Muzyka dobiegała zza wszystkich drzwi. Robert bez pośpiechu wspinał się na kolejne piętra. Nie miał powodów do świętowania, do przyjścia skłoniły go namowy przyjaciół.
-No, królewno, pośpiesz-że się! - dobiegło z góry zniecierpliwione parsknięcie. Piotr wisiał u poręczy, owinięty fioletowym boa. - Później nie mogłeś przyjść, hę? Dobrze chociaż, że przed północą.
-Nie wolno przegapić najważniejszego - odparł bez przekonania. - Ładny szalik, pasuje do sukienki.
Pi kokieteryjnie poprawił pióra.
-Prawda? - ucieszył się, zaraz jednak spoważniał. - Cieszę się, że jesteś. Nie powinieneś teraz przesiadywać sam w domu.
-Skoro tak mówisz - Robert uściskał go i przepuścił przodem do mieszkania.
W pierwszej sekundzie hałas kompletnie go ogłuszył. W salonie tańczyło kilkanaście osób, towarzystwo tłoczyło się na sofach, w korytarzu i na balkonie. Dym z papierosów gryzł w oczy, a wśród gwaru i muzyki zupełnie nie słyszał Pi, który wykrzykiwał coś do napotkanych osób. Nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi, Robert także poczuł się zwolniony z obowiązku słuchania paplaniny gospodarza.
Nie bez trudu dotarli do baru, którego blat uginał się pod przekąskami i markowymi alkoholami. Pi wskazał zachęcająco na szklanki.
-Co pijesz?! - huknął mu do ucha.
-Gin z tonikiem - Robert liczył, że ulubiony drink poprawi mu nastrój. Upił pierwszy łyk i rozejrzał się w półmroku. Z ulgą stwierdził, że prawie nikogo nie zna, co pozwalało żywić nadzieję, że zostaną mu oszczędzone współczujące spojrzenia.
-Wołają mnie - Pi wskazał kogoś w drugim końcu pokoju. - Poradzisz sobie?
Skinął potakująco głową, Piotr zniknął w tłumie, machając z daleka na pożegnanie.
Z głośników popłynął jakiś przebój, rozległy się okrzyki aprobaty. Tłumek na parkiecie zgęstniał. Robert stał jeszcze chwilę, szybko wypił drinka, napełnił na nowo szklankę i ruszył ku balkonowi, gdzie zrobiło się całkiem pusto. Świeże powietrze nieco go otrzeźwiło. W zamyśleniu przyglądał się oknom w bloku naprzeciw. Wszędzie roiło się od roztańczonych sylwetek.
-Jak się bawisz, skarbie? - poczuł na ramieniu dłoń Leszka.
-Świetnie - odparł głucho.
-Grobowy nastrój świadczy o tym najdobitniej - życzliwie przytaknął gospodarz. - Jak tam wyjazd? Udany?
-Jak najbardziej! Morze, wicher, sztorm, brak ciepłej wody. Wszystko adekwatnie do okoliczności. - Robert kiwał się smętnie. - Gdyby nie Aga...
-Bardzo się z Pi o ciebie martwimy.
-Daruj sobie - wzruszył ramionami - tylko nie banalne pocieszanki...
-Nie pocieszam. Mówię, że się martwimy.
-Doceniam. Dzięki. To dla mnie naprawdę ciężki okres...
-Zawsze możesz się do nas zwrócić, wiesz o tym.
-Cieszę się, że tak mówisz - Robert wpatrywał się uparcie w dno szklanki. - W liczbie mnogiej...
Lech pociągnął łyk whisky.
-Fakt - przytaknął. - Coraz lepiej się między nami układa. Po ostatnich... perypetiach... to naprawdę... miła odmiana.
-Cieszę się.
-Poważnie. Bardzo się bałem przyjazdu matki, a tymczasem świetnie się z Pi dogadali. Odwiózł ją na dworzec, obiecała mu nawet jakieś zlecenie na książkę. Aż się zaczynam niepokoić - roześmiał się nerwowo.
-Może po prostu wreszcie się polubili?
-To byłoby zbyt piękne - pokręcił głową Leszek. - Chociaż faktem jest, że Piotrusiowi w ogóle jakoś się odmieniło.
-Cieszę się, naprawdę - powtórzył Robert mechanicznie. Osobiście był zdania, że Pi nie należy do osób, które potrafią sobie czegoś odmówić. Nieraz wystawiał wytrzymałość Leszka na ciężką próbę, a ten przyjmował go za każdym razem, gdy skruszony zgłaszał się po rozgrzeszenie.
Zamilkli obaj. Dudnienie z sąsiedniego mieszkania zlewało się z latynoskimi rytmami w salonie.
-No nic, wracam do środka - otrząsnął się Leszek. - Zimno tu. Idziesz?
-Za chwilę.
-No to czekamy. Uszy do góry! - skinął i zniknął ze swoją empatią za drzwiami. - Hej, hej, hola! - wykrzyknął - Tutaj nie rzygamy, tak? Łazienka na prawo!
Robert zaszył się w najdalszym kącie balkonu. Ukradkiem spojrzał na zegarek. Do północy pozostało półtorej godziny.
Drewniane drzwi otworzyły się z impetem, na ośnieżone schodki padło światło jarzeniówki, oświetlając dwie sylwetki na progu. Z wnętrza domu buchnęło przytulnym ciepłem.
-Nareszcie! Już myśleliśmy, że was gdzieś wessało - jasnowłosa dziewczyna pogroziła Darkowi palcem.
-Sorki, Kasiuk, poślizg w trasie - cmoknął ją siarczyście w policzek.
-Założę się, że zabłądziłeś. Za każdym razem myli drogę - wyjaśniła Jarkowi. - Pomyślałby kto, że to Warszawa...
-Nie było tak źle - odparł wchodząc do wąskiego korytarza. - Po prostu kiepska pogoda.
-Akurat - machnęła ręką. - Znam DeDe nie od dziś. Od lat spędzamy Sylwestra w Krynicy, i dawno poprzysięgłam, że z nim nigdy więcej nie pojadę - śmiała się perliście. - No nic, grunt, że dojechaliście. A tak w ogóle: Kaśka jestem.
Jarek uścisnął drobną dłoń. Zza rogu na drugim końcu sieni wynurzyła się czyjaś głowa.
-Co, trafili nareszcie? - zabrzmiał pogodny baryton. - Czas najwyższy, bo nic nam nie dają zjeść, kobiety szalone. Niedługo pomarlibyśmy z głodu!
-Szymon, nie przeginaj!
-Gdyby nie stary ser...
-Nawet nie próbuj!
-Nie próbuję.
Przywitał się serdecznie z Dariem, po czym przyjrzał się uważniej Jarkowi.
-Ty jesteś słynnym lokatorem Dariusa? - zademonstrował w uśmiechu olśniewająco białe zęby.
-Jarek - przedstawił się.
-Wiem, wiem - chłopak nie odrywał od niego spojrzenia. - Legenda cię wyprzedziła. Zasłużenie - mrugnął znacząco.
-Szymon! - Kaśka stała już na schodach. - Daj im się spokojnie rozebrać! Miałeś pomóc przy sałatce.
-Myślałem, że dawno skończyłyście - ruszył posłusznie do góry. Po drodze odwrócił się jeszcze wpół kroku. - Przyjdę do was za chwilę - szepnął konfidencjonalnie.
Zajmowali pokój na samej górze, w końcu korytarza. Na widok małżeńskiego łoża parsknęli śmiechem. Rozlosowali miejsca, sprawnie zagospodarowali szafę i półeczki w łazience. Chwilę później pojawił się Szymon z dwoma kubkami gorącej herbaty. Jarek obejrzał go dokładniej. Wysoki, zgrabny, przystojny, zadbany, acz bez przesady. Do tego przyjemny w rozmowie. Mógł się podobać.
-Leci na ciebie - zagwizdał Dario, ledwie tamten wyszedł. - Zdaje się, że jest w twoim typie...?
-Nie zauważyłem - skłamał Jarek.
-Tak, tak, a te wypieki to od mrozu w samochodzie - Dario zachichotał. - Lepiej na niego uważaj. Niejednemu w tyłku zakręcił, zwinął się i zniknął.
-Nie w głowie mi teraz takie sprawy.
-W głowie może i nie. Ale fiuta trzymaj lepiej na wodzy.
Jarek wzruszył tylko ramionami.
-Chodźmy na dół - zaproponował - Dosyć się już spóźniamy. Musisz przedstawić mi całą resztę.
-Szymon jest solo, jeśli o to chodzi.
Jarek popukał się w czoło.
Przekąski prezentowały się świetnie, zwłaszcza tartinki. Alkohol wreszcie zadziałał i zgłodniały Robert wmieszał się w bufetowy tłumek. Magda wypatrzyła go od razu.
-Zastanawiałam się, gdzie jesteś - zadudniła. - Mignąłeś godzinę temu, a potem kamień w wodę!
Uścisnęła go serdecznie, aż zabrakło mu tchu.
-W ogóle gdzieś przepadłeś - grzmiała dalej, nakładając sobie sałatkę z tuńczykiem - nie widziałam cię wieki. Odwiedź czasem starą kumpelę, w klubie tyle się dzieje!
-Nie bardzo mam czas - wymówił się. - Sporo jeżdżę, poza tym szuka...łem mieszkania.
-Znam ten ból - westchnęła współczująco. - Też przez to przeszłam. Znaleźć coś ładnego to cud!
-Właśnie.
-To gdzie teraz mieszkasz?
-Bez zmian. Nic nie wypaliło.
-Co tam! Twoje mieszkanko jest przecież całkiem niezłe. Zawsze je lubiłam!
"Ja też", pomyślał ale strata wydała mu się nagle odległa i nieistotna. Magda emanowała szczerością. Po raz pierwszy tego wieczora ogarnął go niejaki optymizm. Chyba to wyczuła, bo chwyciła go nagle pod pachę.
-Wiesz co, Robi? - pociągnęła go w stronę parkietu - czas sobie poskakać!
Nie potrafił odmówić. Była dwa razy większa od niego.
- Jakieś życzenia? - zapytała pół godziny później.
-Może ja...
-Daj spokój, moja kolej - zagrzmiała. - Co ma być?
-Gin z tonikiem.
-Robi się! - ruszyła w roztańczony tłum, wydając odgłosy syreny alarmowej.
Uśmiechnął się. Towarzystwo Magdy działało kojąco, szalony taniec całkiem go rozluźnił. Przetarł dłonią spocone czoło i oparł się o ścianę. Muzyka umilkła, nikt się jednak nie przejął. Tłumek na parkiecie zastygł w oczekiwaniu, wśród śmiechów i popychanek.
-Co zrobisz, miał pecha - usłyszał gdzieś z tyłu, przez otwarte okno.
-Ale żal mi go. Widziałeś, jak wygląda? - rozpoznał Piotra.
-Sam sobie winien - Robert prawie słyszał, jak tamten wzruszył ramionami. - Facet puszczał się przecież, ledwie tamten wyściubił nos z domu.
-Przesadzasz - żachnął się Pi. - Raz czy drugi...
-Człowieku, on pół miasta obskoczył! Patryk, Seba, Troy, Komandor. Ja...
-Ty?! - nagana w głosie Pi mieszała się z uznaniem.
Robert poczuł zażenowanie. Podobne historie wzbudzały w nim poczucie niesmaku. Puszczał je mimo uszu, nigdy nie fascynowało go cudze życie uczuciowe. W jakim stopniu mogło go dotyczyć?
-Teraz mogę się chyba przyznać...
Mimo woli zastanowił się, czy zna skądś ten głos.
-Ale kiedy? Jak?
-Niedawno. Robi wyfrunął, chyba do Holandii czy Szwajcarii...
Fala gorąca uderzyła Robertowi do głowy. Alkohol wywietrzał nagle, wystąpił na policzki.
-I powiem wam: facet wart jest każdego grzechu - usłyszał jeszcze. Nie zauważył nawet, że znów ruszyła muzyka.
Odwrócił się gwałtownie i nieomal zderzył z kimś głową. Spojrzeli na siebie, dostrzegł tylko rzęsy nieznajomego, długie jakby składał się wyłącznie z rzęs. Odepchnął go i runął do wyjścia. Kątem oka dostrzegł Magdę z dwoma szklankami, rozmawiała roześmiana z jakąś dziewczyną.
Schody pokonał na oślep. Nie czuł mrozu, biegł prosto przed siebie. Zewsząd ścigały go radosne okrzyki, między blokami podskakiwali zmarznięci balowicze z kieliszkami w dłoniach.
-Stój! Poczekaj, nie wygłupiaj się!!!
Jezdnia była pusta. Zatrzymał się dopiero przy ławeczce po drugiej stronie. Na policzkach zaszczypały łzy. Patryk, Seba, Troy. Inni. Wszyscy. Zamknął oczy. Zbierało mu się na wymioty.
Z zakrętu wyjechał samochód. Cofnął się i zatrzymał tuż przed nim. Drzwi otworzyły się bezgłośnie.
-Wszystko w porządku? - usłyszał. Kiwnął tylko głową, miał zgrabiałe usta. - Nie siedź tak, zmarzniesz...
-Nic mi nie jest - wydukał.
-Nie wygłupiaj się. Wsiadaj!
Otworzył oczy. Z ciemnego wnętrza renault ktoś kiwał zapraszająco. Z oddali dobiegało chóralne odliczanie. Dziewięć, osiem, siedem... "Sześć", pomyślał, "sześć, sześć".
Ręka kierowcy była kojąco ciepła. Głos również.
-Nie płacz - szeptał tuląc go do siebie. - Wszystko będzie dobrze. Obiecuję.
Za oknami pękały pierwsze petardy.
-Wracamy do łóżka? - zapytał Jacek. Od kilku minut, przytuleni, w milczeniu obserwowali feerię sztucznych ogni za oknem.
-Zdaje się, że skończyli - przytaknął Krzyś. - Lepiej schować się pod kołdrą, jest trochę chłodno.
-Na szczęście ty masz ciepłe dłonie - Jacek oderwał głowę od oszronionej szyby. Spojrzał na Krzysia i uśmiechnął się szeroko.
-Cały jestem rozpalony - Krzyś odstawił na parapet kieliszki po szampanie. Odgarnął z czoła Jacka niesforny lok i pocałował go w policzek. Ujął go za rękę i ruszyli w stronę sypialni.
Świeżo powleczona pościel zaszeleściła przyjemnie. Z dworu dobiegały odgłosy kolejnych wybuchów i radosne okrzyki. Barwne cienie dygotały na ścianach.
-Wiesz co? - zagaił Krzyś. - To był świetny pomysł, żeby zostać w domu.
W odpowiedzi Jacek przywarł do niego, oplótł szczelnie ramionami i udami. W nabożnym niemal skupieniu obserwował, jak kojące ciepło rozlewa się w nim promieniście, od żołądka w górę. Przełknął ślinę, ale nie pomogło: oczy zapiekły jeszcze bardziej.
Uniósł głowę. Usta Krzysia były miękkie i mokre. Rozchyliły się pod naciskiem jego warg. Uścisk jeszcze bardziej się zacieśnił. Dłonie wędrowały po ramionach, plecach, pośladkach.
"To będzie szczęśliwy rok", przemknęło mu przez myśl. Westchnął głęboko i wtulił twarz w szyję kochanka.
-Szczęśliwego nowego roku! - Jarek poczuł na karku gorący oddech. W głowie przyjemnie szumiało, przed oczyma sunęły roześmiane, życzliwe twarze.
-Trzymasz rękę w mojej kieszeni - zauważył rozbawiony.
-Doprawdy? - Szymon opasał go ramieniem. - Czysty przypadek. Wyjąć?
-Zostaw. Masz ładne dłonie.
Mimo natłoku wrażeń z wyostrzoną intensywnością rejestrował najdrobniejsze poruszenia palców Szymona na swoim udzie. Materiał spodni przyjemnie drapał.
-Podobają ci się? - usta Szymona prawie dotknęły jego ucha. Świadomość tej odległości przyprawiła Jarka o dreszcz.
-Zawsze jesteś taki szybki? - zapytał.
-Kiedy ktoś mi się podoba - tym razem wyraźnie poczuł wilgoć języka. Obrócił głowę, ale nie zdążył go pochwycić.
-Nie tak prędko - uśmiechnął się szelmowsko Szymon. - Na wszystko przyjdzie pora.
Z mroku wyłoniła się nagle sylwetka Katarzyny.
-Hej, panowie, sodoma na lewo - zaśmiała się. - A w ogóle może się przyłączycie? Idziemy na noworoczny spacer w śniegu.
-Z przyjemnością - Szymon badał właśnie kciukiem krawędź jarkowych bokserek. - Teraz zaraz?
-Zaraz natychmiast - zarządziła. - Zbiórka za trzy minuty. Ubierzcie się ciepło, nie chcę mieć was na sumieniu.
-Chodźmy zatem - Szymon uwolnił Jarka z uścisku. - Świeże, górskie powietrze dobrze nam zrobi. Czasem działa prawdziwe cuda...
Miał rację. Takiego seksu Jarek życzył sobie od dawna.
Koosie
Koniec części pierwszej
Przyznaje, zgubilem sie w imionach i emocjach. Pozostala jednak radosc z czytania.
Tak wiec raz jeszcze - dzieki Koosie
p