Geje i lesbijki z Polski, odwiedzający Niemcy jako turyści mają powody do zazdrości. Widzą dziesiątki "branżowych" lokali i dyskotek w każdym mieście, potężne organizacje, instytucje kulturalne, piśmiennictwo i biblioteki. Przede wszystkim setki tysięcy uczestników corocznych parad gejowskich. Ruch LGTB to w Niemczech ogromna siła, z którą poważnie liczą się politycy. Przed kolejnymi wyborami, nawet partie chrześcijańsko-prawicowe starannie ukrywają dziś homofobiczne odruchy i robią dobrą minę do złej gry.
A przecież powstała na gruzach faszystowskiego reżimu Republika Federalna Niemiec wcale nie zamierzała wyrównać rachunku krzywd i niegodziwości, jakich osoby homoseksualne doświadczyły w Trzeciej Rzeszy Hitlera. Wręcz przeciwnie - prześladowania gejów w Niemczech nie skończyły się w roku 1945, lecz trwały aż do roku 1969. Ich podstawą był utrzymany w mocy sławetny paragraf 175 Kodeksu Karnego. Jeszcze w 1957 roku, Niemiecki Trybunał Konstytucyjny orzekł, że nie ma on charakteru nazistowskiego (!) Od powstania RFN aż do końca lat sześćdziesiątych kilka tysięcy osób zostało na mocy tego paragrafu pozbawionych wolności, godności osobistej, podstaw egzystencji. Ich jedyną przewiną była orientacja seksualna. W lokalach gejowskich i w miejscach spotkań w Niemczech na porządku dziennym były policyjne łapanki. Żyjący w głębokim ukryciu geje byli denuncjowani przez sąsiadów, znajomych lub rodzinę. Osoby podejrzane trafiały na "różowe listy". Wystarczał donos do władz by bezlitosna represyjna maszyna wprawiona została w ruch. Żaden demokratycznie wybrany rząd niemiecki nie odważył się przez długie lata przeprosić osoby homoseksualne za sankcjonowane autorytetem państwa bezprawie i zaoferować zadośćuczynienie. Kilka miesięcy temu, głosami posłów socjaldemokratycznych i partii ekologicznej uchwalona została przez Bundestag ustawa o kolektywnym odszkodowaniu gejów - ofiar reżimu nazistowskiego. A kilka dni temu (27.06.02), tenże Bundestag przegłosował ustawę o utworzeniu Fundacji imienia doktora Magnusa Hirschfelda (Magnus-Hirschfeld-Stiftung), która ma zająć się naukowym opracowaniem historii życia i prześladowań mniejszości seksualnych. Procedura legislacyjna, prowadząca do utworzenia tej instytucji jeszcze trwa.
Historia wyzwolenia gejów i lesbijek w Niemczech zaczyna się symbolicznie w roku 1971, kiedy Holger Mischwitz, młody reżyser z Frankfurtu - znany lepiej pod pseudonimem Rosa von Praunheim przedstawił swój legendarny dziś film o przydługim tytule "Nie homoseksualista jest perwersyjny, lecz sytuacja w której żyje" ("Nicht der Homosexuelle ist pervers, sondern die Situation, in der er lebt"). Premierowa publiczność - głównie młodzi studenci - zobaczyli świat ówczesnych niemieckich gejów nigdy w taki sposób nie pokazany: mieszczańskich, zastraszonych, żyjących w ukryciu, zakłamaniu i hipokryzji, świat wyperfumowanych i zniewieściałych kreatur, środowisko rządzące się prawem pieniądza, młodości i urody. Efekt jaki wywołał film Rosa von Praunheim można przyrównać do wybuchu bomby z opóźnionym zapłonem. Starsza generacja niemieckich gejów poczuła się głęboko dotknięta. W taki sposób nie chciała zostać sportretowana. Sojusznicy ruchu gejowskiego z generacji 1968 roku czuli się oszukani. Nie tak wyobrażali sobie ofiary represji.
Znana z konserwatywnej polityki programowej bawarska telewizja uniemożliwiła emisję filmu w ogólnokrajowym programie, ale zabiegi cenzorskie na nic się już nie zdały. Wszędzie tam, gdzie pokazywano "Nie homoseksualista..." tworzyły się gejowskie grupy i stowarzyszenia. Ich członkowie należeli do gatunku gejów najmłodszej generacji. Zamiast się ukrywać - szukali rozgłosu. Zamiast żyć w strachu przed władzą - prowokowali ją. Zamiast wstydu z powodu swej "nienaturalnej orientacji" - manifestowali dumę. Większość tych grup powstała w Zachodnim Berlinie, ponieważ miasto to aż do zjednoczenia Niemiec znajdowało się pod opieką trzech zwycięskich mocarstw (USA, Wielka Brytania, Francja) i nie obowiązywał tam przymusowy pobór do wojska. Młodzi geje nie zamierzali kontynuować konspiracyjnej taktyki swych starszych kolegów których życie towarzyskie, ograniczające się do spotkań w gronie wtajemniczonych i wysiadywania na "pikietach" było powodem głośnych krytyk i ironicznych żartów. Młodzi nie chcieli już widzieć się w roli outsiderów, pariasów i wyrzuconych na margines, tak jak w swych książkach portretowali gejów pisarze Hans Henny Jahnn i Hubert Fichte.
Potrzeba jednak było aż trzydziestu lat, by społeczeństwo niemieckie zaakceptowało geja na fotelu burmistrza Berlina. Charakterystyczna dla okresu rozwojowego gejowskiej społeczności w Niemczech pod rządami kanclerza Helmuta Kohla (1982-1998) była tak zwana afera generała Kießlinga. Na tego wysokiej rangi wojskowego tajne służby rzuciły oskarżenie, że uczęszczał do gejowskich lokali. Mimo że nie przedstawiono żadnych dowodów, Kießling jako osoba "podatna na szantaż" został zdymisjonowany. Dzień po dniu, publiczne media prezentowały nowe "sensacje" i "odkrycia". Wreszcie okazało się, że cała sprawa była groteskowym nieporozumieniem. Chodziło o zupełnie inną osobę, a "świadkami" byli skłonni do fantazjowania mitomani. Nigdy nie wyszło na jaw czy afera Kießlinga była prowokacją, wymierzoną w osobę generała. Jeśli tak - okazała się prowokacją skuteczną, bo jego kariera została zniszczona. Natomiast minister obrony Manfred Wörner, który firmował wszystkie posunięcia rządu, został sekretarzem generalnym NATO. Armia niemiecka po dziś dzień pozostaje homofobicznym rezerwatem. Zupełnie niedawno, socjaldemokratyczny minister obrony Rudolf Scharping odmówił swego poparcia dla pewnego majora-geja. Dowództwo Bundeswehry stwierdziło, że oficer-gej nie może prowadzić szkolenia rekrutów (!) Cieszyć się tylko można, że za homoseksualizm nie grozi już kara śmierci - jak to miało miejsce w hitlerowskim SS.
Wydawać by się mogło, że wysiłki niezliczonych gejowskich aktywistów ukoronowane zostały w Niemczech późnych lat 90-tych i początku nowego wieku ostatecznym sukcesem. Takie wrażenie można odnieść, patrząc na tłumy, przemierzające ulice miast z okazji obchodów CSD. Ale mimo wielkich postępów, budowa społeczeństwa tolerancji i równouprawnienia trwać będzie jeszcze bardzo długo, bo długi i ponury jest cień niemieckiej historii. Dla niemieckiej młodzieży LGTB coming out nie jest już być może tak wielkim problemem jak kilkadziesiąt lat temu - ale przyznanie się do odmiennej orientacji seksualnej pozostaje głęboko traumatycznym przeżyciem. I to mimo iż w życiu publicznym pojawia się coraz więcej powszechnie szanowanych gejów - takich jak znany dziennikarz telewizyjny Alfred Biolek, który potrafił podać przed kamerami surowemu egzaminowi prawicowego kandydata na fotel kanclerza Edmunda Stoibera. Równouprawnienie - w takiej formie w jakiej istnieje ono w Skandynawii - stanie się w Niemczech faktem wtedy, kiedy geje nie będą już musieli zamykać się w gettach.
Opracował: Krzysztof Wagner