Dla większości czytelników tego felietonu odpowiedź na pytanie postawione w tytule jest więcej niż oczywista: głośne i przenikliwe NIE! W mniejszości znajdzie się ten, kto poddany kulturowej indoktrynacji i religijnemu praniu mózgu zastanawia się czasami, czy ten niefart, który mu się ostatnio przytrafił, to nie kara boska za jego sodomistyczne, urągające naturze praktyki. A co grzeszne, to chyba nienormalne, no nie? Dla większości jednak traktowanie homoseksualizmu jako patologii jest raczej oznaką ciasnoty umysłu i ograniczonych horyzontów, jeśli nie ideologicznego zaślepienia. Zdajemy sobie sprawę, że duża część społeczeństwa uważa nas za zboczeńców, dewiantów i psychicznych popaprańców, ale kładziemy to na karb ich niewiedzy i uprzedzeń. Zatrważające jest jednak to, że za patologię uważa homoseksualizm także znaczna część specjalistów, odpowiedzialnych za nasz psychiczny dobrostan, tak psychiatrów, jak i psychologów. Zignorowanie przez nas tego faktu byłoby niedopuszczalną arogancją. A co, jeśli coś w tym jest?
Od razu spieszę z jasną i przejrzystą odpowiedzią: nie istnieją ani medyczne, ani tym bardziej psychologiczne powody, by homoseksualizm stygmatyzować, piętnować lub leczyć. Traktowanie homoseksualizmu jako zaburzenia to przykład ukrywania argumentacji moralno-religijnej za naukową, medyczno-psychologiczną retoryką. Wielu psychiatrów i psychologów z fundamentalistycznym zapałem stara się leczyć coś, co za chorobę już od dawna nie jest uważane. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne wykreśliło homoseksualizm jako diagnozę zaburzenia z wydawanego przez siebie podręcznika chorób psychicznych już w 1973 roku! W 1991 roku to samo uczyniła Światowa Organizacja Zdrowia. Polska nauka wie jednak lepiej: w wydanym przed dwu laty, sygnowanym przez Uniwersytet Jagielloński, podręczniku psychopatologii homoseksualizm zamieszczony jest w dziale ?patologicznych form życia seksualnego? jako parafilia, czyli zboczenie. Tu znowu pojawia się pytanie: dlaczego? I czy jest szansa na to, żeby ten stan się zmienił?
Rzut okiem na przeszłość naukowej psychopatologii budzi nadzieję. Współczesne poglądy na homoseksualizm są bardzo podobne do wcześniejszych poglądów na masturbację. Niejaki Tissot, francuski lekarz, opublikował w 1758 roku książkę ?Onania, czyli o chorobach wywołanych masturbacją?. Naukowy ten wolumen dowodził, iż onanizm przynosi ciału i umysłowi niezliczone szkody. Najpoważniejszą z nich było szaleństwo. Przekonanie to, ochrzczone mianem ?obłędu masturbacyjnego? stało się wkrótce niepodważalnym naukowym dogmatem wyjaśniającym przyczynę wszelakich psychicznych chorób. Był to niejaki postęp, biorąc pod uwagę, że nieco wcześniej za ich powód uważano opętanie przez diabła, lub też, u kobiet, wędrującą po ciele macicę. Jeszcze na początku XX wieku lekarze straszyli pacjentów groźnymi medycznymi następstwami onanizmu, do jego konsekwencji zaliczając zaburzenia wzroku, kłopoty z trawieniem, uwiąd rdzenia, zawroty głowy, osłabienie pamięci, impotencję, padaczkę, męczliwość, obłęd, a nawet śmierć. Próbowali też oczywiście leczyć swoich pacjentów: narządy seksualne dzieci i psychicznie chorych zabezpieczane były za pomocą odpowiednich urządzeń wykonanych z gipsu, skóry lub gumy, dorosłych zaś leczono chirurgicznie: mężczyznom przecinano nerwy prącia (powoduje to zanik czucia w członku), kobietom zaś usuwano łechtaczki.
Wspomniany już przeze mnie polski podręcznik psychopatologii rozstrzelonym drukiem stwierdza zaś autorytarnie ?samogwałt, czyli masturbacja, nie jest zjawiskiem patologicznym oraz nie powoduje żadnych skutków patologicznych. Aktywność autoerotyczna (czyli masturbacja) jest nieszkodliwym sposobem zaspokojenia seksualnego u obu płci, szczególnie w okresie adolescencji (czyli u nastolatków). Samo przekonanie, że onanizm zasługuje na potępienie lub jest czymś nagannym jest błędem wychowawczym i musi być przedyskutowane oraz zmienione.? Ewidentna zmiana perspektywy, nieprawdaż? Powyższy fragment dobitnie obrazuje fakt, iż granica między normą a patologią jest płynna i w znacznej mierze zależy od panujących obyczajów. Poglądy naukowe opierać się jednak powinny na faktach, a nie na obyczajach. Kulturowy, społeczno-religijny model normalności nie jest dobrym punktem odniesienia dla naukowca, a to taki właśnie model za nienormalną traktował w przeszłości masturbację, współcześnie zaś za nienormalny uważa homoseksualizm.
Dociekliwy czytelnik mógłby jednak powątpiewać, czy zacny akademik z profesorskim tytułem, nie wspominając już o rzeszach zwyczajnych psychiatrów i magistrów psychologii, mogą być do tego stopnia przesiąknięci kulturą i religijną doktryną, że ślepi i głusi stają się na naukową prawdę. Wydaje się niestety, iż istotnie tak właśnie jest. Miejmy więc nadzieje, że za kilka lat traktowanie homoseksualizmu jako zaburzenia będzie uważane za podobny absurd, za jaki dziś uważa się niegdysiejsze próby leczenia onanistów.
Branko [email protected]
najzupełniej naturalnie. Moim zdaniem właśnie na tym powinniśmy zakończyć wszelkie dywagacje. Odwoływanie się do 'najnowszych badań amerykańskich naukowców' czy rozstrzygnięć WHO ... chyba nie tędy droga - przecież oni nie wiedzą nic poza tym, że homoseksualizm istnieje. Nie wiem, po co napisałeś ten tekst - ale jeśli 'ku pocieszeniu dusz', to mogles to zrobic lepiej :)
A skąd to się bierze to inna sprawa... tutaj zgadzam sie z Anonimowym Autorem. Nie znam heteryka który źle czułby sie ze swoją orientacją...chociaż przewrotnośc każe zapytać jak może czuć się heteryk któremu przyszło np. żyć w dzielnicy zamieszkałej przez gejów..jakieś San Francoisko czy gdzieś w Niemczech ;-)