie przykro!
Zabierzmy najpierw auta ze środka jezdni - powiedział Adam, siląc się na spokój. Cała ta sytuacja wprawiała go w oszołomienie i dziwną ekscytację.
Chłopak wycofał swój samochód i wjechał z powrotem w dojazd do politechniki. Inni stali i ze współczuciem patrzyli, jak Marcel wysiada z auta i z grobową miną ogląda zniszczenia nowiutkiej hondy ojca. W sumie szkody nie były duże: jeden stłuczony reflektor i tylko odrobinę wgięty przedni zderzak. Za to stan malucha Kowala przedstawiał się nieco gorzej. Marcel uderzył go z boku, toteż blacha przy przednim prawym kole wgięła się tak, że teraz ocierała i blokowała je niemal zupełnie. Chociaż nie wyglądało to bardzo źle, nie było mowy o dalszej jeździe.
Ukradkowe chrząknięcia kolegów wyrwały Marcela z zamyślenia. Ćwiczeniowiec od analizy matematycznej zmierzał właśnie w ich kierunku. Student przywołał na twarz skruszoną minę i zaczął przygotowywać się w duchu na solidną awanturę.

"Koniec końców sytuacja nie przedstawia się tak tragicznie, jak sądziłem" - pomyślał student, przysłuchując się rozmowie Kowalskiego z mechanikiem. Marcel miał dobrego znajomego - kumpla, którego znał jeszcze z czasów podstawówki, pracującego w niewielkim, prywatnym warsztacie samochodowym. Wystarczył jeden telefon i samochód asystenta został odtransportowany do naprawy. Po zbadaniu szkód mechanik zapewnił, że nie potrwa ona dłużej jak trzy dni. Co więcej, Marcelowi bez większego problemu udało się przekonać ćwiczeniowca, aby - w zamian za pokrycie wszelkich kosztów naprawy malucha - nie ubiegał się o odszkodowanie.
"Przynajmniej ojciec nie straci zniżek za bezwypadkową jazdę" - myślał dalej student. - "I tak na pewno będzie wściekły."
Mechanik właśnie tłumaczył coś Kowalskiemu, co i raz wskazując na malucha. Marcel zaczął przyglądać się młodemu asystentowi. Mężczyzna, zajęty rozmową, pokiwał twierdząco głową i odgarnął jasnobrązowe pasemka włosów, które nieustannie opadały mu na oczy.
"Ciekawe, czy Kowal jest bardzo zły? Muszę koniecznie wybadać, co się święci."
Adam wyczuł, że jest obserwowany. Rozejrzał się szybko, po czym zatrzymał wzrok na Marcelu. Student, niewiele myśląc, rzucił mu jeden ze swoich najbardziej zalotnych i gorących uśmiechów. Asystent gniewnie zwęził oczy w szparki, zapewne próbując nadać swojej chłopięcej twarzy groźny wygląd. Następnie, udając całkowity brak zainteresowania, przeniósł wzrok z powrotem na rozmówcę. Marcel z zadowoleniem zauważył jednak, że na pytanie mechanika o rok produkcji auta mężczyzna odpowiedział zakłopotanym "słucham".
Kiedy wszystkie sprawy związane z naprawą auta zostały załatwione, Marcel stwierdził, że wypadałoby podwieźć gdzieś Kowala i przy okazji wybadać, czy ćwiczeniowiec jest bardzo wściekły i w razie potrzeby starać się jakoś załagodzić konflikt. Wspólna jazda samochodem będzie idealna do nawiązania rozmowy.
"Głupio byłoby, gdyby facet nie zaliczył mi ćwiczeń ze względu na tą całą nieszczęsną stłuczkę." - Chłopak oderwał się od ściany i zrobił kilka kroków w stronę asystenta, który najwyraźniej zamierzał już odejść.
Panie magistrze, podrzucę gdzieś pana - zaproponował. - Gdzie pan sobie życzy pojechać?
Dziękuję. Będzie lepiej jak się przejdę - odpowiedział Adam, nawet nie starając się skryć ironii w głosie.
Pan magister na pewno miał na myśli "bezpieczniej"? - podchwycił chłopak.
Owszem.
Och, proszę mi wierzyć - zaśmiał się Marcel. - Jeden rozbity samochód dziennie to dla mnie aż nadto. Obiecuję być tym razem ostrożniejszy. A mówiąc poważnie... - ciągnął, nie doczekawszy się żadnej reakcji Kowalskiego - ...raz jeszcze bardzo pana przepraszam. To moja pierwsza stłuczka, na dodatek nowym samochodem ojca. Wyobraża pan sobie? Gorzej być po prostu nie może - uśmiechnął się przymilnie do asystenta. - Ale przecież nikt nie jest idealny. Każdemu od czasu do czasu udaje się zrobić coś totalnie głupiego, prawda? Mam nadzieję, że pan magister nie będzie się bardzo gniewał i pozwoli się gdzieś zawieźć w ramach dodatkowej rekompensaty.
Adam skrzywił się, słysząc te ewidentnie lizusowskie słowa. Widząc to, Marcel szybko dodał:
Zresztą zawsze wygodniej jest jechać samochodem, niż wlec się na piechotę. Nie uważa pan? Będzie pan szybciej w domu.
Nie wracam teraz do domu - uciął krótko Adam, chcąc czym prędzej zakończyć ten zbędny dialog.
Nie szkodzi! - Marcel nie dał tak łatwo za wygraną. - Proszę podać tylko miejsce i jedziemy. Zapraszam do wozu - wskazał ręką na swoje nieco poturbowane, niemniej jednak wciąż bardzo eleganckie auto. Nie wiedział, że narzucając się, jeszcze bardziej rozgniewał i tak już wściekłego Adama.
Panie Lubomirski... - asystent obrzucił Marcela kwaśnym spojrzeniem i miał już powiedzieć studentowi, co myśli o jego zachowaniu i całej tej sytuacji, kiedy chłopak wszedł mu w słowo.
Ooo, to pan mnie kojarzy? Jestem naprawdę mile zaskoczony. - Marcel posłał mężczyźnie kolejny uśmiech. Zdawał się zupełnie nie zauważać złości asystenta. - W takim razie nie może pan nie skorzystać z mojego zaproszenia.
Nie wiem, co ma jedno do drugiego - rzucił Adam sucho. - Zresztą jak mógłbym nie zapamiętać kogoś, kto przez cały rok przeszkadzał mi w prowadzeniu zajęć i na dodatek nigdy nie potrafił odpowiedzieć na zadane pytanie? Poza tym, ewidentnie przez swoją nieuwagę i Bóg jeszcze wie przez co, rozwalił mi pan samochód i teraz zachowuje się, jakby zupełnie nic się nie stało. Proszę mi wierzyć, że transport gdziekolwiek jest ostatnią rzeczą, jakiej bym od pana oczekiwał - zakończył, być może zbyt ostro.
Szczerze mówiąc spokojny, wręcz flegmatyczny Adam bardzo rzadko okazywał tak jawną złość. Jednak fakt pozostawał faktem, że atrakcyjny student niezmiernie go drażnił. Bezmyślnie rozbijał się wozem, jakiego on prawdopodobnie nie będzie w stanie sobie kupić do końca życia i zniszczył mu malucha, który i tak ledwo jeździł. Mimo, iż mechanik gorąco zapewniał, że samochód będzie - jak dawniej - w porządku, mężczyzna nie miał aż takiej pewności. Znał swoje auto. Najważniejszy był jednak fakt, że całe zajście uszło gówniarzowi niemalże na sucho. No, może trochę nadszarpnęło finansowo, ale chłopak sprawiał wrażenie, że nie ma to dla niego większego znaczenia. Poza tym, szczeniak był bezczelny i zbyt pewny siebie. Jego uśmieszek i niewiarygodna wręcz nachalność zaczynały doprowadzać Adama do wściekłości.
To przykre, że mnie pan tak postrzega. - Marcelowi z trudem udało się ukryć zaskoczenie. Nie podejrzewał, iż ktokolwiek może mieć o nim złe zdanie i na dodatek mówić mu to prosto w twarz. Miał chęć powiedzieć Kowalowi: "A odwal się facet!", pokazać gest powszechnie uznawany za obraźliwy i ostentacyjnie odejść. Ale gdyby tak postąpił, musiałby się pogodzić z perspektywą smutnych wakacji w towarzystwie analizy.
"No to kaplica. W przypadku pana magistra potrzebna jest czym prędzej gęsta wazelina" -student pomyślał złośliwie. Przybrał dobrze wystudiowaną, skruszoną minę i zaczął się tłumaczyć:
- Ja naprawdę czuję się potwornie winny z powodu tej niefortunnej stłuczki i pragnąłbym w pana oczach chociaż częściowo odzyskać twarz. Nie chcę, by z moją osobą wiązał pan same nieprzyjemne incydenty. Mówiąc szczerze, miałem nadzieję na rozmowę i załagodzenie napiętej sytuacji. Ubolewam nad tym, co się stało i proszę o wyrozumiałość.
Dobrze - Adam uznał, że uparty student nie ustąpi, a nie miał ochoty wdawać się w dalszą dyskusję. - Proszę mnie podrzucić do jadłodajni na Rynku Kościuszki.
Wspaniale! - Marcel podszedł do hondy i z kolejnym zniewalającym uśmiechem zaprosił mężczyznę no fotel pasażera. - Obiecuję, że tym razem będę ostrożny - dodał wesoło, opierając brodę na drzwiach i mrugając do Adama figlarnie, co tamten uznał tylko za kolejną bezczelność.
Mam taką szczerą nadzieję - Kowalski mruknął pod nosem.
Szczerze mówiąc, nie można było powiedzieć, by cała ta sytuacja go uszczęśliwiała. Właściwie już żałował, że się zgodził.
"I znowu wszystko tak, jak on chciał" - pomyślał z rozdrażnieniem. - "Zdaje się, że potrzebuję pilnie poćwiczyć asertywność. Sytuacja jest alarmowa, gdy kilka uśmiechów smarkatego przystojniaka potrafi złamać moją wolę."
O ile dobrze słyszałem, wybierał się pan na obiad. - Marcel był, jak zwykle, skory do rozmowy i zupełnie nie wiedział, kiedy należy przestać. Zasiadł właśnie za kierownicą i odpalił silnik. - Czy mógłbym się przyłączyć? Jestem strasznie głodny, a proszę mi wierzyć, że nie spieszy mi się specjalnie do domu, gdzie będę musiał powiedzieć o wszystkim ojcu - skrzywił się.
Śmiała propozycja chłopaka zupełnie zaskoczyła Adama.
Potrafię sobie wyobrazić - zdołał tylko wykrztusić.
Czyli zgoda - bardziej stwierdził, niż zapytał student. - W takim razie proszę pozwolić, że zaproponuję lokal i postawię panu obiad. Jestem pewny, że będzie pan zadowolony.
"Jezu, co za sztywniak" - pomyślał Marcel. Czuł, że ma kolejne zwycięstwo w zasięgu ręki, chociaż Adam niczego na razie nie potwierdził.
Widzę, że nie jest pan specjalnie zachwycony tym pomysłem... - powiedział głośno, gdyż asystent nadal milczał.
Nie jestem. Ale jedyne, co mogę teraz zrobić, to wyskoczyć z jadącego samochodu - odpowiedział Adam.
Racja - student roześmiał się. "Czyżby Kowal miał poczucie humoru?"
Adam zdziwił się, widząc wesołą reakcję chłopaka.
"To wcale nie był żart, tylko stwierdzenie niezaprzeczalnego faktu, idioto."

Lokalem, który zaproponował Marcel, okazała się - ku zaskoczeniu asystenta - arabska restauracja, mieszcząca się przy ulicy Świętojańskiej. Adam nigdy wcześniej nie jadał w podobnym miejscu i na początku miał mieszane uczucia, odnośnie pomysłu studenta. Jednakże kiedy tylko weszli do wewnątrz, lokal od razu przypadł mu do gustu. Chociaż niewielki, był elegancki i urządzony w sposób stylowy. Ściany pokryto kolorowymi wzorami z obfitymi złoceniami, wnętrze zaciemniono, a przy każdym stoliku paliły się barwne i grube świece. Wszystko to wprowadzało iście egzotyczny klimat.
Marcel najwyraźniej był w owej restauracji stałym gościem, gdyż gdy tylko weszli do środka, zza baru ruszyła w ich stronę młoda dziewczyna.
Hej, Marcel! Co słychać? Widzę, że wciąż zjawiasz się tutaj z innymi facetemi. Człowieku, jak ty to robisz? Ja też tak chcę - zażartowała w pełni nieświadoma preferencji chłopaka, po czym wyciągnęła dłoń do Adama. - Cześć. Magda jestem. - Najwidoczniej była przekonana, że Adam jest rówieśnikiem studenta i tak też go traktowała.
Adam.
Siadajcie sobie. Zaraz przyniosę menu - wskazała im stolik i po chwili pojawiła się z dwoma kartami.
Przepraszam, panie magistrze - powiedział Marcel, kiedy dziewczyna ponownie oddaliła się.- Jeśli trzeba, wyjaśnię, że nie jest pan moim kolegą.
Nie ma takiej potrzeby. Przyzwyczaiłem się już do faktu, że mój wygląd myli ludzi.
Student zaśmiał się.
Wie pan? A u mnie sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej. Wszyscy zawsze biorą mnie za starszego. W sumie nie wiem, co z dwojga złego jest gorsze. Przecież kiedy mówi się komuś, że wygląda młodo, jest to powszechnie uważane za komplement, a nie odwrotnie.
Racja, ale przykładowo kilka tygodni temu chciałem założyć stałe łącze przez kablówkę. Poszedłem do biura, by podpisać umowę, a tam facet pyta mnie, czy mam ukończone osiemnaście lat. - Adam westchnął. - To jest czasami naprawdę deprymujące.
A czy mogę wiedzieć, w jakim pan tak naprawdę jest wieku? - zapytał chłopak, przyglądając się uważnie asystentowi. - Czasem zastanawialiśmy się z grupą, czy przypadkiem nie jest pan jakimś matematycznym geniuszem, który ukończył szkołę średnią w rok, politechnikę w dwa i teraz uczy studentów.
Niestety, nic z tych rzeczy. Jeśli to pana interesuje, mam dwadzieścia sześć lat, a moja edukacja przebiegała zwyczajowo.
Rany. Faktycznie, nie wygląda pan na tyle! Ale według mnie to nie powód do zmartwień. Wie pan, kiedy byłem jeszcze w podstawówce, bodajże w ostatniej klasie, zdarzyło mi się jechać autobusem bez legitymacji na "połówce". Oczywiście musiałem zapłacić karę, bo kontrolerzy nie dali wiary, że mam dopiero piętnaście lat. Do dziś jest tak, że ludzie mnie postarzają. To również denerwuje.
Adam uśmiechnął się. Panująca w lokalu atmosfera zaczęła na niego działać i w ferworze rozmowy zupełnie zapomniał, że siedzący obok niego chłopak jeszcze przed chwilą niezmiernie go denerwował.
Ooo... - Marcel przechylił głowę w bok i przez moment z uwagą przyglądał się asystentowi. - Cały rok zastanawiałem się, czy pan się umie uśmiechać, a teraz już wiem.
Mężczyzna nieco się speszył. Przeniósł szybko wzrok na menu, udając, że pilnie je studiuje, jednak za chwilę spojrzał na Marcela i zaatakował:
No tak, teraz przynajmniej wiem, o czym myślą moi studenci, kiedy nie myślą o analizie - powiedział z udawaną irytacją.
Cóż... - Marcel oparł brodę na dłoniach. - Jest tyle przyjemnych rzeczy, o których można myśleć... Po co zawracać sobie głowę jakimiś całkami, cokolwiek to jest... - stwierdził najzupełniej poważnie, a "Kowal", słysząc te słowa, obrzucił go groźnym spojrzeniem.
Wtedy do stolika podeszła Magda i spytała, czy już się na coś zdecydowali. Adam spostrzegł, że zupełnie zagadał się z chłopakiem i nie przestudiował menu. Szybko zerknął w kartę, podczas gdy Marcel ze znawstwem składał zamówienie. Jego oczom ukazały się same zupełnie obce i dziwnie brzmiące nazwy dań.
"Oops" - pomyślał nerwowo asystent, przygryzając dolną wargę.
Marcel spostrzegł zażenowanie Kowalskiego i natychmiast ruszył mu z pomocą. Razem z kelnerką zaangażowali się w objaśnianie nazw i polecanie różnych potraw. Asystent odniósł wrażenie, że student popisuje się znajomością kuchni arabskiej. Mimo wszystko było mu bardzo przyjemnie, gdyż przystojny chłopak wyraźnie przejął się tym, aby Adamowi smakowało. Po długich debatach, asystent wybrał w końcu tajemniczą "Kubbę". Miały to być smażone stożki z mięsa wołowego i kaszy arabskiej, nadziewane cebulą, orzechami, rodzynkami i przyprawami. Marcel wraz z Magdą gorąco zapewniali, że danie jest przepyszne i... takie było w istocie.

Obawy Marcela nie sprawdziły się i obiad z Adamem nie okazał się totalną klapą, chociaż po pewnym czasie chłopak był już nieco znudzony i zmęczony całą tą wymuszoną grzecznością.
Adam, było mi niesamowicie miło. Dziękuję za towarzystwo. Mam nadzieję, że zrekompensowałem ci chociaż trochę stres związany ze stłuczką. Jeszcze raz przepraszam za kłopot - powiedział, gdy dotarli w końcu pod blok asystenta.
Nie ma sprawy - odpowiedział mężczyzna, wychodząc z auta. - Powodzenia z ojcem.
Dzięki, na pewno się przyda - westchnął chłopak. - Trzymaj się i do zobaczenia.
"Uff, mam nadzieję, że moje wysiłki nie pójdą na marne i koleś zaliczy mi analizę. W sumie gość nie jest taki zupełnie beznadziejny. Żeby jeszcze był trochę przystojniejszy, rozmowa wyglądałaby inaczej. Chociaż... zabawnie byłoby zaciągnąć go do łóżka. Jeszcze nigdy nie spałem z asystentem. A dałbym sobie głowę uciąć, że pan Adaś wyraźnie na mnie leci."
Do zobaczenia. - Kowalski skiną ręką na pożegnanie.
Asystent przez chwilę obserwował, jak srebrna honda wycofuje się i odjeżdża z niewielkiego parkingu, po czym skierował swoje kroki w stronę odrapanej klatki schodowej. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło się, by tak przystojny facet postawił mu obiad, odwiózł do domu i był dla niego niezmiernie miły. To wszystko wydawało się Adamowi po prostu niesamowite. Tym bardziej, że z chłopakiem rozmawiało mu się nad wyraz dobrze.
Kowalski nie mógł pochwalić się dużą ilością znajomych, choć odkąd przeprowadził się do Białegostoku na studia, minęło już prawie siedem lat. W ciągu całego tego okresu nie zaprzyjaźnił się z nikim tak naprawdę, a starzy znajomi zostali w Hajnówce, jego rodzinnym miasteczku, lub porozjeżdżali się po świecie. Tak więc mężczyzna nie miał specjalnie z kim porozmawiać szczerze i od serca, czy choćby spotkać się w celach towarzyskich. Jedyną osobą w życiu młodego asystenta, która rzeczywiście pasowała do definicji przyjaciela, była jego matka, chociaż i ona nie wiedziała przecież o WSZYSTKIM. Dlatego też niespodziewane zakończenie niemiłej sytuacji i spotkanie z Marcelem wywarło na Adamie tak ogromne wrażenie. Gdy wchodził do pustego mieszkania, boleśnie odczuł, jak bardzo jest samotny i że wcale nie chce, by tak dalej było.

II

Marcel odłożył słuchawkę i popatrzył na trzymaną w dłoni kartkę. Tak jak przypuszczał, zdobycie numeru Kowala było dziecinnie proste. Wystarczyło zadzwonić do kumpla z warsztatu samochodowego...
"Za chwilę runda druga" - pomyślał.
Poprzedniego wieczora chłopak sporo myślał o Adamie i... musiał przyznać, że mężczyzna naprawdę go pociąga i intryguje. Sam się temu dziwił, gdyż wygląd asystenta mocno odbiegał od jego ideału: niewysoki, szczupły, niezbyt umięśniony... i chociaż nie można powiedzieć, żeby Kowal był brzydki, określenie "przeciętny" pasowało do niego znakomicie. Dlaczego więc miał wielką ochotę, chociażby siłą, zaciągnąć faceta do łóżka? Czyżby to była kwestia ekscentrycznego charakteru Adama? A może raczej to, że młody asystent zdradzał pewne zauważalne oznaki zainteresowania Marcelem... jako mężczyzną?
"Muszę go jakoś dokładniej wybadać." - Student uśmiechnął się chytrze i wystukał numer Kowala na swojej komórce.

Adam wyszedł z pokoju asystentów. Zamknął drzwi i schował klucz do kieszeni. Poprawił jeszcze plik dokumentów, które trzymał pod pachą i ruszył w stronę wyjścia.
Korytarz był cichy i pusty, gdyż zajęcia rozpoczęły się już kilkanaście minut temu. Idąc, mężczyzna nie mógł się nadziwić, jak bardzo cieszy się na samą myśl o spotkaniu z czekającym na parkingu wysłużonym fiatem 126p. Maluch - jaki by nie był - stanowił o niebo lepszy środek transportu od zatłoczonych i powolnych autobusów. Mężczyzna zdążył się ostatnio dobitnie o tym przekonać i był naprawdę zadowolony, gdy rano odbierał go z warsztatu.
Myśli Adama zaczęły mimowolnie krążyć wokół wydarzeń minionego tygodnia. Niemalże natychmiast spoczęły na Marcelu - sprawcy wszelkiego zamieszania w jego poukładanym życiu. Znowu. Mężczyzna wiedział, że ostatnimi czasy zbyt wiele uwagi poświęca przystojnemu studentowi. Mimo to po raz kolejny z przyjemnością przypominał sobie ich wspólny obiad i to, jak miły, wręcz czarujący był Marcel. Kowalski doskonale zdawał sobie sprawę, że studentowi zależy na dobrych stosunkach pomiędzy nimi przede wszystkim ze względu na zaliczenie ćwiczeń, jednakże chłopak był tak bardzo atrakcyjny, tak bardzo...
"Och, przestań wreszcie!" - zganił się w myślach. - "On jest definitywnie nieosiągalny."
Jednak to stwierdzenie, zamiast spodziewanego ukojenia, przyniosło tylko smutek.
Według Adama Marcel uosabiał ideał mężczyzny. To niewiarygodne, że kogoś takiego udało mu się w ogóle spotkać, co więcej, spędzić z nim cudowny wieczór, o którym teraz trudno było tak po prostu zapomnieć. Czuł, że przy wesołym i pewnym siebie studencie jego ochronny pancerz zaczyna pękać, a przez szczeliny przesiąka coraz więcej emocji. Niedobrze, bo wtedy bardzo mocno, aż do bólu, czuć tęsknotę za drugą osobą, uczuciami... i generalnie za wszystkim, co się z tym wiąże. Adam miał świadomość, że bez jego pancerza ból może stać się nie do wytrzymania. Mimo to wciąż nie mógł przestać myśleć o Marcelu i tylko Bóg jeden wie, jak bardzo chłopak mu się podobał.
"Pewnie dzisiaj już nie zadzwoni" - zasmucił się. - "Ale czemu miałby to zrobić? Samochód naprawiony... o czym innym mógłby ze mną pogadać? Jestem totalnie beznadziejnym facetem. Nie mam nic, czym taki chłopak jak Marcel mógłby się zainteresować" - westchnął. - "Zresztą po co ja się martwię? Za kilka dni samo mi przejdzie. Przecież prawie wcale nie będę go widywał. Jeszcze tylko jedne zajęcia, a potem poprawka i wpisy. Nie będzie żadnych spotkań, telefonów..."
Przed oczami stanęły mu wydarzenia wtorkowego wieczoru. Siedział właśnie w wannie, gdy jego komórka zaczęła wygrywać "Wlazł kotek". Zaniepokoił się, gdyż nie spodziewał się żadnej wiadomości. Dlatego też czym prędzej wybiegł z kąpieli i zaczął nerwowo szukać po pokoju grającego aparatu. Jak na złość telefon gdzieś się zapodział. Gdy wreszcie udało mu się go odnaleźć, usłyszał w słuchawce głos Marcela. Był tym tak zaskoczony, że na początku zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Na szczęście kryzys trwał tylko przez moment i już po chwili rozmowa przybrała dobry obrót. Na koszt chłopaka przegadali około godziny. Jednak nie odstraszyło go to i po dwóch dniach zadzwonił raz jeszcze. Tym razem student chciał koniecznie wiedzieć, czy nie wiadomo nic o kolejnych przesunięciach, jeśli chodzi o datę odbioru samochodu z warsztatu. Adam był pewien, że Marcel doskonale orientuje się we wszystkim, co dotyczyło auta i... trzeba przyznać, że niezmiernie pochlebiało mu to wyraźne zainteresowanie jego osobą. Tak, już po pierwszej rozmowie wiedział... to znaczy żywił wielką nadzieję, że nie chodziło tylko o malucha. Teraz był o tym niemal przekonany. Przecież chłopak wcale nie musiał do niego dzwonić... nawet nie powinien, a mimo wszystko skontaktował się ponownie.
Wspomnienia jak szalone cisnęły się Adamowi do głowy i po chwili był nimi całkowicie pochłonięty. Wtem, zupełnie niespodziewanie, wpadł na wychodzącą zza zakrętu osobę. Siła uderzenia sprawiła, że jego pieczołowicie poukładane dokumenty rozsypały się w promieniu kilku metrów.
Adam... - usłyszał nagle znajomy głos, a silne ramię, które uchroniło go przed upadkiem, powoli się cofnęło. - Jasna cholera... to znaczy gwint. Nie mogę uwierzyć, że znowu to zrobiłem...
"Marcel!" - asystent był tak zaskoczony, że wstrzymał oddech z napięcia i nie mógł wydusić z siebie nawet pojedynczego słowa.
...znowu się z tobą zderzyłem - Marcel jęknął, udając rozpacz. - Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie zaliczę tej analizy. - Wyszczerzył białe, równe zęby w stronę asystenta, chociaż tak naprawdę czuł się lekko zakłopotany. Nie chciał, żeby Kowal pomyślał, że on tak specjalnie...
Nie, no co ty. Ja wcale nie... to znaczy... ja nie jestem taki... - zdołał wykrztusić w końcu Adam, jednak jego puls dalej bił z zawrotną częstotliwością. Było to zarazem żenujące i niesamowicie przyjemne.
Wiem, żartowałem tylko. - Student uśmiechnął się uspokajająco, chociaż jego uwagę pochłonęło ewidentnie "podejrzane" zachowanie asystenta. Chłopak po raz kolejny odniósł wrażenie, że Kowalski jest wyraźnie zaabsorbowany jego osobą.
"Ale jaja!" - pomyślał wesoło Marcel. - "Kowal chyba naprawdę na mnie leci! Jezu, będzie ubaw!!!"
To skłoniło chłopaka do przeprowadzenia kolejnego eksperymentu.
Wiesz, myślałem dziś o tobie - powiedział wolno, zerkając asystentowi prosto w oczy. Reakcja była natychmiastowa. Adam strasznie się zaczerwienił, szybko spuścił głowę i wyraźnie nie wiedział, co ma dalej zrobić ze spojrzeniem. - Byłem ciekaw, jak tam sprawuje się twoje auto. Wszystko działa okay?
Jest w porządku - Adam wymamrotał gdzieś w kierunku podłogi, po czym przyklęknął i zaczął zbierać dokumenty.
"A niech to! Mam cię!" - Marcel był już stuprocentowo przekonany o odmiennych preferencjach seksualnych asystenta. To rozzuchwaliło go ponad wszelką śmiałość.
Pomogę ci! - Schylił się i zaczął podnosić z podłogi porozrzucane kartki. Starał się specjalnie wymanewrować tak, aby znaleźć się jak najbliżej mężczyzny. Udało się. Jego dłoń, niby niechcący, nakryła rękę Adama. Asystent, zaskoczony, podniósł głowę, napotykając spojrzenie Marcela. Student uśmiechnął się zachęcająco i... to był błąd.
Adam szybkim ruchem uwolnił swoją dłoń, wyprostował się i cofnął o krok, a jego twarz przybrała znajomy, nieśmiało-kwaśny wyraz. Marcel również się podniósł.
Adam... - nie bardzo wiedział, co ma dalej powiedzieć.
"Nie gniewaj się, ale też mi się podobasz, więc pójdźmy gdzieś w ustronne miejsce? Ha, ha! Ale by go zatkało! A może: przepraszam, że porozrzucałem twoje kartki, ukarz mnie! Cholera, co ja mam mu powiedzieć, żeby go poderwać? Chcę się z nim kochać." - myślał gorączkowo.
Postanowił się nie ruszać, gdy asystent ponownie schylił się po dokumenty. Wolał nie narzucać się więcej, by nie spłoszyć nieśmiałego mężczyzny. I tak czuł, że być może nieco przeholował. Ale taki już był - zawsze dostawał to, czego chciał i spodziewał się, że podobnie będzie i w tym wypadku.
Adam również stał teraz przed nie lada problemem. Był w szoku, gdyż zrozumiał, że Marcel rzeczywiście stara się go poderwać.
"Dlaczego on to robi?! Przecież ja jestem taki beznadziejny. Jezu, co za stres!" - Młody asystent czuł, że zaraz zwariuje. Gdzie się podział jego ochronny pancerz? - "Zdystansuj się, idioto! Przecież nawet gdybyś był przystojny, inteligentny i wygadany, i gdyby chłopak cię zechciał... i tak nie mógłbyś być ze swoim studentem. Porażka na całej linii. Daj sobie z nim spokój. Politechnika to ostatnie miejsce, w którym powinieneś szukać sobie partnera!" - podniósł się z naręczem poskładanych kartek i spojrzał na swojego księcia z bajki najchłodniej, jak tylko potrafił.
Z tymi papierami... to przepraszam. - Marcel uznał, że niezobowiązujące nawiązanie rozmowy zwykle najlepiej działa na nieśmiałych facetów. - Na pewno przysporzyłem ci właśnie sporo pracy.
Tak. To znaczy... nie. - Adam zaczął w duchu przeklinać swoją głupotę. - Nie bardzo. A raczej chciałem powiedzieć, że tym razem... to nie była przecież twoja wina. - Nerwowo odgarnął kosmyki włosów z czoła.
Była... powiedzmy, że połowicznie.
I wtedy zapadła taka niezręczna cisza. Asystent za wszelką cenę chciał pokazać Marcelowi, że jest zupełnie wyluzowany i wcale mu na niczym nie zależy. Zagadnął więc o pierwszą lepszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy.
A tak w ogóle, to jak tam analiza? - Błąd. Akurat takiego pytania nie należało zadawać.
Koszmar - Marcel westchnął i pokręcił głową. - Obawiam się, że to za wysoki poziom abstrakcji jak na moją głowę. Po prostu nie jestem w stanie pojąc niektórych rzeczy i pozostaje mi tylko pogodzić się z tym, albo liczyć na szczęście. - Nagle uśmiechnął się figlarnie. - Pozwolisz mi troszkę pościągać?
Ściągać? Wykluczone. Zamiast tego mógłbym ci pomóc zrozumieć materiał, gdybyś zechciał. - Adam w dalszym ciągu grał bardziej odważnego i wyluzowanego, niż był w istocie, by Marcel nie zauważył, jak jest spięty. Jego własne słowa mocno go zadziwiły. Zwłaszcza, gdy zdał sobie sprawę, że właśnie niezbyt świadomie zaproponował studentowi spotkanie. Może jednak poruszenie drażliwego tematu nie było takie głupie? Przynajmniej w jednej dziedzinie był na pewno lepszy od Marcela i teraz nadarzała się okazja, by to wykorzystać.
Słucham? - Chłopak wyglądał na nieco zaskoczonego. Czyżby to była jawna propozycja? Czy temu niezdarnemu sztywniakowi może chodzić o seks w zamian za zaliczenie?
No... przecież właśnie po to są konsultacje, prawda? - Adam starał się przybrać ważną minę. - Wy, studenci, nigdy o tym nie pamiętacie. A przecież ja zawsze siedzę tam sam i czekam, że może ktoś przyjdzie.
W porządku - powiedział wolno chłopak, spoglądając asystentowi prosto w oczy. - Przyjdę.
Zapraszam. Wtorek o siedemnastej. - Adam niezupełnie wiedział, co chce osiągnąć, jednak fakt był niezaprzeczalny, że na myśl o ponownym spotkaniu sam na sam z Marcelem ogarniała go dzika radość. Nawet jeżeli cały wspólny czas mieliby poświęcić całkom. Nic nie szkodzi. Dla mężczyzny to i tak był szczyt szczęścia.
"Zresztą nie robię nic złego. Będę mu tylko pomagać w nauce. To jest przecież mój obowiązek" - uspokajał sumienie.
- Najpierw drugi rok weźmie wpisy... ale potem będziemy sami... - zająknął się, gdyż zdał sobie sprawę z tego, jak Marcel mógł odczytać powyższą wypowiedź.
Dobra! W takim razie jesteśmy umówieni - zgodził się student. - A teraz, pozwól, że cię opuszczę, bo właśnie spieszyłem się na ćwiczenia. - Zerknął na zegarek. - Oops, zdaje się, że mam już dwadzieścia pięć minut spóźnienia.
Jasne...
To do wtorku!
Adam stał i patrzył na oddalającą się postać studenta. Nagle coś mu się przypomniało.
Marcel! - krzyknął
Chłopak odwrócił się.
Tylko powtórz wcześniej materiał - dodał, siląc się na nauczycielski ton. - Masz na to cały weekend.
Co tylko rozkażesz! - odkrzyknął student i zniknął za rogiem.
"Zupełnie nie mogę rozgryźć faceta. Niby taka cicha woda..." - myślał Marcel, idąc korytarzem. Uśmiechnął się szeroko na samo wspomnienie spłoszonej miny Adama. - "W każdym razie zaczynam naprawdę lubić gościa. Ta jego nieprzeciętność zupełnie nieźle na mnie działa. Nigdy jeszcze nie miałem takiego nieboraka. Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie uda mi się do niego dobrać. A może będzie się krępował? Cóż, nic dziwnego, w końcu Mister Universum to on nie jest. Coś jednak czuję, że cokolwiek się wydarzy, będzie zabawnie. A może dzięki temu uda mi się bezproblemowo zaliczyć to gówno? O wiele ciekawiej byłoby zdać analizę robiąc dobrze Adasiowi niż wkuwać całki." - Nacisnął klamkę i wszedł do sali. - "Ja to mam jednak szczęście".

Adam resztę popołudnia, całą sobotę i całą niedzielę starał się zachować obojętność wobec spraw związanych z Marcelem. Dokładnie tak, jak człowiek dorosły i racjonalny postąpić powinien. Nawet mu to wychodziło... do czasu. W poniedziałek musiał przecież odbyć ćwiczenia z grupą chłopaka. W trakcie zajęć zachowywał się jednak całkiem naturalnie. Kiedy wyczytywał nazwisko Marcela z listy, głos mu nawet nie drgnął.
Poniedziałkowy wieczór spędził bardzo pracowicie: zrobił generalne sprzątanie, zasadził kwiatki w doniczkach na balkonie, przeinstalował "windowsa" w komputerze... Robił wszystko, byle tylko nie zaprzątać sobie głowy osobą Marcela. Jednak kiedy już skończyły mu się pomysły i zasiadł przy biurku, by zastanowić się nad doborem zadań na kolokwia poprawkowe z analizy matematycznej i statystyki, które miały odbyć się w następnym tygodniu, musiał cały czas myśleć, żeby nie myśleć o Marcelu.
W końcu nadeszła upragniona chwila spotkania...
Pani nazwisko? - spytał kolejną studentkę drugiego roku, która przyszła po wpis.
Dudziak, Joanna.
3,5.
A punkty za aktywność? - zapytała dziewczyna z nadzieją.
Wliczyłem.
Studentka podała indeks z ociąganiem.
Panie magistrze, nie dałoby się czwóreczki?
Nie mam ku temu podstaw. Przykro mi. - Wpisał ocenę. - Na przyszłość proszę się bardziej starać.
Kiedy studentka opuściła pokój asystentów, mężczyzna spojrzał w swoje dokumenty.
"To już, zdaje się, koniec wpisów dla drugiego roku."
Istotnie, nikt więcej się nie pojawił. Adam czekał jeszcze chwilę, następnie zamknął i odłożył na bok arkusze ocen. Potarł nerwowo dłonią skronie. Pomimo starań napięcie w oczekiwaniu na Marcela było już tak silne, że nie mógł się na niczym skupić.
Wtem rozległo się energiczne pukanie i, nie czekając na zaproszenie, do pokoju wszedł blondwłosy student. Wyglądał niesamowicie seksownie. Miał na sobie modne, wycierane dżinsy w czarnym kolorze i bardzo obcisłą, czerwoną koszulkę z jakimś napisem. Asystent z zazdrością pomyślał, że jemu zawsze brakowało odwagi na chodzenie w takich ciuchach, gdyż obawiał się posądzenia o homoseksualizm. Kolejna głupota kultywowana w jego życiu.
Cześć - powiedział student, zamykając drzwi. Adam spostrzegł, że kiedy chłopak się wyprostował, było mu widać pępek i kawałeczek płaskiego, umięśnionego brzucha.
Cześć. Siadaj sobie gdzieś. Zaraz zrobię tutaj więcej miejsca. - Kowalski zaczął przekładać poukładane równiutko dokumenty, chociaż wcale nie było to konieczne.
Marcel rzucił na podłogę plecak, wziął sobie krzesło i usadowił się tuż obok Adama.
Asystent zdziwił się, że chłopak nie wyciąga żadnych podręczników czy chociażby zeszytu.
Przygotuj się. Przejdziemy chyba od razu do rzeczy, prawda? - zasugerował.
Na te słowa Marcel zmrużył oczy w wąskie szparki i obdarzył mężczyznę dziwnym uśmiechem. Następnie podsunął się jeszcze bliżej, pochylił i szepnął asystentowi prosto do ucha:
Co chcesz, żebym teraz zrobił?
Adam z początku w ogóle nie zrozumiał, o co chodzi. Wtedy poczuł na swojej szyi ciepłe wargi studenta, a na kolanie rękę, która po chwili zaczęła delikatnie sunąć w górę uda.
Marcel, co ty wyprawiasz! - asystent wzdrygnął się i odepchnął od siebie chłopaka tak silnie, że tamten tylko cudem utrzymał się na krześle.
Przecież... - student zdawał się zaskoczony. - Nie o to ci chodziło?
O co?!!! - Asystent był w szoku.
Przez chwilę w ciszy mierzyli się wzrokiem, słychać było tylko przyspieszony oddech Adama. Po chwili mężczyzna odzyskał mowę.
Wynoś się - powiedział cicho. Nie do końca udało mu się ukryć rozpacz w głosie. "Boże, co za idiota ze mnie! Przecież od początku było wiadomo, że chodzi mu tylko o zaliczenie!"
Adam... - Marcelowi zabrakło słow. Po prostu nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. W końcu jeszcze NIKT mu NIGDY nie odmówił. To on był tym, który mówił "nie". Co więcej, to o jego względy wszyscy zabiegali, a nie odwrotnie. Zrobił wyjątek... nie przypuszczał, że zostanie odtrącony. I to przez faceta, na którego normalnie, na ulicy, nawet by nie spojrzał.
Wyjdź stąd natychmiast. - Adam był stanowczy.
Marcel tylko pokiwał głową, wstał, podniósł plecak i nie mówiąc już nic więcej, szybko wyszedł z pokoju. Asystent opadł na biurko i ukrył głowę w ramionach. Cały trząsł się ze zdenerwowania i złości.
"Jak on w ogóle mógł tak postąpić?! Drań!!! Jak ktoś tak przystojny i wyjątkowy może być tak bardzo podły? A ja jestem głupi. Jak mogłem mu zaufać? Jak mogłem się tak beznadziejnie zakochać?"
Wtem ktoś nacisnął klamkę. Adam szybko uniósł się z biurka. Do pokoju z niezwykle skruszoną miną wszedł... nikt inny jak właśnie obiekt jego rozmyślań. Chłopak zamknął za sobą drzwi i przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa.
Adam, przepraszam - usłyszał. - Po prostu źle odczytałem twoje sygnały. Wydawało mi się, że ci się podobam. Czasami tak na mnie patrzyłeś... Proszę, nie gniewaj się. - Marcel szybko wyrzucał z siebie słowa. - W każdym razie, słuchaj... ja naprawdę potrzebuję twojej pomocy - chłopak oparł obie ręce na biurku asystenta i poparzył nań błagalnym wzrokiem. Nie doczekał się jednak żadnej reakcji. - Adam, proszę... Zobacz! Przyniosłem ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy: podręczniki, zeszyt. Zresztą uczyłem się już trochę i mam konkretne pytania - wyładował wszystko z plecaka na biurko.
Kowalski patrzył gdzieś w bok. Miał nieciekawą minę, wyrażającą - jak Marcel trafnie się domyślał - odrazę i złość. Chłopak westchnął głośno z rezygnacją, ale wcale nie miał zamiaru się poddać.
Kiedy jest się gejem, w kontaktach z innymi facetami można polegać prawie wyłącznie na intuicji. Z czasem człowiek nabiera coraz większej wprawy w odgadywaniu myśli i zamiarów drugiego mężczyzny, jednak przeczucia bywają zawodne. W końcu to ciągle tylko zgadywanie. Źle cię zrozumiałem, Adam. Przepraszam. Mylnie zinterpretowałem twoje zachowanie.
Asystent spojrzał groźnie na Marcela.
To nie o to tutaj chodzi. Nie mogę zrozumieć, jak mogłeś myśleć, że zaliczę ci ćwiczenia za... za coś takiego?! Jak w ogóle mogłeś zdecydować się na tak niemoralne działania?
Adam... ja naprawdę nie umiem analizy... Sam zresztą wiesz o tym najlepiej.
Skoro nie umiesz, nie dostaniesz zaliczenia. Powinieneś o tym wiedzieć od samego początku. Inni ciężko pracowali, aby je uzyskać. Dobrze pisali kolokwia. Ty nawet nie potrafisz się przyznać, że wszystko zawaliłeś. Zamiast wziąć się do roboty, szukałeś sposobów, by uniknąć nauki. Ale źle wybrałeś. Nie znoszę, po prostu nie toleruję oszustwa. Ani fałszywych ludzi.
"Przecież sam się przyznał, że wiedział, że ja... że on mi się... podoba... troszkę. Chciał perfidnie wykorzystać moją słabość. Boże, za co to wszystko?" - myślał gorączkowo asystent.
Ale... Adam... to nie tak. Wcale nie chciałem dostać zaliczenia w zamian za seks! - Marcel niemalże krzyknął. Był zdesperowany, by przekonać Kowala o swojej niewinności, gdyż inaczej cała ta sprawa mogła się źle skończyć dla jego dalszej, studenckiej kariery... Poza tym za punkt honoru postawił sobie zdobycie Adama. Przecież nie po to tracił na niego tyle czasu, żeby teraz wszystko zaprzepaścić.
Kowalski, słysząc jego słowa, nieco się zawstydził. On sam za wszelką cenę starał się nie nazywać rzeczy po imieniu, a Marcel tak prosto z mostu...
Student zauważył zażenowanie asystenta.
"Rany, ależ on jest pruderyjny. Nawet się wstydzi rozmawiać na ten temat. Nic dziwnego, że tak się speszył, kiedy zacząłem pchać łapy tu i ówdzie. Miałem racje, w łóżku byłby niezły ubaw."
Nie? - Adam nie bardzo wiedział, czy może uwierzyć słowom chłopaka. Z jednej strony pragnął, by wszystkie podejrzenia okazały się nieprawdą, jednak... stworzył już w swojej głowie perfekcyjny wizerunek podłego Marcela i miał nadzieję, że uchroni on go przed popełnieniem kolejnych błędów.
Nie, poważnie mówię. To znaczy... przyznam, że coś podobnego przemknęło mi przez myśl, jednak... zdążyłem cię już trochę poznać i od razu wiedziałem, że nie tędy droga.
Adam z każdym słowem czuł się coraz bardziej skołowany.
Przecież gdybym chciał zaliczyć nie ucząc się, nie spędziłbym całego weekendu na rozwiązywaniu zadań, prawda? - Marcel przybrał jak najbardziej niewinną minę, dziękując sobie w duchu, że był na tyle przezorny, by rzeczywiście spędzić trochę czasu nad analizą.
No... w sumie tak. Ale... - Adam nadal był niepewny. - W takim razie... dlaczego... mimo wszystko...
Czy w tym momencie uwierzysz mi, jeśli powiem, że nie mogłem się powstrzymać?
Adam tylko spuścił wzrok. Nic nie odpowiedział. "Nie, to nie może być prawda."
Ale wierzysz mi, że naprawdę chcę się nauczyć na poprawkę? Zobacz... - nie czekając na odpowiedź, Marcel otworzył zeszyt, w którym pracowicie rozwiązał, a raczej starał się rozwiązać, kilka zadań i podsunął go Kowalskiemu pod nos. - Zobacz, to wszystko zrobiłem w weekend. Wyobrażasz sobie? Tyle godzin pracy. Co mam zrobić, żebyś mi uwierzył i pomógł? Mam paść przed tobą na kolana i błagać o wybaczenie? - po raz kolejny obdarzył asystenta jednym ze swoich najbardziej zniewalających uśmiechów.
Adam miał mętlik w głowie. To, co mówił student, miało sens, lecz w zaistniałej sytuacji nie wydało mu się wystarczająco przekonującym wyjaśnieniem.
Powiedzmy, że ci wierzę... - powiedział po chwili powoli, jakby się nadal zastanawiał.
"Ale na wszelki wypadek postaram się zachować między nami większy dystans. Żeby nie było żadnych niejasności co do twojego miejsca na tej uczelni."
Serio? Równy z ciebie gość! - Marcel nie próbował ukryć radości. Sytuacja kryzysowa minęła.
Nie podlizuj się. I tak ci nie zaliczę, jak nie będziesz umiał. - Adam uśmiechnął się lekko, ale zaraz ciągnął poważnym tonem. - A coś mi się wydaje, że czeka cię ciężka praca. - Spojrzał znacząco na otwarty brudnopis Marcela. - Człowieku, przecież ty masz problemy nawet z prostymi pochodnymi. Nic dziwnego, że sobie nie radzisz, skoro nie umiesz podstaw.
Czyli mi pomożesz?
Jesteś bezczelny.
Wiem. Nawet bardzo. - Chłopak spuścił głowę, udając, że się wstydzi, po czym ponownie zerknął na Adama i obdarzył go najbardziej zniewalającym uśmiechem, jaki tamten kiedykolwiek widział. - Pomożesz? Prooooszę.
Tylko dlatego, że to mój obowiązek.
Tak, wiem. Tylko dlatego, że to twój obowiązek... Ale i tak uw

OCEŃ ARTYKUŁ
Podoba mi się (0)
Nie podoba mi się (0)
Komentarze (8)
HEJT STOP!Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Komentuj
Moja ikona
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
Ikona
21.10.2006 19:14 kotor0
opowiadanie jest dlugie co pozwolilo mi dostrzec to i owo. a zarazem lepiej sie w nie wczytac
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
19.08.2005 23:33 MichałK
Przeczytałem jednym tchem. Może rewelacyjne nie jest, ale historyjka wciągająca. Zastanawiające jest wiele rzeczy, ale to już mój własny problem. Opowiadanie trochę infantylne - zwłaszcza finał, a postacie jednak zbyt ostro zarysowane, żeby nie powiedzieć przerysowane, jak to ktoś poniżej pięknie ujął. Możliwe że coś podobnego się zdarzyło, jakkolwiek to nie ma żadnego znaczenia - ale za realizm mały plusik pewny. Ciekawy pomysł, ale jego realizacja nie do końca szczęśliwa. Prosty język, prosta forma, przewidywalna fabuła i łatwy do odgadnięcia rozwój akcji, niewyszukane słownictwo. Pod względem "prostoty" podobne trochę (minimalnie) do "Prostych przyjemności" Jane Bowles, która - w moim mniemaniu jest mistrzynią krótkich i prostych form. Zastanawiające i daje do myślenia. Rada: "pierwszy krok zrobiony, ale proszę nie siadać na laurach". Pozdrawiam, MichałK i życzę powodzenia w dalszej pracy pisarskiej autorowi, kimkolwiek jest :)
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
18.03.2004 12:00 ashley_angel
ja taki jestem ^_^. całe moje otoczenie wie o mnie i wcale nie boję się powiedziec komuś że podoba mi się ten czy inny chłopak :)
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
18.03.2004 10:12 ...
"z reguly"... taaak... koles, o czym ty mowisz? ale masz racje - sa tacy jak marcel.
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
18.03.2004 10:11 ...
znam sytuacje z autopsji. naiwny i oszust. wiec nic nowego. calkiem milo sie czytalo. pozdrawiam
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
13.03.2004 23:44 korabora
troche za dłuugie, nie chce mi sie czytać ;)
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
09.03.2004 22:13 ashley_angel
Piękne opowiadanie ale finał nieco dziwny... i autor mógł zrobić z Adama mniejszego sztywniaka - gejki są z reguły pozytywnie nastawieni na przystojnych chłopców ^_^.
cytuj zgłoś 0 0
Ikona
09.03.2004 19:53 nigrivon
papierowe postacie, jeden do bólu naiwny, drugi do bólu podły... ale pewnie to bardziej prawdziwe, bo w końcu ludzie dzisiaj są strasznie papierowi...
cytuj zgłoś 0 0
Autor
Redakcja Queer.pl
Pierwszy polski portal ludzi LGBT
Inne tematy
Eurowizja 2026: największy bojkot w historii wydarzenia od 1970 roku. Kto i dlaczego odwrócił się od konkursu? Sobota, 16.05.2026 Eurowizja 2026: największy bojkot w historii wydarzenia od 1970 roku. Kto i dlaczego odwrócił się od konkursu?
Transkrypcja małżeństw jednopłciowych: była radość - są problemy, niepewność i rozczarowanie Wtorek, 26.05.2026 Transkrypcja małżeństw jednopłciowych: była radość - są problemy, niepewność i rozczarowanie
Eurowizja 2026: Finlandia faworytem bukmacherów. Jakie szanse ma Polska? Piątek, 15.05.2026 Eurowizja 2026: Finlandia faworytem bukmacherów. Jakie szanse ma Polska?
Kontakt Reklama Regulamin
Social media
Polub na Facebooku Obserwuj na Twitterze Instagram WhatsApp
© 1996-2026 Queermedia.pl, ISSN 2299-9019 Polityka prywatnościUstawienia prywatnościPrzerwij abonamentOdstąpienie od umowy







🌈
Odkryj więcej na Queer.pl
Zalogowani użytkownicy mogą oglądać zdjęcia innych osób, zakładać profile, komentować artykuły i oceniać filmy.
Dołącz do nas Zaloguj się