"Pan pójdzie z nami" - od tego się zaczęło i ciągnęło przez klitki, klatki oraz sale, nieuchronnie ku celi. To anty-życie oślepiało często punktowym światłem i zadawało wiele pytań, które rozszarpywały człowieczą intymność, pozostawiając dziurę, w której nie było niczego poza paragrafem. Gubiono się, ale wątpliwości usuwano dla wygody i estetyki całości. Miłośnicy harmonii w literze prawa pochylali się masowo, chętnie, zawsze z przyganą nad skulonym gejkiem - robakiem - i jakby mimochodem zadawali wszystkie te fizjologiczne pytania. Pędzili następnie szturmem do mediów i szczegółowo opisywali, wydobywając maksimum perwersji w klimatach tanio-powieścidłowych. On natomiast nie rzucał się. Mawiał: "tak", "nie", "nie wiem", jakby miał wszystko pod kontrolą. Wyrok zapadł natychmiast: "Wyrachowana, niebezpieczna bestia - winny!"
PIĘĆ
"Nawet się sukinsyn nie pożegnał!"
Kaori Sakurazawa (w myślach, pewnego ranka)
Młody mężczyzna śledził ruch własnej, zwieszonej ze stołu części nóg, która sięga do kolan, a jako całość niestety nie ma nazwy. Denerwował się i przeżuwał jakieś suszone paskudztwo dobywane z szeleszczącej torebki. Czarne pazury strzępiastej grzywki o nieco zaniedbanej długości poruszały się bezładnie przy każdym kiwnięciu głową lub mocniejszym wahnięciu nogami. Musiały więc zatańczyć wyjątkowo energicznie, kiedy postacią Kenchi'ego potrząsnął krzyk telefonu komórkowego. Wyciągnął po niego rękę, zawahał się przez sekundę aż wreszcie wduszając "słuchawkę" uciszył nachalną maszynerię.
- Słucham?
- Hej, Ken! - wrzasnął głośnik.
- Eeeth! Cześć, gdzie jesteście? - mieszana, bo europejsko-azjatycka twarz Ken'a rozpogodziła się.
- Powiem ci, że dojeżdżamy już do twojej twierdzy.
- Jak to?
- Aa, widzisz! Niespodzianka. Jesteśmy wcześniej. Znałem twój adres, więc teraz właśnie przemieszczamy się za pomocą prawdziwej tokijskiej taksówki. Niczym się nie przejmuj. Po prostu waruj przy drzwiach. Zaraz będziemy.
- Noo, dobrze... - odparł Kenchi zaskoczony, ale nawet zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Nie będzie musiał przemierzać ruchliwego miejskiego molocha tam i z powrotem, by odebrać przyjaciół z lotniska. Odłożywszy aparat westchnął, przerzucił wzrok na domofon i wyczekiwał przeszywającego dzwonka.
Złowrogi odgłos dobiegł go dopiero po piętnastominutowym przesuwaniu się poprzez czasoprzestrzeń, a drzwi, zanim otwarte, ukrywały za sobą dwie rozentuzjazmowane twarze: męską i żeńską, Ethan'a Gordon'a i Kaori Sakurazawy. Grzeczność nie pozwalała im na zadawanie sobie, nurtujących ich oboje i każde z osobna, pytań. Ponowne spotkanie po ucieczce bez pożegnania jest wszak okolicznością wymuszającą nałożenie w pewnym stopniu maski. Trudno powiedzieć, czy gdy zobaczyli w wejściu utęsknioną postać, radość była nieokiełznana. Dość, że witali się wszyscy zwięźle, ale dobitnie. Uścisk dla Kaori i uścisk dla Eth'a.
- Cieszę się, że jesteście. Właźcie... chcecie się czegoś napić? Może wina? Kupiłem specjalnie na dzisiejszy wieczór.
Pomysł spotkał się z aprobatą, więc Kenchi popędził wyjąć kieliszki.
- Nie jesteście głodni?! - krzyknął z kuchni i pochwycił monstrualny, przypominający narzędzie zbrodni korkociąg.
- Nie! Naprawdę nie trzeba... Napchano nas jakąś paszą w samolocie!
- To nawet lepiej, bo w gotowaniu nie przoduję, więc mam tylko żenującą garmażerkę.
Ceremonie nie trwały długo. W końcu cała trójka zasiadła przy kuchennym stole i nie zważając na opór codzienności przeszła do praktyk uważanych powszechnie za te właściwe w przypadku ujrzenia się nawzajem po roku. Szło jak po grudzie, mimo że Ken uśmiechał się, a jego oczy posłusznie również się cieszyły.
- Więc walcie... Co u was?
- Szaro bez ciebie. - Ethan, mówiąc to, badawczo mu się przyglądał. Rozbierał, czy szukał oznak szaleństwa? Tego nie wiadomo. Kenchi obawiał się, że to drugie, Kaori - odwrotnie. W każdym razie dziewczyna nie pragnęła schodzić na grząskie tematy.
- Ach... mój ukochany kuzynek nieustannie pracuje, więc widujemy się rzadko. Ja z kolei złożyłam już sto-któreś podanie o li zabrać się z nami, bo pracują. Tak więc ja mam odwiedzić dziadków...
- Jedziesz się z Eth'em? - spytał Kenchi gwoli formalności.
- Już się nie bój... zostawiam ci go! To nie jego dziadkowie!
Rudy zgasił papierosa i położył palce na wargach dziewczyny.
- Nie ma się co emocjonować, kochanie. To już było. - wyszeptał zadziwiająco spokojnie.
Kaori cofnęła twarz, która sprawiała wrażenie aż zatrzaskującej się z łoskotem. Nadpiła wina i włożyła głowę w dłonie. Przeobrażała ją przez chwilę i następnie znienacka uniosła, ukazując beztroskie, niewinne oblicze.
- Będę się zbierać, chłopaki.
Wstała od stołu, zgrzytnąwszy odsuwanym taboretem. Kenchi nie ukrywał zdziwienia:
- Tak szybko?
- Umówiła się, że dziś będzie nocować u dziadków. Sam twierdziłeś, że nie masz tu za wiele miejsca.
Eth podniósł się także i ruszył za Kaori. Bezwstydnie roztaczał przy tym czar, kłębiąc wokół siebie zapach dymu. Tą wonią było permanentnie przesiąknięte Ethanowe ubranie i włosy. Wraz z odorem powrócił niepokój, który zawsze towarzyszył widokowi rudzielca z nonszalancko trzymaną fajką w zębach, kuszącego, na wskroś światowego i nieznoszącego sprzeciwu. Ethan był kimś, kogo nie sposób zobaczyć załamanym, bezradnym. Lampart gnający przez życie zupełnie bez celu... ale zawsze skutecznie.
CZTERY
"Najgorsze co Bóg mógł zrobić człowiekowi, to pozwolić mu kierować własnym losem."
E. Gordon (na kacu)
Po wyjściu Kaori mężczyźni przeszli do kończenia butelki czerwonego trunku. W prowizorycznej popielniczce ilość filtrów wzrastała powoli, ale uparcie. Dziwnym wydało się Ken'owi, że ani razu nie zadzwoniła komórka - nieodłączny towarzysz Eth'a.
- Dobrze ci się tu chociaż żyje? - zagadnął rudzielec znienacka. - Mało wylewny dzisiaj jesteś.
- Jakoś się zorganizowałem.
- Chcę cię teraz trochę pomęczyć... chyba, że jesteś wykończony?
- Nie, przyzwyczaiłem się do nieprzespanych nocek...
Ethan zanurzył długi, spiczasty palec w cieczy i wydobył wysoki ton masując koliście brzeg kieliszka. Palił, więc wymówił pytanie przez zęby, ale swobodnie i w miarę możliwości z dbałością o fonetykę:
- Nie dusisz się w tej dziupli?
Ken'a przeszły ciarki na myśl o tym, że wciąż kręcił go ten znajomy sposób mówienia. Dawniej tak fascynowała go nierozłączność dłoni, papierosa, oraz głowy zwieńczonej wzburzonymi rudymi włosami, że niemal sam zaczął palić.
- Wiele mi nie trzeba.
- Wiem, wiem! Jesteś ascetą-masochistą! Japoński zew natury.
- Nie ironizuj.
Ethan oparł się na łokciach o stół. Wziął głęboki wdech i spojrzał na Kenchi'ego tym swoim paraliżującym wzrokiem. Usta miał zaciśnięte, cała twarz wyrażała zaciętość. Ken nie mógł nie zarazić się atmosferą wiszącej w powietrzu kłótni. Chciał jednak zebrać w sobie całą nieustępliwość świata, żeby nie dać się sprowokować wszystkim mocnym argumentom i ciętym ripostom, które go czekały.
- Powiedz, czy coś ci dała ta przeprowadzka? Cokolwiek... Bo według mnie jesteś tu jeszcze bardziej sam niż w Londynie.
- Już mówiłem... poznałem trochę osób.
- Nie wkurwiaj mnie, Ken! Ci ludzie pewnie cię w ogóle nie znają. Owszem... domyślam się, że są nawet sympatyczni, czasem zabawni, ale czy mają choć szczątkową wiedzę o tym, co przeszedłeś? Od przeszłości się nie odgrodzisz... ot tak.
- Mylisz się. Ten kraj... to miejsce i ci właśnie ludzie sprawili, że odzyskałem spokój. Im zależy na mnie i wzajemnie.
- Niech będzie i tak, ale nie zmieniajmy tematu. Nalegałeś, dobra, pomogliśmy ci się zwolnić ze szpitala. To pierwsza ucieczka. Druga to wyjazd. I co, czujesz się świetnie w tej swojej japońskiej pieczarze?! Nie masz nawet z kim pogadać o tym, co naprawdę ci się pod sklepieniem tłucze. Przecież wiem ile pracujesz. Zduszasz wspomnienia za pomocą monitora i jednej czy drugiej miłej buźki, z którą można niezobowiązująco popaplać.
- Musisz to wszystko rozdrapywać, hę? To chyba twój największy talent. - Kenchi starał się być kontrolowanie zaczepny. - Przylatujesz i niszczysz.
- To co pieczołowicie budowałeś?! Wiesz czym to trąci? Pieprzoną psychologią. Przecież to wszystko nadal w tobie siedzi!
Ken przewrócił oczami i westchnął głośno, ze zniecierpliwieniem. Począł bawić się rąbkiem koszuli.
- Spójrz na mnie!
Podniósł głowę.
- Słucham pana?
- Ktoś tu chociaż wie, że jesteś pedziem?
Twarz Ken'a aż zafalowała ze wzburzenia. Ściągnął brwi i wydusił:
- Przecież nie jestem...
Usta pod rudą grzywą Ethan'a rozwarły się w nerwowym, niedowierzającym uśmiechu, ale wtem zmrużył oczy i z cwanym wyrazem twarzy pochwycił za szyję swojego rozmówcę. Usiłował go pocałować. Ken jednak wyrwał się i odepchnął od siebie napastnika. Ten nie mógł ukryć swojego zdziwienia.
- A to co znowu?
- To? Próba gwałtu.
Lampart parsknął.
- Nie żartuj...
Widząc jednak przeraźliwe zdecydowanie Kenchi'ego, spoważniał.
- Ken... jesteś gejem.
- Skąd to przeświadczenie?
- To co?! Może ten rok ze mną nie istniał? Wykreślił go pan z kalendarza?
- Podobno w młodym wieku wielu czuje pociąg do...
- Znam fakty! Nie mydl mi oczu... Jak pierwszy raz poszliśmy do łóżka byłeś dwudziestodwulatkiem. To już nie okres dojrzewania, to... deklaracja, rozumiesz?
- To nie określiło mojej seksualności. Po prostu się stało.
- Nie rozśmieszaj mnie... Pieprzyłeś chociaż jakąś laskę od tego czasu?
Mężczyzna wbił wzrok w wyłożoną beżowymi płytkami podłogę swojego mieszkalnego pudełka. Eth patrzył na niego rozjuszony.
- No i to jest dla mnie najlepsza odpowiedź! Nie robiłeś tego z żadną! A myślisz, że nie pamiętam dlaczego nie wyszło ci z Kaori... Ale wtedy cię ugościłem w moich ramionach. Wytłumaczyłem i pocieszyłem: "Ken, po prostu jesteś ciocią." I co? Nie pogodziłeś się z tym...
Kenchi jakby celowo zignorował przewrotną wzmiankę o dawnej roli Ethan'a... Przybrawszy znudzony wyraz twarzy, wyrecytował:
- Słuchaj, wyjechałem praktycznie rozłożony na części pierwsze i potrzebowałem tego roku, żeby się pozbierać. Przykro mi, że poziom mojego libido nie może ci zapewnić satysfakcjonującego raportu z mojego życia łóżkowego.
Lampart nie dał się jednak zbić z tropu:
- A może dlatego uciekałeś tysiące kilometrów... bo ludzie widywali cię z otwartym gejem?
Aż uśmiechnął się do tej myśli i zażegnał na chwilę złość. Kąciki jego ust jednak przywiędły na widok powagi wydrukowanej na twarzy Kenchi'ego. Przed oczyma przeleciały mu natychmiast ceregiele Ken'a, gdy siedziała z nimi jego kuzynka. Wystraszył się... tak, jakby miał przed sobą obcego człowieka.
- Nie tylko dlatego... - głos Kenchi'ego zadrżał. - ale to była jedna z przyczyn.
- Wiesz co? Ty jesteś ostro popierdolony!
- Zniż głos! Naokoło mieszkają ludzie!
- A tutaj mieszkasz ty! I twoje lęki... Tu! Właśnie w tej klatce.
Zaległa trudna do przełamania cisza. Agresja i wszystkie myśli kotłowały się tworząc zawiesistą, nieznośną atmosferę w niedużej kuchni. Obaj mężczyźni walczyli z pokusą wybuchu lub ustąpienia. Dyskusja zdawała się zmierzać do nikąd, bo gdzieś wokół i tak oplatała ich erotyczna sieć, jakby dwa lata temu Kenchi po prostu wyszedł z sypialni i już nie wrócił, a pożądanie i napięcie pozostało.
TRZY
"Wszystko co dobre szybko się kończy"
anonimowy mędrzec i K. Sakurazawa (po pierwszej utracie roboty)
Kenchi stracił kontrolę nad rozmową. Czując, że linia obrony się załamuje, nie chciał skończyć jak zwierzę w sidłach - odgryzając sobie nogę. Postanowił dokonać wolty.
- Masz kogoś?
Ethan był tak zaskoczony tą nagłą zmianą tonu, że z początku wpatrywał się w Ken'a z otwartymi ustami, zupełnie nie wiedząc co powiedzieć. Szybko zreflektował się jednak, postanowił wykorzystać pytanie do udobruchania byłego chłopaka. Spuścił oczy i mówił ściszonym ciepłym głosem:
- Sporo było przelotnych, pustych znajomości. Przeważnie na jedną noc. W końcu jakoś napięcie trzeba rozładować...
Odgarnął włosy za uszy i spojrzał na Kenchi'ego, który przybliżył się, żeby móc usłyszeć szept wąskich ust Eth'a. Uśmiechnął się lekko.
- Byłem wściekły. Chciałem o tobie zapomnieć, Ken... ale zrozum, twój obraz i całe życie stało się częścią mojego. Niełatwo wyrzucić to na śmietnisko wspomnień. Mi się to nie udało, zresztą co dopiero tobie.
Przerwał i oblizał wyschnięte wargi:
- Paradoksalnie jestem ci nadal wierny. Jeśli mnie skreśliłeś, trudno. Pogodzę się z tym... Zresztą znasz mnie. Trochę się porzucam, podejmę jakąś małą próbę samobójczą, a potem mi przejdzie.
Twarz Eth'a pojaśniała, a Kenchi tym razem nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Śledził smukłą, nieco kościstą rękę przyjaciela, jak wydobył z paczki papierosa, włożył do ust i zapalił, by wypuścić z siebie kłąb białego smogu, który z czasem oplecie ich obu. Już się nie bał, że od nowa uzależni się od tego wysokiego pracoholika. Chyba tego nawet chciał. Wstali i przysunęli się do siebie, a lewa ręka Eth'a objęła go w pasie. Ken wyciągnął spomiędzy jego palców fajkę i wrzucił do zlewu. Stali tak naprzeciw siebie pochłaniając się wzrokiem i upewniali, czy dotykają się naprawdę, czy to tylko piękna iluzja.
- Ethan... zostaniesz?
- Mam dwutygodniowy urlop pod komórką i internetem.
- Ale czy...
- Wiem o co ci chodzi.
Kenchi odwrócił wzrok ku oknu, jak w jakimś roztargnionym transie. Uwolnił się z objęć i poszedł zasłonić żaluzje. W tym czasie Ethan wyciągnął papierosa ze zlewu i z powrotem umieścił go między zębami.
- Wiesz, to nie jest głupie pytanie. Po prostu mógłbym ci zadać takie samo i też nie uzyskałbym odpowiedzi. Taki jest ten świat, pokręcony... a dla niektórych jeszcze bardziej.
Ken odwrócił się.
- Naprawdę mam już dość gadania, o moim pochrzanionym życiu...
- Nie zapominaj jednak, że ono cię wzbogaciło. Nie chcę wypaść patetycznie i pusto, ale dźwiganie tego wszystkiego na pewno cię uwrażliwiło. Kiedyś wreszcie uwolnisz się od ciężaru, a wrażliwość pozostanie.
- Dzięki... - odparł Ken uświadomiwszy sobie, ile w tym "pustym" gadaniu jest prawdy.
Tym razem Ethan sam wrzucił papierosa do zlewozmywaka. Ken podszedł do niego wsunął palce w jego miękką czuprynę, Przybliżył swoją twarz i podrażniony obscenicznie odpychającą, ale jednocześnie podniecającą wonią nikotyny, wielbił jego rysy. Znał topografię tej głowy na pamięć. Po omacku mógłby znaleźć nawet niewyczuwalny pieprzyk, zatrzymać na nim opuszkę i pieścić, rozkoszując się faktem, że ów należy do kochanka.
Ethan widział, że dopiął swego, ale jednocześnie szokowało go to. Podczas lotu, gdy siedział obok Kaori, zżerały go wątpliwości, czy po ponad roku Kenchi nie zdążył już wystawić nagrobka ich uczuciu. Teraz czuł się, jak dziecko, które za chwilę ma dostąpić prawdziwie dorosłej tajemnicy. Chciał odkrywać ciało przyjaciela od nowa... chciał na chwilę stać się prawiczkiem czy dziewicą, a wszystko po to, żeby móc zacząć jeszcze raz. Jakaś muzyka brzęczała mu w uszach, szmery, nieokreślone szepty. Stał zupełnie bezwolny, kiedy Kenchi całował jego włosy, potem czoło, oczy. Z rozchylonymi wargami i niczym drapieżca czekał na wysunięty język kochanka. Wreszcie pochłonął go i z uczuciem ssał, jakby obiecując przyszłą przyjemność.
Ken wyczuł na języku Eth'a wgłębienie, bliznę w miejscu, gdzie niegdyś tkwił kolczyk. Obsesyjnie krążył wokół tego punktu, prawie czując smak zimnego metalu, jak człowiek, którego po amputowaniu nogi nadal boli usunięta kończyna... Nagle odczuł, że uścisk Ethan'a zwiotczał, a on sam się nieco odsunął.
- Co się stało? - spytał Kenchi zaniepokojony.
- Płakałbyś na moim pogrzebie?
- Nie strasz mnie. Masz AIDS?
- Nie. Odpowiedz na pytanie.
- A ty na moim?
- Dobra, to mi wystarczy. - uciął Eth i utulił skonsternowanego przyjaciela.
DWA
"Bezpieczni ludzie, ludzie, którzy nie są bezpieczni i ci niebezpieczni. Nie bez pieczenia; ludzie nie obywają się bez pieczenia. Pieką ludzie niebezpieczni; pieką i gotują los, sobie i bezpiecznym."
Kenchi Fujimura (gdyby znał polski)
Ken zataczał palcem koła po delikatnej skórze zgięcia ramienia i przedramienia. Patrzało na niego stamtąd sporych gabarytów oko. Miało symbolizować oko stwórcy, czy coś podobnego. Ethan mu to kiedyś już tłumaczył, więc Kenchi bał się znów drążyć temat.
Rudy dołączył do przyglądania się rysunkowi.
- Zabawne... Nawet nie wiem, kto mi to zrobił. Tak bardzo jak w tej chwili, to nie podobało mi się to oko chyba tylko pierwszego dnia.
- Rzeczywiście. Jest ohydnie ilustracyjne. Jak jakieś dziełko wieśniaka podrabiającego Pierr'a i Gilles'a. I ten naiwny okultyzm, koszmar...
Chcąc dać wyraz swojej dezaprobacie, Ken krzywił się zamaszyście i różnorodnie, czym wreszcie udało mu się rozbawić spoczywającą na poduszce głowę kochanka.
- I co jeszcze powiesz, największy poeto wśród programistów? Nooo. Czekam.
- W sumie pasuje ci to oczko.
- Hę?
- Nie ma się czemu dziwić. Jest tak brzydkie, że robisz się piękny, gdy się przerzuci wzrok na twoją twarz...
Mężczyzna zaśmiał się głośno, tubalnie. Niegdyś Kenchi sądził, że tak potrafią tylko otyli, wielcy Murzyni, lecz pojawienie się w jego życiu tego tyczkowatego człowieka kazało mu zrewidować swój pogląd. Niestety, kiedy skończyła się śmiechowa energia, przygnębienie wymalowało się na Ethan'owej twarzy. Zaciągnął się.
- Kilkanaście miesięcy wyrwane z życiorysu. Dokładnie nie pamiętasz, gdzie łaziłeś, a tym bardziej po co, ale wiesz, że bywało nieprzyjemnie - powiedział ni to szeptem, ni na głos.
Ken uważał, że nie było sposobu na takie depresyjki byłego narkomana, wynikające z brudu, którego nie można zmyć. Nie ośmielił się więc go pocieszać. "Miałem coś podobnego, tylko ograniczony murami szpitala i własną niemocą. Chyba drugich takich połamańców nie uświadczysz na tej ziemi..." - pomyślał smolistą czernią i, sięgnąwszy ku piersi Eth'a, pogrążył się w zadumie. Ciszę mącił jedynie szemrzący czas... A może to było tykanie.
Gładząc klatkę piersiową Ethan'a natrafił na "róg" wystający enigmatycznie z jednego z żeber. Zastanowił się chwilę, aż w końcu udało mu się przywrócić pewne obrazy: poszarpane, niepokojące, okropne. Prawie ich teraz widział, pięciu czy sześciu, jak szli niby psy wyciągając szyje. Ci samozwańczy władcy londyńskiej nocy nawet w otoczeniu alkoholowego odoru, który z siebie wydzielali węszyli za jakąś ofiarą. Tamtego wieczoru wypatrzyli jego i Eth'a. Wiele razy potem wyrzucał sobie, że po wyjściu z lokalu jeszcze przez kilkanaście metrów obejmował swojego mężczyznę. Wtedy ten fakt nie pozostał oczywiście bez odzewu. Posypały się wszystkie te urocze przymiotniki i rzeczowniki, a potem deszcz ciosów. Ukoronowanie wieczoru stanowiło połamanie Ethan'owych żeber... i tak dobrze, że skończyło się tylko na szpitalu.
Ken zasnął przy muzykowaniu syreny ambulansu. Sen dopadł go pośród intensywnych, błyskających w ciemności widziadeł, jak to potrafi czynić tylko ze współczesnymi zastraszonymi ludźmi.
JEDEN
"Chciałbym wiedzieć, Boże, gdzie jesteś. Może depczę po tobie i oddycham twoją istotą? Czy jesteś naturą?"
K. Fujimura (w porywie religijności)
Drugi dzień zaczął się dla Kenchi'ego wcześnie. Lekki, miętowy zefir kąsał go i drapał, aż chcąc nie chcąc mężczyzna pozytywnie rozpatrzył wniosek o wstanie. Jęknął i odprawił egzorcyzmy nad bólem odrętwiałych pleców. Nie dający za wygraną wietrzyk złapał go i pociągnął ku balkonowi, gdzie Ken mógł wreszcie wyrzucić lekko zatęchłe powietrze z płuc. W zamian w drogi oddechowe wprowadził to ostre, szczypiące w swój charakterystyczny dziewiczy sposób, które stopniowo uderzało do głowy, powodując idiotyczną poranną euforię. Zapragnął żyć, ale gdzieś indziej. Zrobić w końcu coś urzekającego prostotą, wbrew wszystkim algorytmom tętniącym mu na co dzień między uszami. Na przykład wspiąć się na szczyt góry...
- Ethan! Odklejaj ociężałe cielsko od pościeli. - wydarł się poruszony całą świeżością i światłem jakie stały się jego udziałem.
- Daj spać... - mamrotał Eth.
- Spać? Nigdy!!!
Ken zatańczył wariacko wokół posłania i w okrutny sposób zerwał kołdrę ze zlewającego się z nią, za pomocą białości cery, nagusa. Ciało, na które spoglądał podekscytowany, kurczyło się bezładnie, acz leniwie, aż oczy wreszcie się szerzej rozwarły. Usta również przeszły metamorfozę, poniosły porażkę, odchrząknęły i wreszcie wydobył się z nich czysty dźwięk:
- Jestem artystą uwięzionym w ciele biznesmena.
- Więc?
- No pocałuj mnie... Wyzwól księcia, a ubarwi twój świat.
- Koloryt z odzysku? Nie, dziękuję.
Eth uniósł gęste brwi wysoko ponad normę. Bojąc się, że w tym przesadzi, Kenchi szelmowsko dorzucił:
- Mam lepszy plan... Wybieramy się na łono natury.
- Wiesz, że nie gustuję w kobitkach.
Ken przyjął recytatorską postawę.
- O, słynna ironio Ethan'a! - by znów nachylić się z pobłażliwym uśmiechem. - Burdel zostawiamy tu. No dalej! Zbieramy się.
- Ty ciągle o tym? - Eth nie krył podenerwowania.
Naraz poweselał i ujął w dłonie Kenową głowę.
- Skorzystajmy z danego nam czasu i kochajmy się... póki Kaori nie ma.
- To by było za proste. - odparował tamten, odejmując napastliwe ręce od swojej twarzy.
- Czy trzeba wszystko utrudniać?
- Oczywiście, że nie, ale jeśli pół dnia potrzymasz ptaszka w spodniach, nic ci się nie stanie.
Ethan świdrował go podejrzliwym wzrokiem.
- Do diabła! Po prostu wiem, że jak już zaczniemy, to nie zwleczemy się z pościeli aż do wieczora. A ja mam wrażenie, że muszę się stąd wyrwać właśnie dzisiaj... i właśnie z tobą.
- Okej, okej. Jak dla mnie to nadal kaprys i mała histeryjka, ale niech ci będzie.
Wyrzuciwszy to z siebie cmoknął Ken'a w górną wargę i ruszył do łazienki.
- A jeśli chodzi o całodniowe bzykanie, masz rację. Tak by właśnie było! - krzyknął z drzwi łazienki i schował się.
Później siedząc w pociągu ramię w ramię, z rzadka tylko odzywali się do siebie. Ken kilkakrotnie zerknął ukradkiem, czy przyjaciel nie był obrażony o tę przymusową wyprawę. Upewniwszy się po raz wtóry, że jednak nie, poczuł się pewniej. Przerzucił wzrok na migający krajobraz i czekał na te chwile, gdy znikał jakikolwiek ślad po ekspansywnych ludzkich żądzach. To co udało mu się wypatrzyć, chłonął całą swoją wrażliwością.
W końcu obaj zdołali wydostać się z piekielnej maszyny. Włożywszy sporo wysiłku, różnymi środkami lokomocji dotarli tam, gdzie można było nieskrępowanie przyjmować, że szkło i stal nie istnieją.
- Dobra! Jesteśmy na łonie natury. Zielono tu i w ogóle... Zadowolony? - kontemplowanie piękna góry przerwał Eth.
- Owszem, zadowolony. Idziemy!
- Chyba cię powaliło! Ja mam się tam gramolić?! Odpadnę po pięciuset metrach.
- Bez gadania, Ethan. Przynajmniej trochę przewietrzysz swoje wypłowiałe płuca i uleczysz gnijące wnętrzności.
- Ha, ha, ha! Dobry dowcip.
Kenchi jedynie uśmiechnął się na to dobrotliwie.
- Już tak nie szpanuj. Myślisz, że pożarłeś całą mądrość Dalekiego Wschodu?
- Coś w tym jest... Słuchaj, jak się zmęczysz, staniemy i tylko wyobrazimy sobie dokąd zawiodła nas podróż.
Ethan wyglądał na stropionego:
- "Wyobrazimy", mówisz? Ładne to, ale brzmi cholernie apokaliptycznie.
- Rozejrzyj się. Tu wszystko jest ostateczne.
Ken pochwycił obleczoną w drogi zegarek rękę rozmówcy i pociągnął go za sobą.
Po jakimś czasie stali się dwoma słabo widocznymi punktami, rozpłyniętymi w falującym, zielonym pejzażu. Wszystkie ich zmagania i namiętności zeszły z piedestału przytłoczone rozpiętością przyrody, w której dane im było się poruszać. Wyszli poza swoje ciasne wszechświaty, a to mogło znaczyć bardzo wiele.
ZERO
"Całe życie przede mną"
wielu ludzi (w różnych sytuacjach)
Drugi ranek obudził Ken'a rozdygotanymi sennymi wizjami i potwornym zaduchem. Obrócił się do leżącego obok rudzielca i odruchowo ucałował swawolnie porozbiegane po poduszce włosy. Przyglądał się i nie myślał właściwie o niczym konkretnym. Poczęły jednak wracać upiory z poprzedniego dnia. Wyprawa nie wyszła tak, jak to sobie planował. Chyba jednak podszedł do swoich zamysłów zbyt egoistycznie. Ponadto czuł się wtedy natchniony, a Ethan bez skrupułów się z tego naigrywał.
- Ten spokojny kraj, gdzie ścięcie wiśni to zadanie śmierci jego cząstce.
- Zetnijmy jedną! Nic tak nie łączy, jak wspólny czyn karalny. - podobne dialogi poprzedniego dnia potwornie Ken'a irytowały, a teraz cicho parsknął. Pomyślał, że dałby sobie rozchlastać publicznie ciasto na twarzy, żeby ukorzyć się przed całą satyrą tego świata i oddać tym samym hołd swojemu mężczyźnie. Zastanowiwszy się głębiej, Kenchi postawił jednakże warunek, iż facetem z ciastem mógłby być tylko Graucho lub inny z braci Marx. Przyjemnym rozważaniom w sukurs przyszło też wspomnienie nocnego szaleństwa z jointem, a potem seksem w roli odpowiednika fajki pokoju, która zakończyła ich małą scysję.
Wzrok Ken'a na powrót spoczął na odwróconym plecami kochanku. Po jego obnażonym ramieniu spacerował moskit, co wprost zmroziło obserwatora. Przypomniał sobie bowiem scenę z "Barton'a Fink'a" braci Cohen, kiedy John Turturro właśnie w podobnych okolicznościach odkrył, że ma obok siebie trupa Judy Davis. Tu na szczęście owad odleciał, wzgardziwszy ofiarą. Kenchi czule pogładził miejsce, po którym wcześniej kroczył mały intruz. Było okropnie zimne. Strach wypędził wszystkie myśli z jego głowy, wybijając na niej wielki znak zapytania. Inwencji starczyło mu jedynie na odwrócenie lodowatego ciała, które natychmiast wpatrzyło się w niego martwymi, wytrzeszczonymi oczyma. Wtedy z piersi Kenchi'ego dobył się rozdzierający skowyt. Odskoczył jak oparzony i w osłupieniu spoglądał na fantazyjną bordową plamę i rozcięte gardło tego, co przedtem było Ethanem. Obok leżało zakrwawione narzędzie. "Chryste! Czy ja byłem aż tak ujarany?!" - zapytał się z przerażeniem. "Jeśli to ja, Eth... przepraszam." Zbliżył się do posłania. "Ty naprawdę nie żyjesz... to jakiś horror!"
- Jeeezu!
"I co teraz? Zadzwonić na policję?... Przecież mnie zgarną. Nie dotknę noża... na wszelki wypadek... i zadzwonię... wszystko się wyjaśni."
Ken złapał się z głowę i osunął na wykładzinę. Zerknąwszy jeszcze raz na zastygłą, zadziwioną mimikę umarlaka, odwrócił się z obrzydzeniem.
"Ethan... skoro nie żyjesz, to co ja będę robił? Sam odgadłeś, że popełniłem ucieczkę... wybryk, bezmyślną histeryjkę, jak mawiałeś... może mam się chlastać?"
Wpatrzył się w nóż. Martwy i stoicki, jakby instrument już przeszedł do porządku dziennego, nad tym do czego go użyto.
"Przecież nie pozbędę się ciała... i niby jak mam to zrobić? Metoda dywanową? W workach na śmieci?" Tu zaśmiał się histerycznie. "Niee, nie jestem psychopatą, prawda Eth?... Cholera! Tak zwykle się nas traktuje. Czas start i zacznij myśleć. A co z tymi z arytmią analizowania. Chyba właśnie na podstawie tego niepisanego prawa przetrzebia się szeregi artychów... Co ja pitolę!? Jeśli on za chwilę się nie obudzi... dzwonię"
Mężczyzna odetchnął kilka razy głęboko. Medytował dość długo. Sprawiał wrażenie utraty kontaktu z rzeczywistością i próbował bezstronnie podejść do zagadnienia, czyli nieboszczyka. Udało się! Zwyciężył utarty schemat pt. Ciało w twoim łóżku? - Wezwać policję.
Przyjechali z hukiem i hałasem. Gdy ich wpuścił rozpełzli się po mieszkaniu, przepytując i groźnie mierząc go wzrokiem. Później w iście oświeconym skupieniu zaglądali we wszystkie zakamarki ex-Ethan'a. Kiwali jakiś czas rytmicznie głowami i wymieniali zdawkowe uwagi, znów pytali o coś Kenchi'ego i tak w kółko. Tańczyli wokół posłania ściskając w spoconych dłoniach plastikowe torebki i nabierając w nie co i rusz świeże poszlaki. Wreszcie podsumowali, zwracając się do Ken'a:
- Pan pójdzie z nami.
I skuli biedaka.
EPILOG
"Trzeba się orientować, kto naprawdę jest twoim wrogiem."
fikcyjny uczestnik reality (show)
Goście nigdy nie zapraszani - obrazy - uaktywniły się w głowie Kenchi'ego. Wydumał sobie, że stoi nad otwartą trumną i podziwia śpiącego kolosa. Zachwycił się świeżością cery prosto spod pędzla pogrzebowego artysty-wizażysty i niemalże usłyszał echo huku opadających powiek olbrzyma. Wzdrygnął się na myśl, że całe to trumno-spoczywanie mogłoby być makabrycznym dowcipem, dokładnie w stylu Ethan'a.
Mężczyzna otrząsnął się wreszcie
"Trzeba przyznać, że on mi się w życiu udał" - pomyślał i odwrócił się w stronę światła.
- Co go zabiło?
- Zapewne papierosy... a może ja. - odpowiedział na zadane przez siebie pytanie i spojrzał przez zakratowane okienko.
Z niejakim trudem wyobraził sobie, że niebo nie jest poprzecinane prętami, że zlewa się w całość. Zastanowił się też, co będzie robił, gdy już nie będzie musiał się męczyć nad tym żmudnym ćwiczeniem. A problem był naglący, gdyż zostało mu jeszcze tylko kilka lat odsiadki.
W tym samym czasie niewysoka, szczupła kobieta zdecydowanym krokiem wchodziła do budynku komisariatu. Było pusto, gdyż wybrała budynek na obrzeżach miasta. Stanęła przed stanowiskiem dyżurującego policjanta. Zszarzały i wygnieciony ze zmęczenia osobnik wlepił w nią mętne oczy, zjechał na wysokość biustu, a potem bardzo szybko powrócił do twarzy.
- W czym mogę służyć? - ozwał się beznamiętnie.
- Chciałabym zeznawać w sprawie zabójstwa... Z kim mogę rozmawiać?
- Chwileczkę...
Gliniarz poprawił się na krześle i wyraźnie ożywił. Wcisnął jeden z jarzących się żółtawo guzików na panelu i przytknął do ucha słuchawkę telefonu. Młoda Japonka nie słyszała, co mówił, miała swój plan, który zaprzątał jej myśli. Sprawiał, że na przemian pałała i zastygała o kamiennym obliczu.
Dopiero słowa "Proszę za mną" wyrwały ją z odrętwienia. Milcząc, zasiadła w osobnym pomieszczeniu przed raczej niespieszącym się, ale skoncentrowanym władzą.
"Wygląda na profesjonalistę... to dobrze." - pomyślała.
- Nazwisko, jeśli można.
- Sakurazawa Kaori.
- Więc słucham...
- Zamordowałam człowieka.
Mężczyzna wytrzeszczał oczy na subtelną istotę, która siedząc przed nim wyznała tę straszliwą prawdę, nawet nie mrugnąwszy.
- No proszę się tak nie gapić, tylko przygotować protokół!... Nazywał się Ethan Gordon. - podjęła, gdy policjant otrząsnął się i wyciągnął odpowiedni papier.
- Proszę tu najpierw podpisać.
- To świeża sprawa. Znajdziecie sobie w aktach i gazetach. W więzieniu osadzono jego kochanka, Kenchi'ego Fujimurę. Oskarżono go oczywiście niesłusznie.
- Jak doszło do czynu?
- Zwyczajnie. - zaśmiała się. - Przed kilkoma dniami przyleciałam z Londynu do Tokio z przyszłą ofiarą. Był moim kuzynem i jednocześnie osobą, dla której porzucił mnie pan Fujimura. Przylecieliśmy do niego w odwiedziny po tym jak porzucił również Ethan'a Gordon'a. Ich kontakt, jakby to powiedzieć, odnowił się. Musiałam jeszcze zobaczyć się z rodziną, więc dopiero później ich odwiedziłam... w nocy... i poderżnęłam gardło panu Gordon'owi, a Kenchi'ego Fujimurę w cały incydent wrobiłam. Prosty rachunek. Motyw: zazdrość. Zanotował pan wszystko?
- Kiedy do tego doszło?
- Chryste! Może pan przecież sprawdzić w aktach... w nocy z 22 na 23 lipca. A teraz pozwoli pan, że wyjmę z torebki chusteczkę, bo zamierzam się rozpłakać.
- Ależ proszę... - odparł głupio glina.
Było już za późno, gdy dostrzegł, że "chusteczka" miała rękojeść i lufę. Niesamowicie szybkim, kocim ruchem Kaori przystawiła broń do swojej skroni, zacisnęła powieki i pociągnęła za spust. Jej głowa uderzyła o blat biurka, a pistolet zawisł wraz z dłonią, w której był kurczowo ściskany. Człowiek pobladł. Natychmiast zerwał się z miejsca, by pobiec po kolegę.
Ponieważ Kaori zawsze była perfekcjonistką, również pośmiertna kałuża ciemnej krwi stanowiła idealny półokrąg, rozchodzący się równomiernie po biurku. Czerwona tafla pożerała na swojej drodze wszystko co płaskie i z papieru. Musiała ostatecznie również pochłonąć pewien decydujący o czyimś życiu dokument. I tak też się stało... tuż przed przybyciem dwóch posterunkowych.
- Więc mówisz, że chciała upiec dwie pedalskie pieczenie na jednym ogniu? - rzekł mundurowy, który wcześniej siedział za recepcyjnym biurkiem. Nagle jego uwagę przyciągnęła nasiąknięta krwią kartka.
- To jest ten protokół? - zwrócił się do o wiele już spokojniejszego śledczego.
Ten zauważył, co się stało:
- O kurwa!
- Nie chcę cię martwić, ale jest kompletnie nieczytelny... a zresztą! Trudno. Skoro są dwa trupy, to ktoś siedzieć musi. - skonstatował, podkreślając wagę sprawy szerokim, zębiastym uśmiechem.
Harvey