Kiedy wsiadaliśmy do pociągu relacji Warszawa Berlin, był piątek rano. Siedzieliśmy w piątkę w przedziale i zastanawialiśmy się, ilu Polaków dołączy do nas w Berlinie. Sześć godzin podróży przeleciało, jak z bicza strzelił. Ani się obejrzeliśmy, a już staliśmy na peronie w Berlinie. Podróż przez miasto zapowiadała się ciekawie. Każdy z nas miał, co najmniej jedną torbę, nie licząc pakunku z transparentem i flagami. Do tego pałętały się nam pod nogami worki ze śpiworami. Na szczęście na peronie czekał na nas kolega naszej wspaniałej Darumy, który pomógł się nam pozbierać. Jadąc na kwaterę, która mieściła się na pograniczu dzielnicy gejowskiej, nie odmówiliśmy sobie przyjemności odwiedzenia miejsca zwanego Checkpoint, w którym kiedyś było przejście graniczne pomiędzy Berlinem Wschodnim, a Zachodnim. Teraz jest tam muzeum i tablica, pod którą zrobiliśmy sobie zdjęcia. Potem już tylko szybkie zakupy i do mieszkanka. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, cześć z nas została w przydrożnej knajpce (opatrzonej a jakże tęczową flagą), a Jacek, który dowodził naszą wyprawą, poszedł załatwiać nocleg. Kiedy wrócił, podreptaliśmy z bagażami do wynajętego mieszkania. Właścicielem okazał się przemiły Arab, który wprawdzie zdziwił się, że jest nas czworo, a nie jak było umówione troje, ale nie robił problemów. Daruma, razem, ze swoim przyjacielem wybyli w sobie tylko znanym kierunku, wcześniej umawiając się z nami na następny dzień. Zostaliśmy we czwórkę - Jacek, Marcin i ja z ILGCN-Poland, oraz Bartek, który dołączył do naszej wyprawy. Po zakwaterowaniu, poszliśmy w miasto, zwiedzać.
Było już wprawdzie późno, ale dzielnica gejowska dopiero budziła się do życia. Nie było trudno zorientować się, kiedy przekroczyliśmy jej granice. Tyle tęczowych flag na raz nie widzieliśmy chyba nigdy. Praktycznie każdy dom, każdy lokal, każdy samochód miał coś tęczowego na sobie. Każdy zakład fryzjerski, sklep, a nawet dom pogrzebowy miał na drzwiach tęczowe znaczki. Kiedy doszliśmy do znanego w całym Berlinie klubu Connection, zrobiło się nam ciemno przed oczyma. Na frontonie klubu, poza bardzo odważnymi grafikami, naliczyliśmy ponad 20 tęczowych flag, wiszących, jedna obok drugiej. Tuż nad wejściem do budynku na specjalnym, honorowym miejscu wisiały obok siebie flagi: tęczowa, Unii Europejskiej, oraz Leather Pride. Wspaniały widok.
Na koniec zwiedzania poszliśmy do centrum informacyjnego dla gejów i lesbijek. Nazywa się ono Man-o-meter i mieści przy ulicy Motzstrasse 5. Kiedy tylko powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski i, że chcemy zostawić kilka ulotek naszej organizacji, zrobił się niemały szum. Wszyscy lokalni aktywiści koniecznie chcieli zobaczyć, jak wyglądają polscy działacze. Przyjęli nas naprawdę bardzo ciepło. Wychodziliśmy stamtąd z mocnym zapewnieniem gospodarzy, że są bardzo zainteresowani współpracą pomiędzy ILGCN-Poland a lokalnym ruchem LGTB w Berlinie.
Po zwiedzaniu wróciliśmy na kwaterę, żeby coś zjeść. Następnie pojechaliśmy się trochę rozerwać. Nasz wybór padł na dyskotekę Die Busche, która mieści się na terenie dawnego Berlina Wschodniego i klimatem bardzo przypomina warszawski Paradise. Bawiliśmy się tam mniej więcej do 3 nad ranem, kiedy to postanowiliśmy wracać. Trzeba było się przecież wyspać, bo od rana czekał nas huk roboty.
Na miejsce, gdzie zaczynała się parada przybyliśmy w sobotę o 11.30. Ponieważ w ogłoszeniach informowaliśmy, że na Polaków będziemy czekać o 11.45, mieliśmy jeszcze sporo czasu, by przyjrzeć się organizacji całej imprezy. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem. 80 platform z załogami w pełnym "bojowym" rynsztunku, pokornie stały jedna za drugą, czekając na sygnał do wymarszu. Na samym początku ustawiły się dziewczyny z bębnami, które miały prowadzić cały przemarsz. Pierwsza platforma, na której usadowili się przedstawiciele świata polityki otoczona była dodatkowo przez sznur, który miał nie dopuścić gapiów. Tych ostatnich zresztą były całe tłumy. Dość powiedzieć, że stojąc na początku kolumny, nie widziałem jej końca, a Jackowi przeciśnięcie się do końca i z powrotem zajęło dobre 20 minut.
Kiedy tylko rozwinęliśmy polską flagę i nasz transparent - natychmiast pojawili się dziennikarze, oraz ludzie, żywo zainteresowani naszym udziałem w paradzie.
Organizatorzy zaproponowali nam miejsce w kolumnie. Chcieli, żebyśmy byli widoczni. Dostaliśmy miejsce pomiędzy 3 a 4 platformą. Tuż po 12.00, w asyście konnej policji i niezliczonej rzeszy obserwatorów ruszyliśmy.
Początkowo polska grupa szła tylko w 4 osoby. Ale po kilku minutach dołączyła do nas Daruma, oraz Collin de la Motte Sherman - szef ILGCN na świecie. Po dalszych kilkunastu metrach do naszej gromadki dołączyła inna warszawska gwiazda - Desdemona. Mieliśmy, zatem ekipę z dwiema Drag Queen'kami. I wtedy się zaczęło.
Wzbudziliśmy spore zainteresowanie zarówno przechodniów, jak i licznych mediów niemieckich. Byliśmy jedyną ekipą na CSD, która szła pod narodową flagą. Pikanterii dodawał także fakt, że po raz pierwszy na berlińskiej paradzie oficjalnie zaprezentowała się organizacja gejowsko lesbijska z Polski. Berlińczycy przyjmowali nas bardzo ciepło. Co chwilę dawało się słyszeć oklaski i okrzyki: "Polen, Polen!!!". Później zaczęli się też pojawiać Polacy. I tutaj spotkał nas ogromny zawód. Poza kilkoma osobami, które do nas dołączyły, większość na propozycje, żeby poszli w pochodzie razem z nami, reagowała odmową. Często też słyszeliśmy: "Niee...my nie pójdziemy...wstydzimy się...". Na szczęście znaleźli się i tacy, którzy śmiało wychodzili z tłumu i dołączali do nas. Tym wszystkim jesteśmy naprawdę bardzo wdzięczni.
Organizatorzy zadbali też o to, żeby uczestnikom parady nie zabrakło napojów. Co kilka minut podchodzili do nas młodzi chłopcy z tacami pełnymi zmrożonej Coca Coli, która była sponsorem Parady. Wiele razy te zimne puszki uratowały nas przez udarem cieplnym. Trzeba pamiętać, że kolumna szła trasą o długości ponad 8 kilometrów i prawie przez cały czas znajdowaliśmy się w pełnym słońcu. Inny sponsor - Nivea zadbała o naszą skórę, rozdając próbki swoich produktów.
Swoje platformy wystawiły wszystkie większe berlińskie kluby dla gejów i lesbijek. Nie zabrakło platform sponsorów i partii politycznych. Nas jednak urzekły kolorowe stroje i prawdziwa zabawa, jaka towarzyszyła tej historycznej imprezie.
Do organizacji parady przyłączył się nawet berliński Zarząd Transportu Miejskiego, który specjalnie na ten dzień przygotował String Tickets. Sprawa miała się następująco: każdy mógł kupić specjalne, czarne stringi, które stawały się automatycznie całodobowym biletem, który dawał możliwość poruszania się wszystkimi środkami komunikacji miejskiej w Berlinie. Podczas kontroli wystarczyło tylko pokazać, że się ma te stringi na sobie. Wyobraźcie sobie jak wygląda cały wagon metra wypełniony facetami, którzy na widok kontrolera na trzy cztery zdejmowali spodnie. Takiego widoku nie można zapomnieć.
Kiedy razem z całą kolumną dotarliśmy do końca pochodu, musieliśmy czekać jeszcze dwie godziny, na to, by ostatnia platforma mogła dojechać na miejsce. Później rozpoczęły się przemówienia organizatorów i polityków. Największy entuzjazm wzbudziło oczywiście przemówienie burmistrza Berlina. Ten polityk - gej w swoim wystąpieniu powiedział między innymi: "Nie możemy zasypiać. Jest jeszcze wiele do zrobienia. Niemcy nie są jeszcze krajem w pełni tolerancyjnym. Nawet Berlin nie jest jeszcze miastem tolerancji. Kiedy ostatnio wyszedłem ze swoim chłopakiem na spacer, zaatakowali nas neonaziści. My daliśmy sobie radę, bo ja mam ochronę. Ale ochrony nie ma przeciętny Berlińczyk..."
Po zakończeniu oficjalnej części CSD pojechaliśmy do wynajętego mieszkania, żeby odpocząć. Czekała nas przecież jeszcze cała noc afterparty. Tej nocy w Berlinie uczestnicy CSD mogli się bawić na ponad 60 imprezach. My zdecydowaliśmy się na odwiedziny w Tempodromie. Ta olbrzymia dyskoteka swoimi rozmiarami przypomina Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Kilka poziomów, wiele barów i mnóstwo półnagich mężczyzn zapewniało doskonałą zabawę na całą noc. Wyczerpani do cna pojechaliśmy nad ranem przespać się, choć kilka godzin.
Ostatniego dnia pobytu w Berlinie odwiedziliśmy gejowskie muzeum, gdzie nawiązaliśmy współpracę z jego pracownikami. W przebogatym archiwum muzeum znaleźliśmy nie tylko ogromną liczbę woluminów, ale także doskonale zachowane pierwsze numery polskiej prasy gejowskiej. Ze wzruszeniem braliśmy do rąk te czarno białe, wydawane na kiepskim papierze wydawnictwa. Patrząc na dzisiejsze wydania trudno nie docenić drogi, jaką przeszła polska prasa LGTB. O 17.05 siedzieliśmy już w pociągu zmierzającym do Warszawy. Na peronie przywitał nas Krzysiek z ILGCN-Poland, który radośnie wymachiwał tęczową chorągiewką na nasz widok.
Organizacja parady CSD w Berlinie to ogromna i wspaniała lekcja dla nas, organizatorów polskiej Parady Równości. Staraliśmy się czerpać z niej ile się dało. Wiele pomysłów podpatrzonych i naszych zachodnich sąsiadów będziemy starali się przeszczepić na polski grunt. Miejmy nadzieję, że się nam to uda. Optymizmem napawa fakt, ile udało się osiągnąć Niemcom w ciągu zaledwie 10 lat.
Szymon Niemiec (Prezes ILGCN)
Oczywiscie nikt nie zmuszał nikogo do zdejmowania spodni. Ale niektorzy robili to z dziką ochotą...sam widziałem :))))
A tak na marginesie: Ta metafora ze zdejowaniem spodni w tramwaju zupełnie chybiona. O co Ci chodzi? Kto zdejmuje spodnie w tramwaju? I w ogóle czy ktoś zdejmuje spodnie? Masz problem z stosunkiem do nagości, To się nazywa pruderią. Jak dobrze że tu nie zaglądasz. Waśnie obejrzałem parę ładnych fotek...
Ale... Tym przecież i tak tego nie przeczytasz bo TU nie bywasz tak często...
Na wstępie wyjaśnię, że chciałem by odpowiedź była na mój e-mail ponieważ gdyby była tylko tutaj mogłbym jej w ogóle nie przeczytać - nie zaglądam tu aż tak często. Przy okazji dziękuję, za tak błyskawiczną odpowiedź.
Co do warszawskiej parady to było w niej tyle polityki, iż byłem przekonany,
że było to w zamian za sponsoring natomiast nie widziałem reklam firm komercyjnych. Przyznaję, że nie interesowałem się tym tak delece by oglądać jakieś rozliczenia czy inne dokumenty. W każdym razie mieszanie spraw tolerancji z wyraźnie lewą stroną sceny politycznej mnie brzydzi i byłem ciekaw czy w Berlinie też tak to wygląda czy też organizatorzy potrafią tam zadbać o apolityczny i nieantykościelny charakter imprezy.
Nie zgodzę się też z sugestią, że taka parada musi drażnić heteryków. Oczywiście każda publiczna impreza kogoś będzie drażnić ale nie to jest celem i nie po to się robi gejowskie parady by skłócić gejów z heterykami tylko po to by społeczeństwo nie zapominało o tym, że normą jest pewien procent osób homoseksualnych w nim zawarty.
No i mimo wszystko uważam, że zdejmowanie spodni zamiast pokazywania biletu (bo tak zrozumiałem relację z Berlina) jest niesmaczne i tylko podsyca wrogość do gejów i daleki jestem od popierania czegoś takiego.
W końcu w takim tramwaju czy autobusie są starsi ludzie, którzy nie mają ochoty oglądać jak ktoś pokazuje co ma pod spodniami i trzeba to uszanować.
I nie ma to nic wspólnego z tolerancją dla mniejszości seksualnych tylko z kulturą zachowania w miejscach publicznych - tramwaj to nie jest miejsce do zdejmowania spodni po prostu.
Chyba że w Berlinie jest przyjęte, że w tramwaju można np. zmienić spodnie czy spudnicę czy robić podobne rzeczy. Nigdy w Berlinie nie byłem więc nie wiem jak to się miało na tle codziennych zwyczajów tego miasta.
Przypuszczam jednak, że aż tak bardzo się od Warszawy nie różni pod względem zwyczajów obowiązujących w komunikacji miejskiej.
No i znów wyszło na to, że była impreza, wszyscy są ogarnięci jedyniesłusznym ideologicznie entuzjazmem który jest automatyczną konsekwencją popierania tolerancji,
a ja tymczasem, mimo iż jestem gejem jestem tym co kręci nosem i nie podoba mu się gejowska parada.
No ale taki już jestem, że jak widzę coś co mnie brzydzi to dociekam dlaczego to nie brzydzi innych a brzydzi mnie walka, która podświadomie ma na celu odegranie się na heterykach i doprowadzenie do nietolerancji wobec nich na zasadzie "niech zobaczą jak to jest" no i brzydzi mnie też pieczenie sobie na tym problemie pieczeni politycznej przez różne partie itp.
No i oczywiscie mam się zastanowić co ja chcę - odpowiedź jest prosta - chcę by parada pokazywała, że jesteśmy normalni, a nie że jesteśmy rozwydrzonymi dziećmi, które uwolniły się od władzy niedobrych i surowych rodziców i chcą się teraz na nich odegrać i pogrążyć ich w cierpieniach jakich doznały.
Pokazujmy, że jesteśmy, ale ludziom, którzy chcą mieć spokój pozwólmy go mieć, nie przymuszajmy ludzi do mimowolnego uczestnictwa w paradzie i nie róbmy tej parady w tramwajach tylko w ustalonym na tą paradę miejscu.
- to jest odpowiedź na pytanie czego ja chcę. My też musimy być tolerancyjni i nic nas od tego nie zwolni.
Nie podobają mi się parady, które pozostawiają wrażenie, że homoseksalizm oznacza prowokacyjne zachowania typowe dla zniecierpliwionych prostytutek.
Parada ma pokazać, że jestśmy kulturalni i odnosimy się do innych z takim samym szacunkiem jakiego oczekujemy w stosunku do nas.
A może ja jestem idealistą albo nietypowym gejem ?
Może typowy gej to taki, który jest gotów uprawiać seks głównie w miejscach publicznych, uwielbia pokazywać tyłek gdzie się tylko da i tak dalej, co ?
Bo zdaje się, że takie parady właśnie takie wrażenie po sobie pozostawiają
- mnóstwo golizny i zdejmowanie spodni,
a najlepiej jedna wielka orgia, do tego
wrogość do kościoła i negowanie zasad przyzwoitości.
Nie czarujmy się - takie parady nam nie służą, chyba że służą jakiemuś uczestnikowi, który aktualnie chce się wyżyć, ale tolerancji to nie powiększy tylko wprost przeciwnie.
Pozwalam sobie odpowiedzieć tutaj, gdyż myślę, że pozostali czytelnicy również chętnie zapoznają się z odpowiedzią na Pańskie pytania.
Parada była sponsorowana głównie przez sponsorów komercyjnych. (nie wiem, skąd wziął pan pomysł, że z Paradą Równości było inaczej)
Podczas całego przemarszu, a także podczas oficjalnego zakończenia organizatorzy głosili hasła walki z homofobią, rasizmem i nietolerancją.
Wiele transparentów potępiało Kościół Katolicki, a co walki z jego homofobią odnosili się praktycznie wszyscy, którzy wypowiadali się pod kolumną zwycięstwa.
Nie rozumiem za bardzo co Pan ma na myśli pisząc: w pierwszym szeregu. Jako pierwsze szły poprzebierane kolorowo lesbijki bijące w bębny. Za nimi jechały platformy, na których nie sposób było policzyć Drag Queens..było ich zbyt wiele, by pokusić się o podanie liczby.
Jeżeli chodzi o Paradę Równości, to jeżeli czytał Pan rozliczenie Parady, łatwo mógłby się Pan zorientować, że żadna siła polityczna nie wyłożyła nawet złotówki.
No chyba, że za siłę polityczną uważa Pan mnie i mojego partnera.
Nie rozumiem również, jak Pan chce zrobic parade, ktora nie bedzie draznila heterykow.
Prosze sie zastanowic, czego Pan chce. Co do stringow....byly one przeznaczone rowniez dla kobiet.
Tyle, ze w Berlinie mozna sobie pozwolic na swobodne zachowanie. I nikogo to nie oburza.
mianowicie czy wśród sponsorów berlińskiej parady byli politycy i jeżeli tak to w jakim procencie wsparli paradę?
Czy były wygłaszane hasła walki z homofobią lub jakiejkolwiek innej walki ?
Czy ktoś atakował jakiś kościół ?
Czy w pierwszym szeregu szli "przebierańcy" czy zwyczajnie wyglądający geje ?
Krótko mówiąc jestem ciekaw czy wystąpiły na tej paradzie elementy, które tak bardzo mi się niepodobały w warszawskiej paradzie 1 maja.
Mam nadzieję, że obecność sponsorów komercyjnych (w przeciwieństwie do politycznych) będzie dla polskich organizacji nauką na przyszły rok.
Poza tym powiem, że pomysł z owymi "stringami" (tak do końca nie wiem co to jest) wcale mi się nie podoba. Niech by sobie był bilet dla "naszych", ale nie powinien przybierać tak niesmacznej dla postronnych ludzi formy.
Prada powinna służyć pojednaniu gejów z heterykami a nie drażnieniu heteryków i pchaniem im pod nos "sprawy gejowskiej".
To tyle, dziękuję za uwagę, liczę na odpowiedź S.N. na podany e-mail.