Zerknęłam na kalendarz i zdałam sobie sprawę, ze to pierwszy weekend czerwca! Oznacza to sobotni Marsz Lesbijek (Dyke March) i niedzielny Gay Parade w miejscowości Santa Cruz w Kalifornii, w której obecnie mieszkam. Zdałam sobie też sprawę, że to już trzeci rok jak w nich będę uczestniczyć. Jak ten czas leci...
Czym prędzej w sobotę sprawdziłyśmy z mą dziewczyną godziny rozpoczęcia owej "dykowej" imprezy i zjawiłyśmy się jak zawsze wcześniej, aby pomoc kobietom przy organizowaniu sprzętu. Marsz, poprzedzony jest krótkimi występami artystów i aktywistów ze społeczności gejowskiej. Impreza zaczyna się zawsze w tym samym miejscu - na nasze szczęście tylko dwie przecznice odległe od naszego miejsca zamieszkania. Jest to faktem niesamowicie dogodnym, gdy weźmie się pod uwagę problemy ze znalezieniem parkingu w tym małym, 50- tysięcznym, nadoceanicznym, surfingowym, wypoczynkowym i za drogim mieście.
W mieścinie tej jest dosyć spora społeczność ludzi homoseksualnych, do których, jakby nie było, i my się zaliczamy. Jest też duża ilość ludzi bezdomnych głownie ze względu na dogodny klimat i liczne kościoły (150 i to każdy innej wiary! Cool!), Które sponsorują pokrzywdzonych przez los. Można by powiedzieć, że miasteczko to jest jednym z nielicznych, które są dosyć tolerancyjne dla gejów i lesbijek, aktywnym też na arenie walki o pokój na świecie w świetle dzisiejszych wydarzeń (ludzie spacerujący z transparentami mówiącymi: "Twoje podatki idą na zabijanie niewinnych ludzi" itp.).
Społeczność homoseksualna Santa Cruz należy obecnie do jednych z najbardziej tolerancyjnych w Kalifornii gdyż akceptuje w swych szrankach nie tylko lesbijki i gejów, ale też ludzi biseksualnych i transseksualistów. Natomiast komisja parady naszych braci i sióstr w San Francisco ustaliła w tym roku, że niegdysiejsze bull-dykes (kobiety nie precyzujące swej płci, gdyż czasami czują, że chcą być paniami a czasami panami) nie maja prawa brać udziału w marszu lesbijek!!! Parada SF - stolicy homoseksualistów, gdzie łezka wzruszenia może niejednej osobie popłynąć, gdy zobaczy tęczowe flagi zawieszane, dzień w dzień, na słupach ulicznych dzielnicy ludzi homoseksualnych - straci setki członków społeczności, którzy nie wypełniają luk broszur pytających o płeć, bo nie integrują się w 100 procentach z żadną. I my - jako społeczność innych walczymy o tolerancję? Mam nadzieje, że, kiedy już społeczność nasza wzrośnie widocznie w Polsce (marsz tegoroczny w Warszawie napełnia mnie dumą i nadzieją, że już się te czasu zbliżają), nie będziemy zabraniać innym - niekoniecznie homoseksualnym - brać udziału w naszych marszach i imprezach, a będą one otwarte dla wszystkich zwolenników tolerancji i równości ludzi homo i hetero-seksualnych.
Ale wracając do weekendu. Dziewczyny zbierały się na rogu ulicy od 4 po południu, stały skryte przed słońcem w cieniu wsłuchując się w to, co maja do zareprezentowania zaproszeni wykonawcy. Rozpoczęły się przemówienia, zaproszenia, konkursy i występy i poetek i piosenkarek z Santa Cruz i San Francisco. Było ich sporo, imion nie wspomnę, ale zaprezentowały bardzo duży talent i poetycki i piosenkarski. Najbardziej podobał mi się taniec brzucha w rytm arabskiej muzyki.
O 7.00 zaczęłyśmy formować grupę, która przypominałaby paradę. Powiem szczerze, że w porównaniu z latami przeszłymi była ona o wiele mniejsza, bo licząca ok.200 osób. Nie tylko mniejsza, ale też atmosfera i slogany padające w trakcie marszu były dosyć buntownicze i naładowane agresją. Myślę, że było tak dlatego, iż po wydarzeniach z września zeszłego roku szerzy się tu w Stanach coraz to większa paranoja i strach, który powoduje agresję wśród ludzi. Tak więc ludzie homoseksualni i transwestyci spotykają się z coraz to większa niechęcią i słyszą bezczelniejsze groźby od "normalnych" (tuż przed marszem jedna dziewczyna, która jest w trakcie zmiany płci, opowiadała o swoim strachu).
Będąc nie niską osobą wyładowałam z transparentem mówiącym "Fuck your gender, fuck your norms, respect all women". Chyba tylko końcówka o poszanowaniu kobiet do mnie pasowała - ale czegoż się nie robi dla kobiet. Maszerując ulicami Santa Cruz, wykrzykując slogany o równości i zatrzymując ruch uliczny zwróciłyśmy na siebie, jak zawsze, uwagę przechodniów. Niektórzy skandowali, machali nam, trąbili z samochodów aby pokazać, że są z nami, niektórzy - zazwyczaj młodzi chłopacy, starali się nas wykpić, ale nie zawracałyśmy sobie nimi głowy maszerując odważnie do przodu. Grunt to nie dać się sprowokować, prasa i tak wszystko zawsze przekręci i wyszłybyśmy na niebezpieczne lesby bijące "niewinnych hetero chłopaków". Wśród maszerujących dużo było kobiet starszych, tych, które w latach 70, i po, walczyły aktywnie o równouprawnienie ludzi homoseksualnych tak więc przekrój wiekowy kobiet był spory.
Po marszu spotkałyśmy się wszystkie w Domu Weterana, gdzie zorganizowane były koncerty i poetyckie występy. Wiele tam talentu widziałam i słyszałam - wiele, aż mi wiara w ludzi wróciła. Z biegiem czasu dziewczyny zaczęły powoli znikać z tej imprezy i przenosić się do pobliskiego baru Dakota (gdzie poznałam moją dziewczynę - mają tam we środy dyskoteki tylko dla lesbijek). My się za późno zorientowałyśmy, że to się już działo i kiedy w końcu spacerkiem doszłyśmy do baru, okazało się, że jest tam już długaśna kolejka ludzi czekających aby się do niego dostać. Zrezygnowałyśmy z tego czekania, gdyż zasady są takie, ze na każdą wychodzącą osobę wpuszczano jedną czekającą - a prawie nikt nie chciał wyjść! Dyskoteka ta nie jest za dużym miejscem. Jest jeszcze jeden bar, ale i ten był wypchany ludźmi - wielu zjechało z San Francisco i całej okolicy. Wspomnę tylko, że aby dostać się do baru należy mięć dokument tożsamości stwierdzający iż ma się ukończone 21 lat. Osoby wyglądające nawet na 70 lat nie wejdą bez dokumentu - pozostawię to bez komentarza. Nie można palić wewnątrz barów - co mi akurat się podoba, i wszystkie imprezy w mieście trwają tylko do 2 w nocy - nie ma baletów jak u nas do rana. Takie są tu prawa.
W niedzielę o 11 rano rozpoczęła się Gay Parade i w porównaniu z marszem dziewczyn, był on o wiele liczniejszy i weselszy. Wielu panów poprzebierało się kolorowo, flagi powiewały wesoło, roznosiły się głośne śpiewy, a przemowy aktywistów przeplatane były występami akrobatycznej grupy San Francisco Gay Cheerleaders. Cała parada zakończyła się w pobliskim parku gdzie przygotowany był piknik z wieloma stoiskami z jedzeniem, organizacjami gejowsko-lesbijskimi (adopcji dzieci, pisarskimi, walczącymi o równouprawnienie itd.) oraz sprzedające gadżety związane ze światem gejowskim czy też płyty i książki wykonawców. Tłumy ludzi spacerowały po parku, parki starszych panów i pań za rękę, i oczywiście dużo młodych ludzi. Największa grupa siedziała przy scenie na której pojawiały się grupy wokalistów, poetów, tancerzy czy cudownych Drag Queens. Impreza niedzielna trwała 7 godzin i ponownie przeniosła się do barów.
Atmosfera była bardzo mila i przyjazna, pogoda również dopisała. Jak na malutkie miasteczko o ciekawej nazwie Święty Krzyż, społeczność gejowsko-lesbijska sprostała wyzwaniu ukazania się społeczeństwu. W każdy weekend odbywa się parada w jednym z większych miast środkowej Kalifornii aż do kulminacyjnego spotkania i szaleństwa Gay Paradę w San Francisco w ostatni weekend czerwca. Zapewnię, że takiego marszu nie sposób zapomnieć.
CaliforniaDream ([email protected])
chodzilo mi o to, z emoze i ludzie nas zaakceptuja, ale i tak zawsze beda uwazac kogos, kto wyglada jak paw z piorkiem w d--- za kogos nienormalnego.
Szymon ma racje mowic, ze "szarzy" geje maja obawy przed ujawnieniem sie, ale wlasnie to jest spowodowane stereotypowym obrazem geje..zniewiesciala kolorowa istotka.. coz, a mnie chodzi o to, zeby wlasnie ci szarzy i niewyrozniajacy sie w tlumie mogli chodzic z podniesiana glowo ze swoim przyjacielem.
czarny
CD
czarny