Pięć lat minęło od tragicznej śmierci Gianni Versace - genialnego włoskiego kreatora mody, zamordowanego przez psychopatycznego zabójcę-geja. Upływ czasu przydał jego legendzie blichtru tajemnicy, przeładowanej domysłami i plotkami. Londyńskie muzeum Victorii i Alberta poświęciło dziełu mistrza specjalną wystawę. Nawet dla niezliczonych wielbicieli talentu Versace, ekspozycja ta jest szokująca. Jak daleko sięgnąć okiem, przepych, luksus na krawędzi kiczu. Złocenia i srebrzenia, imitacja skóry leoparda, kilometry wymyślnych barokowych wzorów, szlaczków i aplikacji. Wszystkie kolory tęczy, czerń, śnieżna biel i złoto. Złoto nade wszystko. Złoto niczym w marzeniach sennych króla Midasa. Złocone sprzączki do pasków z wytłoczoną głową Meduzy, złote guziki z tym samym motywem, ciężka złota biżuteria i opatentowana przez Versace tkanina o nazwie "oroton", utkana z malutkich metalowych płytek, przylegających do ciała niczym płynny metal.
Próba zdefiniowania, zrozumienia i wytłumaczenia fenomenu twórczości Gianni Versace jest pozbawiona sensu. Urodzony w 1946 roku w Kalabrii, zamordowany w 1997 roku strzałem z pistoletu artysta nie był intelektualistą. Zawierzał wyłącznie swej intuicji. Trudno w to uwierzyć, lecz jego styl jest całkowicie wolny od elementów typowych dla lat osiemdziesiątych, tak widocznych w kreacjach Ann Demeulemeester lub Martina Margiela, nie mówiąc już o pełnych eleganckiej ascezy projektach Yohji Yamamoto. Versace jest zmysłowością w czystej formie. W epoce minimalizmu stawiał na barokowy przepych, przeładowanie, nasycenie. Jego meble znakomicie pasowałyby do zamku baśniowego króla z bajki. Kostiumy wywołują okrzyki radości i zdumienia u dzieci, podobnie jak u pozbawionych gustu amerykańskich milionerek. W wędrówce po czcigodnych salach Victoria & Albert Museum towarzyszą zwiedzającym piosenki Prince ("You don't have to be rich to be my girl") i Grace Jones, zmaskulinizowanej divy lat osiemdziesiątych (podobnej zresztą do imitacji leoparda).
Przenosząc wzrok z eksponatów na widoczną za oknem ulicę można doznać olśnienia. W długim tunelu pomiędzy stacją metra South Kensington a budynkiem muzeum poruszają się ludzie. Widać kobiety przyodziane w kolorowe jedwabie, przystrojone szklanymi perełkami i cekinami. Do tego zgodnie z porą roku obcisłe barokowe rajtuzy, zwane legginsami i kurtki z obszernymi kapturami. Jakiś uliczny sprzedawca oferuje niewielkie portmonetki obszyte czarnymi plastikowymi perełkami. Versace lives!
Bez wątpienia: uwielbienie dla przedmiotów, produkowanych przez Versace ma coś z dziecięcej radości na widok kolorowego jarmarku odpustowego. Magia inscenizacji, wyreżyserowanej przez mistrza działa niezawodnie mimo upływu lat. Królewny, występujące w jego bajce były pięknymi manekinami. A oto i one, przedstawione na fotografiach, wykonanych przez najlepszych fotografów - Richarda Avedona, Helmuta Newtona, Irvinga Penna: supermodelki Cindy, Tatiana, Helena, Linda, Claudia i Naomi. Ubrane w krótkie plisowane spódniczki, haftowane skórzane kurteczki, skórzane czapki i buty z cholewkami. W muzeum wisi także (jakby przypadkowo spięty agrafkami) mały, czarny kostium, który w 1994 roku nosiła Liz Hurley podczas premiery filmu "Cztery wesela i pogrzeb". Od niego zaczęła się międzynarodowa kariera Hugh Granta. A zaraz obok wąski, bladoniebieski i zdobiony złotymi i niebieskimi kamykami strój wieczorowy księżnej Diany. Zewsząd słychać westchnienia podziwu i wzruszenia. Zaraz obok, zupełnie inny klimat. Skórzane kurtki dla motocyklistów nabijane ćwiekami, spięte pasami i sprzączkami, przypominają fetysze subkultury "skórzaków", wielbicieli SM czy bondage. Watowane i szerokie ramiona dla mężczyzn, dla kobiet skórzane płaszcze z kapturem i wypchane spódniczki wyglądają jak reklama opon firmy Michelin. Ale już podszewki są z kolorowego, zadrukowanego barokowymi motywami jedwabiu. Z całej spuścizny historii sztuki, Gianni Versace wyszukiwał to, co mu najbardziej odpowiadało. I nie troszczył się o przerażone miny estetów. Przypomina w tym zresztą swą słynną brytyjską koleżankę Vivienne Westwood.
Tęsknota za luksusowym opakowaniem przewija się przez wszystkie projekty Versace. Życie jak na scenie, oświetlonej fajerwerkami, mężczyźni i kobiety jako bogowie seksu, blichtr i gloria, luksus i przepych! Sukienka, jaką Versace kazał uszyć dla Lindy Evangelista pokryta jest powtarzającym się drukowanym motywem twarzy Marilyn Monroe z znanego obrazu Andy Warhola i wizerunkiem Jamesa Deana z fotografii Irvinga Penna. Trudno o skupienie większej liczby prominentów na tak niewielkiej powierzchni! Luksus i elegancja są jednak pojęciami względnymi, skoro narażone są na ryzyko kiczu... Po co sukienka ma mieć ramiączka w kształcie spaghetti, skoro można je umocować na szerokich szelkach? Po co sięgać po inspirację do kostiumów starożytnych Greków i Rzymian, skoro można podpatrzeć stare, hollywoodzkie filmy "historyczne"? Po co wydawać na drogocenne metale na bransolety i kolie, skoro noszące je kobiety chętnie udźwigną kilogram pozłacanego żelastwa i więcej? Po co wreszcie nosić autentyczne drogie kamienie, skoro wystarczą tanie szkiełka, byle robiły wrażenie?
Moda w muzeum - to pomysł nienowy. Ubiegłoroczna wystawa "Radical Fashion" w Victoria&Albert Museum pokazała instalacje jedenastu znanych kreatorów. Helmut Lang ograniczył się do projekcji ruchomych cieni na czerwono-srebrnych ścianach. Junya Watanabe i Hussein Chalayan zdecydowali się na klasyczną prezentację, Alexander McQueen posłużył się publicznością jako tłem dla swoich projektów. W rezultacie, ekspozycja była niezwykłą manifestacją sztuki, w której moda była tylko jednym z elementów wyrazu. Na tym tle, Gianni Versace jest inny. Nie znosi konkurencji, jest sam dla siebie, stawia znak zapytania na końcu przysłowia: "Nie suknia zdobi człowieka" (?)
Najciekawszym fragmentem wystawy prac Versace jest pomieszczenie, gdzie prezentowane są kostiumy teatralne. Najpierw słychać muzykę z "Romea i Julii" Prokofiewa. Panuje półmrok niczym w jaskini zbója Rumcajsa. Reflektory wydobywają z cienia skrzące od kamieni i złoceń kosztowności spódniczki tancerek baletowych, dramatyczne płaszcze i peleryny, kostium niczym dla rosyjskiego bojara, spódniczki w stylu lat dwudziestych i wspaniałą suknię wieczorową primadonny Kiri Te Kanawa.
Po śmierci Gianni Versace, przetrwanie firmy zapewnili jego siostra Donatella wraz z bratem Santo. Tak było już zresztą zresztą za jego życia. Gianni kipiał energią i kreatywnością. Dziś, w szybko zmieniającym się świecie mody jest muzealnym eksponatem. Ekspozycja Versace Victoria & Albert Museum w Londynie trwa do 12 stycznia 2003.
®ome©